Blood of the Fall – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Via Nocturna

 

Bedowyn pochodzą z Karoliny Północnej w USA, a Blood of the Fall to ich debiutancki album. Zarejestrowali go i wydali własnym sumptem już w 2015 roku, zaś w kwietniu bieżącego roku podpisali kontrakt z Via Nocturna i w maju krążek ukazał się na rynku europejskim. Do wydawnictw z Via Nocturna zawsze podchodziłem z pewną rezerwą. Nawet jeśli trafiłem na jakąś perełkę, szybko okazywało się, że w beczce miodu ktoś rozpuścił kilka łyżek dziegciu. Również niemało dystansu miałem zabierając się do recenzji Blood of the Fall  – jakiś jeleń na okładce, macki, czarne słońca i logo zespołu zapisane czcionką sugerującą granie muzy kończącej się na „-core” nie nastawiały mnie zbyt pozytywnie już na starcie. A potem włożyłem płytę do odtwarzacza i musiałem szukać szczęki na podłodze. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, bo tak dobre to było. Po drugie, bo zastanawiałem się, czy ktoś nie zrobił mi żartu i zamiast jakiegoś zmyślonego Bedowyn nie usłyszałem właśnie niepublikowanych nagrań Mastodon jeszcze z czasów przed The Hunter. Kolejne sesje z płytą wykazały, że owszem, wciąż jest to tak dobre, a także, że mimo niezwykle silnie narzucających się skojarzeń Bedowyn potrafią grać po swojemu.

Blood of the Fall to prawie 50 minut muzyki, nie nudzi jednak ani na chwilę. Pierwsza część utworu The Horde, który pełni funkcję instrumentalnej klamry spinającej album  przechodzi płynnie w Rite to Kill i przenosi nas do tajemniczego i brutalnego świata przesyconego klimatem prastarych legend. Nie musimy długo czekać, aż zapętlony riff żywcem wyjęty z którejś płyty Black Sabbath wspierany potężną, dudniącą perkusją przerodzi się w coś zgoła innego i kierowany dziwnymi zabiegami harmonicznymi podąży w zgoła inne, eteryczne i upiorne rejony. Wszystko to okraszone jest porywającymi melodiami i gitarową ekwilibrystyką pełną smaku i feelingu.

Podobny opis mógłby zresztą posłużyć i pozostałym utworom. Bo to, co charakteryzuje muzykę Bedowyn to właśnie ten stonerowo-doomowy ciężar połączony niezwykłą płynnością i naturalnością w przechodzeniu pomiędzy elementami różnych gatunków. Powalające, powolne i niepowstrzymane riffy w zupełnie naturalny sposób łączą się sposób z szybszymi atakami, bluesowa melodyka przeplata się jak gdyby nigdy nic z egzotycznymi skalami a wkomponowane w ściany przesteru partie akustyczne są wręcz niespodziewanie spodziewane. Do tego dochodzą niezwykle interesujące rozwiązania harmoniczne w partiach gitar i interakcja z basem. Wokalnie również dzieje się tu sporo, od mocnego czystego męskiego wokalu, poprzez niższy growl, aż po jadowity syk czy drapiący uszy warkot. No po prostu chciałoby się powiedzieć „WOW”, prawda?

I tu jest właśnie haczyk, bo z jednej strony jest to wszystko niezwykłe, a z drugiej strony już gdzieś to słyszeliśmy – w końcu Mastodon grają już prawie od dwóch dekad. Otóż i tak i nie. Z jednej strony pierwszym elementem, który moim zdaniem tak bezczelnie narzuca skojarzenia z grupą z Atlanty jest wokal – nie da się zaprzeczyć, że Alex Traboulsi brzmi jak skrzyżowanie Troya Sandersa z Brentem Hindsem. Jest to jednak lepsza krzyżówka. Traboulsi ani nie fałszuje, ani nie brzmi nawet przez chwilę jak przystawiony do mikrofonu kocur, któremu ktoś robi wielką krzywdę. Po drugie, muzyka Bedowyn ma więcej takiego prostego, mocno osadzonego, brutalnego ciężaru – czuć to zwłaszcza w perkusji. Tam, gdzie Mastodon podróżuje przez przestrzeń kosmiczną ku mgławicy Oriona, Bedowyn stąpa twardo po ziemi i tratuje wszystko na swojej drodze. Wreszcie, obie grupy grają niemożliwą do wygodnego sklasyfikowania mieszankę gatunkową i z racji stażu i statusu Mastodon będzie jedną z przywoływanych nazw.

Ponadto, pomimo wszystkiego co napisałem kilka linijek wyżej o skomplikowaniu, łączeniu inspiracji, eklekyzmie itd., rdzeniem utworów Bedowyn są po prostu świetne, rockowe piosenki: zapadające w pamięć refreny i chwytliwa melodyka, której nie przeszkadza wcale ciężar formy. No i gitarowe rzemiosło najwyższej próby! Posłuchajcie chociażby otwierającej Where Wings Will Burn solówki albo popisów w środku Cotard Blade. Miód, po prostu miód.

Brzmieniowo nie ma się do czego przyczepić. Jest nieco surowo, podkreśla to jednak udanie wspomniany wcześniej ciężar i moc uderzenia. Instrumenty brzmią świetnie, a – co najważniejsze przy tego typu muzyce – miks jest selektywny. Niezwykle wyraźny jest bas, co pozwala mu przy bardziej kombinowanych riffach konkurować na równych prawach z gitarą.

Będę trzymał kciuki za Bedowyn. I to mocno. Mało który zespół może pochwalić się taką łatwością i naturalnością w łączeniu inspiracji, mając jednocześnie talent do pisania przebojów. Bo mimo ciężaru, szybkości, charczących growli i tak dalej, jest to płyta niezwykle przebojowa i po prostu przyjemna. I ja wiem, że Mastodon to i Mastodon tamto. Prawdopodobnie zresztą Mastodon był dużą inspiracją dla muzyków Bedowyn. Tylko co z tego, skoro Blood of the Fall to po prostu genialny, zajebisty album?

Pasek - wydanie

Album Blood of the Fall wydany został przez Via Nocturna i dostępny jest jako standardowa płyta CD w opakowaniu typu jewelcase. Cieszy kontrastująca z okładką minimalistyczna grafika na płycie. Booklet prezentuje się dość skromnie, zawiera jednak teksty wszystkich utworów.

Pasek - informacje

Wykonawca: Bedowyn
Tytuł: Blood of the Fall
Wytwórnia: Via Nocturna
Data wydania: 2016
Gatunek: Metal
Czas trwania: 48:52