4:44 – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Roc Nation

 

Premiera 4:44 – najnowszego albumu Jaya-Z – była jednym z najważniejszych wydarzeń w branży muzycznej tego roku. Chociaż do Sylwestra pozostało jeszcze sporo czasu i wiadomo, że podczas sezonu jesienno-zimowego światło dzienne ujrzy kilka naprawę ciekawych krążków, to już teraz z czystym przekonaniem można stwierdzić, że opublikowanie 13. studyjnej płyty amerykańskiego rapera było jednym z TYCH kluczowych momentów roku – i to nie tylko dla miłośników gatunku, ale i dla osób zainteresowanych współczesną muzyką w różnych jej aspektach. Jakich? O tym rozpisałem się już TUTAJ.

Jednak 4:44 to nie tylko medialny szum – to również (albo inaczej: przede wszystkim) sama muzyka, która buduje ten krążek. Na nowy materiał Jaya-Z przyszło nam czekać prawie cztery lata. W lipcu 2013 roku światło dzienne ujrzał Magna Carta… Holy Grail; najpierw pojawił się on na telefonach Samsunga (w ramach akcji promocyjnej koreańskich smartfonów), zaś kilka dni później trafił do wszystkich fanów na całym świecie. Spotkał się on z mieszanym odbiorem. Część osób narzekała na powtarzalność utworów, które były takie same lub bardzo podobne – a że było ich całkiem sporo (będąc dokładnym: 16), to krążek wielu fanów Amerykanina po prostu męczył. Oczywiście głosy krytyki nie przeszkodziły w fenomenalnej sprzedaży płyty, która w Stanach okryła się podwójną platyną (a do tego dorzuciła złoto na Wyspach i kolejną platynę, tym razem z Kanady).

Jay-Z na swoim najnowszym dziele zaproponował zupełnie inne podejście. Album jest dużo krótszy i bardziej zwarty, a przy tym zróżnicowany, ale wewnętrznie spójny; przytłaczający rozmachem, ale równocześnie niezwykle intymny. 4:44 to bez wątpienia znakomita płyta, przynajmniej pod kątem muzycznym i produkcyjnym. Praktycznie każdy kawałek ma coś ciekawego do zaoferowania, czy to otwierający całość Kill Jay Z, który w ciekawy wykorzystuje sample z pop-rockowego hitu grupy Alan Parsons Project Don’t Let It Show, czy mój osobisty faworyt w postaci numeru tytułowego. Znakomita forma tego drugiego kawałka to jednak nie tylko zasługa rapera (który spisał się na nim bez zarzutu), ale i gospelowej piosenkarki Kim Burrell, której wokal odwala kawał fenomenalnej roboty. Dzięki jej gościnnemu występowi numer ten jest z jednej strony przejmujący i nieskończenie smutny, z drugiej zaś tchnie trudną do opisania radością i spokojem. Piękna sprawa.

4:44 jest również klasą samą w sobie pod względem produkcyjnym. Przede wszystkim na pochwałę zasługuje niezwykle trafny dobór i pomysłowe wykorzystanie sampli. Te nie zawsze są oczywiste, na pierwszy rzut oka mogą nawet nie pasować do kreowanego przez Jaya-Z klimatu (jak na przykład w wypadku wspomnianego wyżej sampla z Don’t Let It Show), jednak zawsze na końcu okazuje się, że to artysta miał rację. Uwagę na siebie zwraca także sposób ułożenia sceny dźwiękowej; praktycznie zawsze na pierwszym planie dostajemy wokal Jaya-Z, który jednak nie dominuje nad warstwą muzyczną, wykorzystując ją raczej do wzmocnienia wagi swoich słów. Jednocześnie jest on lekko zadymiony, co owocuje bardzo ciekawym efektem artystycznym.

Dużo więcej problemów mam z warstwą tekstową. O ile – jak wskazałem już wcześniej – pod względem muzycznym autorowi udało się w udany sposób połączyć typową dla Amerykanów bombastyczność i pewność siebie z zaskakującą intymnością, o tyle historie opowiedziane na 4:44 są raczej męczące. To bardzo osobista płyta – jej powstanie związane było między innymi z kłopotami małżeńskimi; Jay-Z – będący mężem Beyoncé – nie potrafił dochować wierności małżonce (o czym ona sama opowiedziała zresztą na swoim krążku). Czasami jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że jest ona ZBYT osobista. Tak jakby Jay-Z stworzył cały ten krążek wyłącznie dla ukochanej (i zdradzonej) żony, jakby rzucenie na kolana całego muzycznego świata było prezentem na przeprosiny.

Jeżeli ktoś korzysta z TIDAL-a, to zapewne 4:44 ma już odsłuchane – w końcu akcja promocyjna tego krążka wyglądała tak, iż nie sposób było przeoczyć fakt jego istnienia. Jeżeli jednak ktoś jeszcze waha się czy najnowszej płycie Jaya-Z warto dać szansę, to podpowiadam: tak, warto. Pod względem muzycznym to naprawdę kawał niezłego krążka, pokaz wielkiej inteligencji muzycznej artysty i wyczucia w kreowaniu wpadających w ucho numerów. Nieco gorzej – przynajmniej moim zdaniem – prezentuje się warstwa tekstowa, ale nie musi ona nikogo powstrzymywać przed sięgnięciem po ten album. Tym bardziej, że część osób pewnie będzie czerpało satysfakcję z publicznego kajania się rapera. A tego na 4:44 jest ci dostatek.

Pasek - wydanie

Główną platformą dystrybucyjną dla 4:44 jest TIDAL. To tam można zapoznać się z całym albumem, a także towarzyszącymi mu materiałami wizualnymi – filmikami, teledyskami itd. Krążek ten można także już nabyć na płycie CD. Przy okazji: na uwagę zasługuje ciekawa okładka – z jednej strony minimalistyczna, z drugiej utrzymana (dzięki doborowi kolorów) w wakacyjnym klimacie.

Pasek - informacje

Wykonawca: Jay Z
Tytuł: 4:44
Wytwórnia: Roc Nation
Data wydania: 30.06.2017
Gatunek: Rap
Czas trwania: 36:11