7 dni – Sabaton: Carolus Rex albo siedem dni piekła: dlaczego Sabaton ssie

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Nuclear Blast

 

Już pojutrze będzie miał premierę dziewiąty już album studyjny szwedzkiej grupy Sabaton zatytułowany The Last Stand. Mógłbym napisać, że mi z tego powodu zwyczajnie przykro, mógłbym też napisać, że mam nadzieję, że słowo „last” Szwedzi potraktują zobowiązująco. Ale nie napiszę, bo muzyka Ssabatonu interesuje mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg, podobnie zresztą jak power metal jako taki. Chociaż może nie do końca, bo akurat fantastycznymi przebojami w stylu 40:1 AKA 80:2 AKA 10:0,25 i śpiewaniem o tym, że Niemcy „szczelali” i czołgi jeździły też, podsycaniem gimbopatriotyzmu i gloryfikowaniem martyrologii raczej mnie do siebie dobrze nie nastawili. Tak samo mojej sympatii nie zdobyło płaskie, sztuczne brzmienie oraz stężenie patosu i przesady właściwe chyba tylko filmom Michaela Baya.

Dostałem jednak szansę od losu by poczuć się jak bohater jednego z hymnów ryczanych przez Joakima Brodena i stawić czoła przeważającym siłom przeciwnika. Los tym razem przyjął postać redaktora naczelnego Music to the People, który wpadł na Pomysł Wspaniały i będąc świadomym mojej niechęci do Sabatonu, zaproponował następujący układ: przez tydzień będę osłuchiwać się z powszechnie uważaną za najlepszą (xD) w dorobku (xD) Szwedów płytą Carolus Rex, a dnia siódmego – zamiast odpoczywać – napiszę retrorecenzję rzeczonego krążka. Ponieważ jestem z natury ciekawy, rad przystałem na ten masochistyczny eksperyment.

Pasek - kreska

DZIEŃ 1

 

Dokształcam się. Sama inspiracja albumu jest nadzwyczaj ciekawa – chodzi bowiem o Karola XII, ostatniego szwedzkiego monarchę z jajami, znakomitego stratega i odważnego żołnierza – to jemu właśnie zadedykowany został tytuł oraz znacząca część albumu. Nie podzielam i nie rozumiem absolutnie fenomenu Sabatonu wśród polskich słuchaczy i nie w smak mi przedstawiana przez Szwedów narracja historyczna dotycząca pewnych wydarzeń, muszę jednak przyznać, że wzięcie na warsztat XVIII wieku jest niebanalnym rozwiązaniem. Jeśli już tematy historyczne pojawiają się w twórczości grup metalowych ze Skandynawii, zazwyczaj ograniczają się do średniowiecznych wypraw wikingów, lub nie wykraczają nawet poza ramy mitologii nordyckiej. Entuzjastycznie nastawiony odpalam płytę. Udaje mi się dotrzeć do połowy Gott Mit Uns, trzeciej na ścieżki płycie z wliczeniem intra.

Pasek - kreska

DZIEŃ 2

 

Pierwszą rzeczą o której jestem w stanie pomyśleć, gdy już ochłonąłem po przesłuchaniu The Lion From the North, są klawisze. Tu nie ma, kurwa, riffów. Melodię i cały kawałek prowadzi galopująca perkusja i klawisze/chóry na zmianę z wokalem. Gitara jest gdzieś tam w tle, robi „du-du-du”, jest nawet krótkie solo, ale poza tym jest to po prostu bezczelna, nibymetalowa dyskoteka. Atmosfera jest bardziej podniosła niż podczas szarży Rohirrimów na Polach Pelennoru w Powrocie Króla i boję się, że od przesycenia plastikowym testosteronem pod koniec seansu z płytą wypadną mi włosy. Trochę lepiej, jeśli chodzi o stronę instrumentalną, jest w Gott Mit Uns – zespół zaczyna coś tam grać. Włącza mi się jednak alergia na powermetalową jarmaczność. Wieczorem lekarz mówi mi, że mogę mieć nadciśnienie.

Pasek - kreska

DZIEŃ 3

 

Udaje mi się przesłuchać A Lifetime of War. Utwór nie tylko zaczyna się łudząco podobnie do głównego tematu ze ścieżki dźwiękowej do Star Treka z 2009 roku, ale jest też okropnie przesłodzony i rozwleczony. Zakończenie jest jednak przyjemne i gdyby zespół zdecydował się powiesić klawiszowca na drzewie, mogłoby brzmieć znośnie. Kolejny na płycie kawałek – 1648 – to typowy powermetalowy hit, skoczny, melodyjny, z solówką w odpowiednim miejscu i chwytliwym refrenem podkręconym wysiłkami chórzystów. Czy jako osoba niesłuchająca powermetalu mogę stwierdzić, że coś jest „typowym powermetalowym hitem”? Muszę się napić.

Pasek - kreska

DZIEŃ 4

 

Zaznajamiam się z The Carolean’s Prayer. Narzekałem wcześniej na chóry i klawisze? Teraz mam wrażenie, że Szwedzi zaprosili na płytę niesławnego Jordana Rudessa. Podobnie do The Lifetime of War kawałek jest dość powolny, tutaj jednak mamy GROMKI REFREN. Wiecie – taki, żeby na koncercie można było unieść w powietrzu pięść (rogi lepiej nie, bo jeszcze mama zobaczy na zdjęciu i będzie przypał) i krzyczeć „HEJ! HEJ!”. Przy Carolus Rex Broden decyduje się prowadzić narrację pierwszoosobową, z Karolem XII jako podmiotem lirycznym. I tu w sumie zatrzymam się na chwilę, bo o jednej rzeczy muszę uczciwie powiedzieć: Joakim naprawdę fajnie śpiewa. Jego nieco misiowaty, ale też przepełniony energią baryton, w połączeniu z uroczym akcentem, jest nośny i więcej niż przyjemny, zwłaszcza, jeśli zestawimy go ze standardowymi dla powermetalu kastratami. Niestety w połączeniu z podbijającymi go klawiszami i chórem staje się obrzydliwie przesłodzony. Killing Ground zaskakuje mocnym, heavy metalowym początkiem – wreszcie gitary zajmują należne im miejsce. Chociaż refren jest typowo sabatonowy, to akrobatyczne solo gitarowe jest zagrane z feelingiem i przez chwilę człowiek ma wrażenie, że słucha zespołu, a nie produktu. Mimo wszystko wciąż piję.

Pasek - kreska

DZIEŃ 5

 

Poltava zaczyna się jakimś dziwnym elektronicznym intrem, do tej pory nie jestem pewien czy rzeczywiście tam było czy tylko mam omamy słuchowe od przedawkowania Sabatonu i leczenia go przy pomocy zamiany procentów na promile. Bardzo możliwe, że faktycznie odchodzę od zmysłów – solo klawiszowe w połowie utworu wydaje się być całkiem fajne. Dziesiąty na płycie Long Live the King opowiada o śmierci, kondukcie żałobnym i pochówku Karola XII. Wjeżdża refren. Chór. Klawisze. Ręce mi się trzęsą. Piję. Śni mi się, że lubię Sabaton. O godzinie czwartej nad ranem budzę się w malignie. Widzę nad łóżkiem oblicze Karola XII. Król nachyla się nade mną i przemawia do mnie po szwedzku. Nie wiem czy to objawienie, czy delirium tremens, ale wszystko rozumiem: monarcha przekonuje mnie, że to tak naprawdę dobra płyta, power metal jest wspaniały a jedynie miłość homoseksualna jest prawdziwie męska. Zasypiam targany skurczami.

Pasek - kreska

DZIEŃ 6

 

Jestem na krawędzi. Został mi już tylko jeden utwór nie licząc bonusowych: Ruina Imperii. Po sztampowym wstępie zaczyna się utwór i po raz pierwszy jestem autentycznie zaskoczony. Orientalne motywy, jakiekolwiek budowanie dramaturgii i napięcia – nie wiem co powiedzieć. Szkoda, że to ostatni utwór na płycie. No prawie, bo są jeszcze bonusy. Najbardziej blado wypada cover Twilight of the Thunder God Amon Amarth, po prostu przesłodzony i pozbawiony ciężaru nie broni się w żaden sposób, niewiele lepiej prezentuje się Feuer, Frei! Rammstein, któremu brakuje  surowości oryginału i charakterystycznego głosu Lindemanna. Na tym tle najbardziej do gustu przypadł mi cover In the Army Now Stand Out – naprawdę się tego nie spodziewałem. Do legendarnej wersji Laibach się jednak nie umywa. Wracając jednak do Feuer, Frei! – marną muzykę wynagrodziła mi perełka znaleziona w komentarzach na YouTube (w wersji, której słuchałem bonusem było właśnie In the Army Now).

7 dni - Sabaton Carolus Rex albo siedem dni piekła dlaczego Sabaton ssie - 4

Pasek - kreska

KONIEC

 

Moja podróż dobiegła końca. Na pewno nie jestem tym samym człowiekiem, którym byłem tydzień temu. W tle gra już kojąco Ordo Ad Chao Mayhem, w kubku gorąca kawa, czarna i bez cukru. Siedzę w fotelu i wsłuchuję się w udającego czajnik Attilę Csihara a na stopach mam wygodne, pluszowe kapcie. Wiem jednak, że nic już nie będzie takie samo jak kiedyś. Że raz na parę lat, gdy pewien zespół ze Szwecji zapowie wydanie nowej płyty ja to wyczuję. I że parę razy przez następny miesiąc będę się budzić w nocy z krzykiem. A krzyczeć będę tylko jedno rzecz:

WARSZAWO BARSZCZ!!!!11