5. Kalisz Ambient Festiwal (28-29.10.2016)

Zdjęcia: Kalisz Ambient Festiwal

 

5. Kalisz Ambient Festiwal dobiegł końca. Zostały po nim wspomnienia i fotografie – i tym właśnie chcielibyśmy się z czytelnikami Music to the People podzielić. Powyżej możecie zapoznać się z krótkim fotoreportażem, poniżej zaś prezentujemy relację z tego wydarzenia. Jej autor życzył sobie, by pozostać anonimowym – i to życzenie uszanowaliśmy. Nie powinna być to jednak przeszkoda, by z przyjemnością przenieść się na chwilę do opanowanego przez ambient Kalisza.

Pasek - kreska

5. Kalisz Ambient Festiwal przeszedł do historii, ale na zawsze w mojej pamięci zostaną dźwięki i obrazy, które towarzyszyły temu wydarzeniu. Wspaniała muzyka i jeszcze wspanialsi ludzie – wszystko to stworzyło niepowtarzalną atmosferę Miało się wrażenie, że wchodząc do budynku Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu jest się w zupełnie innym, bajecznie zakręconym i odizolowanym muzycznym świecie. Bardzo rzadko zdarza się to gdziekolwiek, a jednak w Kaliszu na KAF-ie się zdarzyło.

W deszczowy piątkowy wieczór zaczął całe dźwiękowe misterium projekt Adama Mańkowskiego Limitem Liability Sounds. Adam nie zawiódł, zagrał w swoim stylu bardzo mroczne drony połączone z industrialnymi pasażami. Drugi w kolejności Jakub S. – przedstawiciel kaliskiej sceny mechanicznej – zaserwował muzykę, która była nierozerwalną częścią wizualizacji (najprawdopodobniej był to jakiś film); w każdym razie potężnie się to oglądało i słuchało. Jednak to był dopiero przedsmak tego co miało wydarzyć się za chwilę. Szef KAF-u zapowiada Vladimira Hirsza! O ja! Ciary przeszły mnie po plecach, przecież to legenda! I zaczął! 45 minut minęło bardzo szybko, a ja do teraz nie mogę pozbierać się po jego występie.

Potem nadszedł czas na Sexy Suicie. Dla mnie był to taki przerywnik by dać odpocząć ciału i umysłowi przed – uwaga! – Aghiatrias. Tak, znów legenda na wyciągnięcie ręki. Hirsch i Saivon po raz pierwszy razem na scenie od 10 lat! Cudownie wyśpiewane dźwiękiem utwory z albumów Ethos i Region sof Limen oraz mroczne wizualizacje wdarły się w mój umysł, zabarwiając go na czarno przez cały ich przerażająco mroczny performance. A co mamy na koniec…? Przemysław Rychlik (wywiad – TUTAJ) zapowiada dłuższą przerwę, a po scenie kręcą się znajome twarze z telewizji. Tak to Agressiva 69, co potwierdził potem organizator zapowiadając ich występ. Sala się zapełnia, dało się zauważyć, że sporo ludzi szykowało się wyłącznie na występ Agressivy. A ten trwał i trwał, publiczność pod sceną szalała, formacja zagrała wszystko co najlepsze, plus niepublikowany utwór. Były bisy i na koniec Personal Jesus. Agressiva 69 pokazała, że w Polsce rock industrialny należy dla nich. Bezapelacyjnie są w świetnej formie.

Sobota była już słoneczna. Miałem wrażenie, że pogoda dostosowuje się do kaliskiego festiwalu; sobotnie sety nie zapowiadały się bowiem tak mroczne i bezkompromisowe jak piątkowe. Zaczął Robert Skrzyński projektem Micromelancolie. Szkoda, że tak krótko, pozostał niedosyt, ale cóż… lepszy niedosyt niż przesyt. Drugi w kolejności programowej wszedł na scenę Sebastian Madejski. To co zrobił pan Madejski było balsamem dla uszu. Świetny beatbox i rewelacyjne połączenie jego nakładających się na siebie wokali. O dziwo publiczność nawet bisowała! Następny projekt na scenie to Lud Hauza; grali długo, jednak ich set został tak świetnie przemyślany, że w ogóle się nie nudziło. Czułem się jak w dźwiękowej podróży na koniec świata i gdy zamknąłem oczy wyobrażałem sobie dźwiękową bajkę, która nie ma końca. Mimo, że grali długo – czułem niedosyt.

A potem? Oto mamy Accomplice Affair na scenie. W kuluarach słyszało się o kryzysie wewnątrz zespołu, problematyczny był również debiut skrzypaczki. Sam nie wiedziałem co o tym myśleć i trochę obawiałem się ich występu. Okazało się, że nie potrzebnie. Set zaczął się piękną grą na skrzypcach, które wypełniały delikatnie ich występ do samego końca. Piękne, minimalistyczne gitary, opętane wokale i industrialne sample – wszystko to złożyło się w bardzo intrygującą całość. Co więcej – jak się potem okazało – zagrali materiał z nadchodzącej płyty. Oj, już się jej nie mogę doczekać!

Po ich występie nastąpiła dłuższa przerwa, a z biegiem upływu czasu powietrze na sali zaczyna robić się coraz gęstsze. Robi się mglisto, mistycznie, czujemy zapach ziół i kadzideł. Zapada mrok… „Zapraszamy na misterium” – mówi tajemniczo Rychlik. Miał rację. Oto Alio Die. Alchemik i mistyk światowego ambientu zasiadł na scenie, by odprawić prawdziwy rytuał dźwięku. 75 minut magii, 75 minut poszukiwań siebie w świecie Alio Die. „Niech nie kończy nigdy!”, chciałem wykrzyczeć. Dźwięki z The Door of Possibilities będę chyba słyszał w swojej duszy do końca życia, a tego koncertu nigdy nie zapomnę. Zastanawiałem się, czy ktoś odważy się stanąć na deskach CKiS po występie mistrza. Zrobił to Rigor Mortiss (wywiad z basistą formacji przeczytacie TUTAJ), który powrócił po 20 latach niebytu scenicznego. Trwający ponad godzinę występ zasiliły zarówno rzeczy starsze, jak i te nowsze, pochodzące z epki Brud. Godnie zajęli miejsce na scenie po mistrzu Alio Die. Brawo!

Dodam jeszcze, że w budynku CKiS można było także nabyć płyty na stoisku Requiem Rec, pograć na instrumentach firmy Music Partners, podziałać na sprzęcie z dystrybucji Audiostacji, obejrzeć wystawę prac Tomka Pileckiego. Było tego naprawdę sporo. Dla mnie impreza była bardzo udana. Naprawdę nie ma takich wydarzeń w Polsce, oj nie ma! Wyjeżdżam z Kalisza zadowolony. I jednocześnie z pewnym poczuciem niedosytu i smutku. Dlaczego smutku? Gdyż muszę znów czekać okrągły rok na taką prawdziwą muzyczną ucztę.