A Boy From Tupelo: The Sun Masters – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Sony Music Group

 

Ostatnio przeczytałem gdzieś – chyba na łamach strony amerykańskiego wydania „Vogue’a” – że nawet Kim Kardashian miała kiedyś zero followersów na Instagramie. A może mowa była o Rihannie? Albo o Gigi Hadid? Nieistotne. Przesłanie było takie: każda gwiazda zaczynała od zera. Rihanna nie urodziła się na Barbadosie otoczona przez milionów fanów, a Gigi Hadid (chyba najbardziej pożądana supermodelka naszych czasów) była kiedyś nieznaną, cieszącą się słodką anonimowością osobą.

Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Weźmy pierwszych z brzegu Beatlesów. Chociaż mogłoby się wydawać, że podbili świat w bardzo młodym wieku (co jest prawdą), to nie wyglądało to tak, jak większość ludzi sobie wyobraża. Ich droga do sukcesu była niezwykle długa i ciężka. Wystarczy rzucić okiem na dowolną ich biografię i przeczytać fragment opisujący lata spędzone w Hamburgu. Intensywność ich pracy w tamtym okresie jest powalająca! A fanów, chociaż z dnia na dzień ich przybywało, mieli jak na lekarstwo.

Podobnie było z Elvisem Presleyem. Nie urodził się on Królem rock’n’rolla – musiał dopiero sięgnąć po koronę, pokonać innych pretendentów, udowodnić światu, że to właśnie on zasługuje na to zaszczytne miano. Presley pochodził z niezbyt zamożnej rodziny. Urodził się chyba w najbardziej zapyziałym mieście w stanie Missisipi – maleńkim, szczególnie jak na amerykańskie warunki, Tupelo, które znane jest wyłącznie dzięki niemu. Po przeprowadzce w 1948 roku do Memphis jego życie wcale nie stało się łatwiejsze, a jego eskapistycznym rajem stawała się powoli muzyka. W 1954 roku trafił pod skrzydła Sama Phillipsa, właściciela wytwórni Sun Records. To właśnie w tym – obecnie otoczonym kultem – miejscu młody Elvis zdobywał ostrogi. Nagrania z tego okresu, chociaż wcale nie należą do najlepszych w dorobku Króla, odegrały kluczową rolę w jego karierze. Followersów mógł mieć wtedy zero, ale szykował się właśnie, by szturmem zająć cały świat.

Właśnie na tym okresie skupia się najnowsze wydawnictwo przygotowane dla fanów Presleya: A Boy From Tupelo: The Sun Masters. A właściwie dwa wydawnictwa; to pierwsze – wspomniane już przeze mnie – jest pojedynczym albumem wytłoczonym na winylu; to drugie (A Boy From Tupelo: The Complete 1953-1955 Recordings) jest trzypłytowym boxem, które stara się wyczerpać temat najwcześniejszych nagrań Elvisa. Ja sam, jako miłośnik czarnej płyty, postanowiłem sięgnąć właśnie po ten format, starając się znaleźć odpowiedź na pytanie: czy A Boy From Tupelo… jest ciekawą propozycją wyłącznie dla największych fanów Króla, czy też sprawdzi się również w kontakcie z laikiem w tej materii.

Wobec tak postawionego problemu A Boy From Tupelo… wypada… raczej blado. W skład tego albumu wchodzi 17 utworów, z których ledwie dwa-trzy stanowią hity z prawdziwego zdarzenia. Reszta to mniej lub bardziej znane utwory, które niedzielnych miłośników Presleya znudzą lub zdziwią. Otwierająca całe wydawnictwo piosenka That’s All Right mogłaby z powodzeniem zasilić debiutancki krążek Casha, podobnie rzecz ma się z pierwszym na stronie B kawałkiem Mystery Train. Chociaż oba numery są zgrabnie zagrane i zaśpiewane, to słuchając Presleya nie oczekujemy chyba grania w stylu country, prawda?

Inaczej ma się rzecz, gdy jesteśmy fanami Króla i jego „podstawową” twórczość mamy odsłuchane na wszelkie możliwe sposoby. Wtedy A Boy From Tupelo: The Sun Masters jawi się jako niezwykle ciekawa i – przede wszystkim – świeża propozycja, która pozwala nam ujrzeć pierwsze kroki Presleya w profesjonalnym studiu nagraniowym. Zabawy z tym materiałem jest wtedy co niemiara; maczane w countrowym sosie numery nie nużą, a stanowią cenną ciekawostkę o inspiracjach Króla, a nieznane szerzej nikomu I’ll Never Let You Go (Little Darlin’) zamiast drażnić – sprawia sporo satysfakcji.

Za tym, że A Boy From Tupelo: The Sun Masters jest wydawnictwem skierowanym w pierwszej kolejności do fanów świadczy również jego okładka. Na pierwszy rzut oka jest ona paskudna. To dziwny, wykonany za 5 zł kolaż, na który składa się twarz Elvisa w niskiej rozdzielczości, wyciągnięty z czapy pociąg i szereg ciał niebieskich (na które składają się gwiazdki i księżyc). A wszystko to zatopione w wątpliwej jakości mieszance kolorystycznej. Art ten odwołuje się jednak do estetyki panującej w latach 50. – i tak też należy go oceniać. Wtedy te wszystkie żenujące (z dzisiejszej perspektywy) rozwiązania będą cieszyć oko.

Dla fanów Presleya A Boy From Tupelo: The Sun Masters to pozycja obowiązkowa. W jej skład wchodzi kilka niezwykle ciekawych perełek, które będą ozdobą każdej płytoteki i które pomogą pogłębić wiedzę o swoim idolu. Jeżeli jednak ktoś szuka krążka, od którego mógłby zacząć swoją przygodę z Królem, to nabycie recenzowanego tu albumu stanowczo odradzam. Na rynku pełno jest lepszych – w tym kontekście – pozycji, które pomogą wejść w wyjątkowy świat człowieka, który zmienił bieg popkultury.

Pasek - wydanie

A Boy From Tupelo: The Sun Masters jest wydawnictwem przygotowanym specjalnie z myślą o winylu. Wszystko więc zostało skrojone pod format 12-calowej czarnej płyty: od opisanej wyżej okładki do mini-eseju Johna Jacksona o, rzecz jasna, Elvisie. Mimo to cieszy fakt, iż wydawca tego krążka – Sony – nie zapomniał o tym, że żyjemy w XXI wieku i zdecydował się na dorzucenie kodu uprawniającego do pobrania tego samego materiału w formie plików. Mała rzecz, a cieszy.

Pasek - informacje

Wykonawca: Elvis Presley
Tytuł: A Boy From Tupelo: The Sun Masters
Wytwórnia: Sony Music Group
Data wydania: 28.07.2017
Gatunek: Rock’n’roll
Czas trwania: 42:48