Arminio – Opera Rara 2017 (05.02.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Hasenien Dousery (nr 1-7), Krakowskie Biuro Festiwalowe (nr 8-9), Decca Classics (nr 10)

 

Przez długi czas nie mogłem przezwyciężyć swojej niechęci do opery. Po prostu nie „kupowałem” jej gatunkowych założeń; tych przydługich partii recytowanych, teatralności czy – nade wszystko – pretekstowej, a momentami zwyczajnie idiotycznej fabuły. Ostatecznie pogodziłem się z nią, akceptując jej ograniczenia i czerpiąc z niej to, co najlepsze. Oczywiście przywary, które wcześniej powstrzymywały mnie przed cieszeniem się muzyką operową nadal mi przeszkadzały, nie odrywały mnie jednak od tego, co w tym gatunku jest, moim zdaniem, najważniejsze: od piękna ludzkiego głosu.

W zeszłą niedzielę wszystkie ambiwalentne uczucia dotyczące opery wróciły do mnie ze zdwojoną siłą, kiedy siedziałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego i słuchałem Arminia, dzieła Georga Friedricha Händla z 1737 roku. Z jednej strony trudno było mi oprzeć się fantastycznym solistom, którzy wykonywali wszystkie, nawet najbardziej wymagające, wirtuozerskie partie bez żadnego wysiłku (przynajmniej tak wyglądało to z perspektywy widza), jakby urodzili się tylko dla tej opery. Z drugiej strony mój zachwyt mąciły wyświetlane powyżej sceny napisy, które odkrywały absurdalną miałkość tej, trwającej ponad trzy godziny, historii. Ale chyba wybiegam za bardzo w przyszłość. Pozwólcie więc, że zacznę jeszcze raz…

Arminio zabrzmiał w jednym z najsłynniejszych krakowskich teatrów 5 lutego w ramach festiwalu Opera Rara 2017 (wywiad z Janem Tomaszem Adamusem, osobą współodpowiedzialną za organizację tego przedsięwzięcia, możecie przeczytać TUTAJ). Za jego wykonanie odpowiedzialni byli ludzie, którzy z dziełem tym byli wnikliwie zapoznani. Mieli do tego okazję rejestrując tę operę na potrzeby wytwórni Decca Classics (album ostatecznie został wydany 11 marca 2016 roku na dwóch płytach CD). Mowa tu o greckim dyrygencie George’u Petrou, orkiestrze (również greckiej, założonej w 1991 roku w Atenach) Armonia Atenea oraz grupie solistów, wśród których przede wszystkim warto wymienić odtwórcę roli tytułowej, tj. Maxa Emanuela Cencica.

Chociaż nie wszyscy soliści, którzy pracowali przy albumie dla uznanej brytyjskiej wytwórni w Krakowie się pojawili, to zostali godnie zastąpieni przez swoich (również utalentowanych) kolegów po fachu. Na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego pojawiła się więc doborowa obsada wokalna, uzupełniona o sprawnie funkcjonującą orkiestrę. Soliści, jak już wspomniałem, spisali się wspaniale. Na wielkie słowa uznania zasługuje przede wszystkim Cencic, którego charyzmatyczna postać robiła wrażenie zanim jeszcze otworzył usta. Potem, po usłyszeniu jego znakomitego głosu (dodam na marginesie, że wykonywał on partię kontratenorową), świetne wrażenie jeszcze się pogłębiało.

Pozostałe gwiazdy wieczoru nie dały jednak przyćmić się głównemu bohaterowi, raz za razem serwując wpadające w pamięć wykonanie poszczególnych arii. Nawet głos basowy, który zwykle w operach nie przypada mi do gustu, tutaj wypadł naprawdę bardzo dobrze, pokazując mi, że i w tych niższych rejestrach kryje się prawdziwa magia muzyki. Jednak moje serce (i, sądząc po żywiołowych reakcjach publiczności, nie tylko moje) skradł Víctor Jiménez Díaz. Chociaż dostał on zdecydowanie najmniej czasu, by przypodobać się publiczności, wykorzystał go do maksimum, elektryzując wszystkich widzów swoimi fenomenalnymi umiejętnościami. Przyznam się szczerze, że dawno nie słyszałem takiego wokalu męskiego na żywo. A na pewno nie na przestrzeni ostatniego roku.

Sama orkiestra, chociaż jej wysiłki pozostały w cieniu wokalnych popisów, również wypadła bardzo dobrze. Szczególnie fajnie zaprezentował się Markellos Chrysikopoulos na klawesynie, swoje (cenne) trzy grosze dorzuciły także energetycznie brzmiące skrzypce. Nieco mniej entuzjazmu wzbudziły we mnie instrumenty, które na scenie nie miały żadnego wsparcia, tj. pojawiły się tam „samodzielnie”. Pomimo wysiłków artystów dźwięki teorby, fagotu czy kontrabasu przez znakomitą większość czasu pozostawały dla mnie niesłyszalne.

Wszystko to, co opisałem wyżej złożyło się na przepiękny spektakl, znakomity pokarm dla duszy. Niestety świetnej muzyce nie dotrzymywała kroku fabuła, która była głupia nawet jak na standardy operowe. Część osób oczywiście może się zdziwić, zastanawiając się po co czepiać się akurat tego, pozornie nieistotnego aspektu, na który wykonawcy nie mają żadnego wpływu? Sam się nad tym zastanawiałem, dochodząc ostatecznie do wniosku, że opowiedziana nam historia jest – czy nam się to podoba, czy nie – integralną częścią występu i jako taka może podlegać ocenie widzów. Więc… o czym Arminio właściwie był?

To historia germańskiego wodza Arminiusza i jego konfliktu z potężnym Imperium Rzymskim za czasów boskiego Oktawiana Augusta. W tej, jak już zdążyłem wspomnieć, ponad trzygodzinnej operze śledzimy losy bohaterskiego wojownika, który opiera się sile Rzymu, za nic mając swoje życie i ceniąc sobie wyżej honor swój i swojego ludu. Niestety przez wszystkie trzy akty dzieje się tak niewiele, że można by podejrzewać, że spora część libretta gdzieś zaginęła. Praktycznie przez cały pierwszy akt Arminiusz jest brany do niewoli, by potem uciec z niej (w akcie nr 3) w trakcie zaledwie jednej sceny. Szczytem wszystkiego jest akt drugi (na który składa się najwięcej, bo aż 10 scen), podczas którego nie wydarzyło się absolutnie nic. No, chyba że ktoś chce jako „coś” zaliczyć iście hemingwayowski dialog Arminiusza z jego kajdanami.

Najgorsza opowieść wszechczasów nie była jednak w stanie zepsuć przyjemności, którą czerpałem z występu muzyków. Ich wokalne czy instrumentalne popisy były po prostu zbyt dobre, żebym zaprzątał sobie głowę miałkością fabuły. Po tym występie wyszedłem bardziej uduchowiony. I bogatszy o zanotowane w moim notatniku nazwiska artystów, których kariery będę odtąd śledził z należytą starannością.