Black Sabbath – Tauron Arena Kraków (02.07.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Black Sabbath

 

Dziwnie jest stać przed sceną i patrzeć jak twoi muzyczni idole grają kawałki, przy których dorastałeś, które pomagały kształtować twój gust, wrażliwość na dźwięki. Wiesz, że zapamiętasz ten koncert na zawsze, niezależnie od tego czy naprawdę ci się podobał, czy też zupełnie nie. Jednocześnie patrzysz na swoich herosów i jest ci trochę smutno, bo widać jak na dłoni, że najlepsze lata mają już dawno za sobą. Kiedyś scena była ich królestwem, miejscem, w którym czuli się najlepiej. Teraz jej ogrom zdaje się trochę ich przytłaczać. Nie mają siły biegać, kucać, skakać, wrzeszczeć. Zamiast tego na początku występu docierają do z góry upatrzonych pozycji, by pozostać tam do samego końca koncertu. Nie wiesz do końca co o tym myśleć; pod względem technicznym są znakomici, chyba jeszcze lepsi niż kiedyś, ale czujesz, że fantastyczną techniką pewnych rzeczy już nie nadrobią. Właśnie tak wyglądał krakowski koncert Black Sabbath.

Odbył się on w ramach trasy The End Tour, która ma być farewell tour Sabbathów. Oczywiście zdaję sobie znakomicie sprawę, że są takie zespoły rockowe/metalowe, które tego typu pożegnalnych tras zagrały już z milion (Judas Priest, Scorpions – to o Was), patrząc jednak na kondycję członków zespołu trudno oprzeć się wrażeniu, że naprawdę byłem świadkiem jednego z ostatnich w ogóle koncertów brytyjskiej legendy heavy metalu. Jak już zdążyłem wspomnieć, wszyscy trzej (Osbourne, Iommi, Butler) oryginalni członkowie pochodzącej z Birmingham ekipy nieszczególnie dobrze przeżyli upływ czasu i eksploatujący ich ciała styl życia. Okopali się oni na scenie na „swoich” miejscach i praktycznie nie ruszali przez cały czas trwania koncertu. Najgorzej prezentował się – a jakże – Ozzy, który przylepił się do mikrofonu, jakby zależało od tego jego życie. Robiło to dość przygnębiające wrażenie, potęgowane wyświetlanymi na ekranie fragmentami starych występów, gdzie Ozzy nie mógł ustać w tym samym miejscu choćby przez jedną sekundę. Zawiodła mnie także setlista, dość krótka i zachowawcza. Z niewyjaśnionych przyczyn zabrakło na niej God is Dead?, pojawił się za to numer Dirty Women z fatalnego albumu Technical Ecstasy.

Bardzo statecznie prezentowała się też scenografia – zero godnych zapamiętania efektów świetlnych czy ciekawych prezentacji wizualnych. Dzień po koncercie BS miałem okazję zobaczyć, po raz pierwszy w życiu, Iron Maiden, którzy wyczyniali na scenie zlokalizowanej na wrocławskim Stadionie Miejskim prawdziwe cuda: Dickinson ganiał po całej scenie, walczył z Eddie’m, skakał wśród płomieni. W Krakowie na nic takiego nie było zwyczajnie miejsca. Muzycy nie tylko niewiele robili, ale też rzadko podejmowali jakiekolwiek próby kontaktu z publicznością. Oczywiście Ozzy, jak na gospodarza imprezy przystało, rozmawiał ze swoimi fanami, jednak takich momentów nie było zbyt wiele. Na dodatek momentami, ze względu na jego akcent, trochę trudno było go zrozumieć, więc gdy zachęcał zebranych w Tauron Arenie miłośników swojej muzyki do jakiegoś zachowania (krzyczenia, skakania), ci nie do końca wiedzieli o co mu właściwie chodzi.

Te dwa akapity, w których narzekam na Black Sabbath napisałem nie po to, by z jakiś głupich powodów pastwić się nad zespołem, ale dlatego, by poświadczyć o jego obecnej kondycji fizycznej. Jeżeli jednak chodzi o przeżycia stricte muzyczne, to nie mogę nie piać z zachwytu nad tym, jak Sabbath wymiata. Zdawałem sobie wcześniej sprawę, że Iommi jest jednym z najlepszych gitarzystów XX wieku i że Butler jest wysokiej próby basistą, wiedziałem też, że Ozzy – chociaż swoich ograniczeń wokalnych nigdy nie przeskoczył – jest w stanie zaprezentować się z bardzo dobrej strony, nie miałem jednak pojęcia jak wielkie wrażenie zrobi to na mnie na żywo. Riffy grane przez gitarzystów były nieprawdopodobnie gęste, potężne, a ich moc potęgowało nieprawdopodobne wyczucie rytmu i brzmienia, którym wykazali się Iommi i Butler. Również Ozzy zaprezentował się z dobrej strony – nie szarżował niepotrzebnie z wokalem, ale śpiewał najlepiej jak umiał, udowadniając, że jego świetna forma podczas nagrań ostatniego albumu formacji – 13 – nie była dziełem przypadku. Na osobny akapit zasługują wyśmienite solówki Tony’ego (momentami lepsze niż na płytach!), zaś na osobny artykuł czwarty członek zespołu, czyli perkusista Tommy Clufetos. To obłędnie utalentowany pałker, jeden z najlepszych jakich miałem okazję słyszeć. Najlepszym dowodem na jego geniusz i mój zachwyt nim było perkusyjne solo, podczas którego reszta zespołu zeszła ze sceny na krótki odpoczynek. W tym czasie Clufetos całkowicie przejął uwagę całej publiczności, wyczyniając za zestawem perkusyjnym prawdziwe cuda. Zazwyczaj tego typu „atrakcje” (czyli niepotrzebnie długie solówki instrumentalne) mnie nudzą, jednak w tym wypadku byłem szczerze zawiedziony, gdy przestał grać.

Na pochwałę zasługują nie tylko muzycy, ale i ekipa nagłaśniająca, która spisała się naprawdę dobrze. Tauron Arena Kraków to najlepiej brzmiąca hala widowiskowa w naszym kraju, co udało się akustykom znakomicie wykorzystać. Brzmienie (przynajmniej w miejscu, gdzie się znajdowałem, czyli na płycie) było mocne, ale nie przytłaczające, a gitary znakomicie się uzupełniały, nie zagłuszając – całe szczęście – perkusji. Być może trochę lepiej można było zaprezentować wokal Ozzy’ego czy wysiłki Adama Wakemana, odpowiedzialnego m.in. za klawisze, jednak były to tylko szczegóły, które w żaden sposób nie wpływały na pozytywny odbiór warstwy dźwiękowej.

Zanim przejdę do podsumowania koncertu, chciałbym napisać parę słów o suporcie Black Sabbath, czyli o formacji Rival Sons. Zaprezentowali się oni naprawdę fantastycznie, świetnie radząc sobie podczas prezentacji krótkiego setu. Nie mogli, ze względów czasowych, zagrać zbyt wiele, jednak dany im czas wykorzystali najlepiej jak się dało: pojawiły się numery z nowej płyty (Hollow Bones Pt. 1), nie zapomnieli również o zaserwowaniu (w fenomenalny sposób) starszych hitów (takich jak wyborne Open My Eyes). Najlepiej z całej ekipy wypadł gitarzysta Scott Holiday (do tej pory byłem „zaledwie” jego fanem, po krakowskim koncercie stałem się wyznawcą) oraz Jay Buchanan, dysponujący fantastycznymi warunkami i ciekawą barwą głosu wokalista. Muszę wybrać się na ich koncert, gdy przyjadą do Polski ponownie, tym razem jako główna gwiazda (tak, wiem, że już byli u nas w takiej roli, niestety nie mogłem wtedy ich zobaczyć). To – w mojej opinii – najlepszy rockowy zespół nowej generacji, który zasługuje na szczere uznanie.

Historia Black Sabbath jest opowieścią naprawdę piękną. Trudną, momentami tragiczną, ale piękną. Czy trasa The End Tour jest godnym zwieńczeniem przygody, która trwa już prawie pół wieku? Moim zdaniem – jak najbardziej. Zabrakło mi trochę metalowego szaleństwa, odrobiny chaosu i energii, nie mogę jednak narzekać, ponieważ – młody czy nie – Sabbath wciąż miażdży tyłek.