All is Film Music – Festiwal Muzyki Filmowej 2017 (20.05.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Wojciech Wandzel (nr 1-8), Krakowskie Biuro Festiwalowe (nr 9)

 

W jaki sposób można uczcić 10. rocznicę działalności bodaj największego i najważniejszego festiwalu muzyki filmowej na świecie? Takiego, o którym z wielkim uznaniem wypowiadają się gwiazdy pokroju Hansa Zimmera czy Howarda Shore’a? Mówimy tu wszakże o wydarzeniu wyjątkowym w skali całego świata; jak słusznie zauważył pan Robert Piaskowski w wywiadzie udzielonym mi pod koniec kwietnia w siedzibie Krakowskiego Biura Festiwalowego (TUTAJ), Festiwal Muzyki Filmowej to „coś więcej niż marka”, to „platforma dla muzyki filmowej w skali globalnej”. Emocje związane z punktem kulminacyjnym jubileuszowej edycji FMF-u były więc, rzecz jasna, rozbuchane do granic możliwości. Każdy fan soundtracków filmowych/telewizyjnych/komputerowych pewnie ma swoją własną wizję tego w jaki sposób można by w sposób najlepszy, najpełniejszy obchodzić 10. „urodziny” FMF-u. Organizatorzy postawili na podkreślenie cech, którym festiwal wyróżnia się na całym świecie; myślę tu o celebracji muzyki filmowej i jej gwiazd, bez sztucznego podziału na gatunki i inne ograniczające ramy. Dzięki temu All is Film Music stał się wydarzeniem wyjątkowym: czterogodzinną (!) imprezą, do której jeszcze długo będę wracał myślami.

Zaczęło się iście wybuchowo – orkiestra pod batutą ekspresyjnego Diego Navarro – zaczęła od odegrania wszystkim doskonale znanego motywu przewodniego z Władcy Pierścieni, by zaraz potem przejść do jeszcze lepiej rozpoznawalnej melodii Marszu Imperialnego z piątej części Gwiezdnych Wojen (da-da-da-da-da-da-da-da-da; przyznajcie – już Wam to leci w głowie). I dokładnie tak wyglądały następne cztery godziny (z 30 minutową przerwą); raz za razem do uszu zgromadzonej w Tauron Arenie publiczności docierały melodie z różnych filmów, seriali, a nawet gier komputerowych.

Ich różnorodność mogła przyprawić o zawrót głowy. Mieliśmy muzykę i z hollywoodzkich blockbusterów (Szybcy i Wściekli 8, nowa Mumia, Piękna i Bestia), i z różnych realizacji o nieco bardziej artystycznym charakterze (Marzyciel, Sługi Boże), i z licznych seriali telewizyjnych (Fargo, 24 godziny, Belfer). Atmosfera zmieniała się jak w kalejdoskopie; początkowa podniosłość szybko ustąpiła miejsca radości, ta zaś melancholii, ekscytacji czy smutku. Mimo to nikt nie miał prawa czuć się zdezorientowany – utwory zostały ułożone w taki sposób, by (mniej więcej) tworzyć logiczny ciąg, w którym było miejsce na szeroką gamę uczuć. Oczywiście nie wszystko co usłyszałem wczoraj w Tauron Arenie przypadło mi do gustu, trudno jednak, żeby podobało mi się wszystko z kilkugodzinnego setu. I tak jestem zaskoczony, że przez znakomitą część czasu organizatorom udało się przykuwać moją uwagę. Klasa!

Za naprawdę fantastyczną atmosferę odpowiadali również zaproszeni goście. Przede wszystkim świetnie wypadli kompozytorzy, którzy wystąpili również w roli dyrygentów. Abel Korzeniowski (TUTAJ znajdziecie tekst o nim, który ukazał się na MttP) zaprezentował bardzo uczuciowe podejście do muzyki; z kolei Brian Tyler czarował swoją pewnością siebie, luzem i bijącą od niego pozytywną energią. Wielkim zaszczytem i przywilejem była także możliwość zobaczenia Howarda Shore’a, znanego przede wszystkim z soundtracków do Władcy Pierścieni. Został on uhonorowany nagrodą im. Wojciecha Kilara, przyznawaną przez prezydentów Katowic i Krakowa (którzy również byli tego dnia obecni w krakowskiej hali widowiskowo-sportowej). „To ogromny zaszczyt móc przyjąć nagrodę wielkiego Wojciecha Kilara, jego muzyka jest inspiracją dla wszystkich, to prawdziwe K2!” – powiedział utytułowany twórca, który – jak mi się wydaje – był nieco przytłoczony tak entuzjastycznym i gorącym przyjęciem.

Korzeniowski, Tyler czy Shore nie byli jednak jedynymi gwiazdami, które uświetniły 10. urodziny FMF-u. Tym większe słowa uznania należą się przywołanemu już Diego Navarro, Orkiestrze Akademii Beethovenowskiej oraz Chórowi Pro Musica Mundi, którzy naprawdę dobrze poradzili sobie i ze skomplikowanym materiałem muzycznym, i z częstymi zmianami w swoim składzie. Nie obyło się co prawda bez mniejszych pomyłek, jednak te nie mogły stanowić żadnej przeszkody w czerpaniu wielkiej przyjemności z słuchania kolejnych suit. Muzycy włożyli w swoją pracę wiele serca i umiejętności, co po prostu było widać i słychać; sam nie wiem jak będę mógł teraz oglądać Władcę Pierścieni bez tych fantastycznych kompozycji granych na żywo.

Jedynymi rysami na tym pięknym diamencie były gościnne występy polskich muzyków, na czele z Nataszą Urbańską i Aleksandrem Milwiwem-Baronem. Wyglądali oni, jakby znaleźli się na tej scenie przez przypadek, dowiadując się już w trakcie trwania koncertu o co tutaj w ogóle chodzi. Szczególnie słabo wypadła właśnie Urbańska, która pojawiła się przy okazji odgrywania utworu The Hanging Tree z pierwszej części Kosogłosa. Nie umiała opanować nerwów, przez co od początku do końca piosenki wyprzedzała orkiestrę o pół taktu. Być może przydałyby się jej lekcje śpiewu z metronomem? Mam jeden wolny w domu, z chęcią bym go podarował artystce w potrzebie.

Światowej sławy gwiazdy, wielkie premiery (na przykład suity z La La Landu), fantastyczne emocje – to wszystko zaoferował koncert All is Film Music. Godnie uświetnił 10-lecie istnienia Festiwalu Muzyki Filmowej, który po raz kolejny udowodnił swoją bezkonkurencyjność na tym polu. Gratuluję organizatorom FMF-u wspaniale wykonanej roboty i życzę im, by mogli ją wykonywać dalej. Przez co najmniej 10 kolejnych lat.

Pasek - kreska

Koncert All is Film Music zostaje wyróżniony nagrodą Great Live Experience.

Great Live Experience