7 dni – Sabaton: The Last Stand – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia:
Nuclear Blast

 

No i wyszła nowa płyta Sabatonu. Czekałem na nią cierpliwie ponad dwa lata (tyle bowiem minęło od premiery ostatniego studyjnego krążka Szwedów – Heroes), w międzyczasie dokarmiając się koncertówką oraz regularnie wypuszczanymi singlami. Zazwyczaj staram się nie zapoznawać ze skrawkami muzyki, którymi dzieli się dany zespół (wolę czekać z ocenami na pełny album), jednak w wypadku ekipy z Falun pozwoliłem sobie na słuchanie kolejnych numerów, które znalazły się na YouTubie. W efekcie znałem nieźle część zawartości The Last Stand, wiedząc czego się po tej płycie spodziewać. Niektóre piosenki nieco mnie zmartwiły (na czele z bezpłciową Shiroyamą i przaśnym Blood of Bannockburn), inne pozwalały zachować optymizm i wiarę w zespół (The Lost Battalion i – przede wszystkim – numer tytułowy, którego 30-sekundowy sampler był umieszczany na końcu każdego singla). A jak to się wszystko prezentuje w kontekście całego albumu? Dobrze. Tylko i aż dobrze.

Jedną z największych zalet przywołanego wyżej albumu Heroes była równość. Praktycznie wszystkie numery stały na podobnym, wysokim poziomie i żaden z nich nie chciał wychodzić przed szereg. Miało to oczywiście swoje negatywne strony (na płycie zabrakło rzeczy naprawdę wyjątkowych), pozwoliło jednak uchronić słuchacza przed momentami nudy. I nawet ckliwa ballada The Ballad of Bull nie była w stanie zepsuć obrazu całości. Tymczasem w wypadku The Last Stand jest trochę inaczej: krążek ma swoje momenty (i to nawet kilka),  jednak momentami zdarza mu się złapać zadyszkę, czasami szczególnie uciążliwą. Dobrym przykładem są tutaj trzy pierwsze numery z płyty, czyli Sparta, Last Dying Breath oraz wspomniane już Blood of Bannockburn. Pierwsza dwójka to bezpłciowe twory, które szybko – takie mam wrażenie – znikną z radarów miłośników Sabatonu, trzeci zaś, starając się odróżnić od reszty, stał się pseudo-folkowym numerem, na dodatek tak stereotypowym (wiadomo – są Szkoci, to musi być też milion dud), jakby za koncept odpowiadała telewizja śniadaniowa, mająca na celu zapewnić wszystkich widzów, że ich utarta wizja świata rzeczywiście jest prawdziwa.

Z drugiej strony Sabaton zaserwował takie utwory, które z miejsca wchodzą do panteonu najlepszych dokonań grupy. Kompozycja tytułowa, opowiadająca o sformowanej w XVI wieku Gwardii Szwajcarskiej (zwanej po łacinie Cohors pedestris Helvetiorum a sacra custodia Pontificis, ale kto by to zapamiętał?!), charakteryzuje się szybkim, zwartym tempem, świetnym refrenem (szczególnie na końcu numeru, gdzie następuje cudowna coda) i ciekawym tekstem. Fajnie wypadł też pierwszy singiel promujący to wydawnictwo, The Lost Battalion (jego bohaterami są żołnierze amerykańskiej armii, którzy zostali okrążeni przez wojska II Rzeszy w październiku 1918 roku podczas ofensywy w Lesie Argońskim), bardzo często będę wracał do zamieszczonego w formie bonusu utworu Camouflage, czyli wielce udanego coveru kompozycji Stana Ridgwaya. A co z resztą piosenek? W sumie to nic. Nie są one ani dobre, ani szczególnie słabe. Najlepiej pasuje do nich słowo „nijakie”. Ewentualnie wtórne, gdy mówimy o Shiroyamie, do złudzenia przypominającej Midway z albumu Coat of Arms.

Krążek The Last Stand został wyprodukowany przez stałego współpracownika formacji, Petera Tägtgrena, w jego Abyss Studios. Nie zdziwiło mnie więc, że recenzowany tutaj album brzmi naprawdę słabo. Dźwięk jest szalenie jasny i „huczący”, przez co głośniejsze odsłuchy stają się naprawdę nieprzyjemne. Przy tak (nie)zbalansowanym brzmieniu można też zapomnieć o jakimkolwiek basie, który po prostu ginie w natłoku innych, jazgoczących informacji. Momentami zabrakło mi na The Last Stand więcej zrywu, dynamiki, kopa. Wszystko zostało zarejestrowane w bardzo bezpieczny (można nawet powiedzieć, że zachowawczy) sposób. Szkoda, tym bardziej, że numery Sabatonu zawsze są pełne melodii, które fajnie byłoby usłyszeć. Tutaj słychać niewiele.

Ósme studyjne dzieło Sabatonu jest (a przynajmniej miało być) albumem koncepcyjnym, opowiadającym o poświęceniu żołnierzy z różnych epok i części świata, którzy oddawali swoje życie na „ostatnich bastionach”. Pomysł ten, chociaż ciekawy, chyba trochę się Szwedom rozmył, przez co na płycie praktycznie w żadnym momencie nie czuć spójnego klimatu, który wyróżniał takie albumy, jak Carolus Rex czy Heroes. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że The Last Stand jest złą płytą. To naprawdę porządny, dobry longplay, w skład którego weszło kilka prawdziwych hitów. Niestety całość jest tak nierówna, jakby była pisana przez kilka osób, z których część nie miała bladego pojęcia o muzyce. Cóż… pozostaje mi tylko wkuć na pamięć teksty tych dobrych kawałków i szykować się na następny koncert Sabatonu, gdzie nabiorą jeszcze większej mocy.

Pasek - wydanie

Za wydanie The Last Stand odpowiada firma Nuclear Blast. Album – jak przyzwyczaili nas do tego Niemcy – został wydany w kilku wersjach, dzięki czemu każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Na półki sklepowe trafiły dwie wersje CD (jewel case oraz digipack), cztery edycje winylowe w różnych kolorach (co ciekawe, longplay’e przeznaczone są do odtwarzania w prędkości 45 obrotów na minutę, charakterystycznej dla wydawnictw audiofilskich), a także dwie wersje kolekcjonerskie. W skład pierwszego pudła wchodzi książka z trzema płytami, album na dwóch winylach (typu picture disc), plakat i zdjęcie zespołu. Druga propozycja jest w zasadzie identyczna, różni się tylko… zabawkowym czołgiem o sporych rozmiarach (S x G x W) 11,5 x 30 x 16,2 cm. Fajna zabawka, prawda?

Pasek - informacje

Wykonawca: Sabaton
Tytuł: The Last Stand
Wytwórnia: Nuclear Blast
Data wydania: 2016
Gatunek: Power metal
Czas trwania: 44:31