Brave Enough – recenzja

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Lindseystomp Music

 

Na nowy album Lindsey Stirling czekałem z wypiekami na twarzy. Jestem zafascynowany muzyką skrzypcową i to, w jaki sposób artystka połączyła klasyczny instrument z nowoczesną elektroniką jest dla mnie czymś niesamowitym. Jednocześnie byłem zaciekawiony czy znów odniosę wrażenie, że wszystkie utwory są zrobione „na jedno kopyto”; równie interesująca, ale wywołująca niepokój była liczba zapowiedzianych kolaboracji. Wypuszczona przed premierą The Arena napawała jednak optymizmem, nie pozostało więc nic innego, jak w spokoju Brave Enough posłuchać. Wiele razy.

Musiałem poświęcić tej płycie trochę czasu. Po pierwszym kontakcie kompletnie nie miałem pojęcia, co o najnowszym dziele Lindsey sądzić – z jednej strony styl skrzypaczki jest już dojrzały i w końcu udało się znaleźć odpowiednią harmonię pomiędzy muzyką elektroniczną a skrzypcową, co w dużym stopniu wpłynęło to na spójność kompozycji; z drugiej nowy album pozostawia ogromny niedosyt, bo tej „dorosłej” Lindsey jest na nim po prostu za mało; wiąże się to z ogromną ilością kooperacji z innymi artystami jak na solowy album.

Płytę otwiera kawałek Lost Girls, który stylistycznie plasuje się gdzieś pomiędzy „spokojnymi, ładnymi skrzypkami” a elektronicznym uderzeniem, którego miałem przyjemność doświadczyć na Shatter Me. To naprawdę świetny utwór wprowadzający, dodatkowo pokazujący czego możemy się po krążku spodziewać – pojawia się tutaj pierwsze świadectwo lepszej organizacji kompozycji, o którym wspomniałem w poprzednim akapicie – jest po prostu mniej elektroniki, a więcej skrzypiec. Lost Girls z pewnością zachęca do odsłuchu dalszej części, przeskoczę jednak na razie kawałki wokalne, aby skupić się na tym, co w Lindsey najlepsze – na skrzypcach.

Pierwszy udostępniony singiel, a trzeci utwór na krążku – The Arena – to Lindsey taka, jaką ją wszyscy fani lubią. Utwór zbudowany na szybkim, efektownym pod względem technicznym stylu gry i lżejszym elektronicznym podkładzie początkowo brzmi podobnie do materiału dostępnego na Shatter Me – w nim wartością dodaną są jednak liczne niuanse, które uważny słuchacz może wyłapać wyłapać i które sprawiają, że Brave Enough pod względem instrumentalnym jest tak spójne. Nie chcę mówić, że jest „spokojniej”, ale odniosłem wrażenie, że to wszystko jest bardziej poukładane niż na poprzednim albumie skrzypaczki.

Po The Arena nadchodzi The Phoenix, nastawiony bardziej na skoczność niż na instrumentalną wirtuozerię. Jest to kawałek kulejący trochę pod względem produkcyjnym, pokazuje za to istotną rzecz – Lindsey w końcu udało się nadać każdemu z jej utworów własnego charakteru. Przy Lindsey Stirling wszystkie kompozycje zlewały się w jedno i tylko dwa lub trzy utwory (w tym najsławniejszy z nich, Crystallize) łatwo dawały się zapamiętać. Na Shatter Me piosenki już zaczynały nabierać swoich cech, jednak dopiero na Brave Enough jest to faktycznie wyczuwalne i pozwala bez żadnego problemu wskazać ulubione kompozycje. Były opisane The Arena i The Phoenix, poza tym mamy jeszcze smutne Gavi Song, całkowicie odbiegające od tego, do czego zdążyłem się przyzwyczaić u Lindsey, a także eksperymentalny Prism, którego również nie da się z niczym pomylić.

Lindsey w dalszym ciągu nie opiera się na bogactwie kompozycyjnym w klasycznym rozumieniu – jej utwory przypominają konstrukcją zwykłe piosenki, z dwoma zwrotkami i refrenem, lecz mimo to nie można odmówić im uroku. Niestety na Brave Enough solowych utworów Lindsey jest niestety śmiesznie mało – dużą część płyty zajmują numery stworzone we współpracy z kimś innym. I choć wybrani artyści zapewniają sporą różnorodność, to niestety wpływają w negatywny sposób na cały album z jednego prostego powodu – zabierają niezbędne miejsce głównej gwieździe. Fani poznali Lindsey dzięki jej skrzypcowym kompozycjom i z uśmiechem na ustach odsłuchiwali różnych efektów współpracy, lecz te były do tego czasu dawkowane w odpowiedni sposób. Na Brave Enough znalazło się 14 utworów w wersji podstawowej, z czego aż siedem z wokalistą na pierwszym planie. A kiedy głos pojawia się z przodu, podkład (w tym przypadku i skrzypce) momentalnie schodzi dalej i nie pozwala wystarczająco się nim nacieszyć.

Kiedy znów cofniemy się do Shatter Me, zobaczymy dwie piosenki z wokalem – tytułową oraz We Are Giants – które w zupełności wystarczały. Wszystkie pozostałe utwory należały już całkowicie do Lindsey i to właśnie stanowiło o sile albumu. Był on pod każdym względem lepszy od Lindsey Stirling i skrzypaczka miała wystarczająco czasu, aby to wszystkim pokazać. Na jej najnowszym albumie nie jest tak łatwo wychwycić zmianę, która zaszła w artystce od tego czasu, ale czy wynika to z małej ilości jej solowych piosenek, czy też z samej specyfiki tej przemiany – nie potrafię tego stwierdzić.

Muszę szczerze przyznać, że utwory wokalne na Brave Enough są dobre, ale jednocześnie… zwyczajne. Nie miałbym nic przeciwko pozostawieniu utworu tytułowego oraz jednej, może dwóch piosenek (na przykład Hold My Heart, które już od pierwszego odsłuchu nie chce wybić się z mojej głowy) i oddaniu pozostałego czasu Lindsey. Tym bardziej, że materiał na bardziej instrumentalną płytę był dostępny. Po premierze bez problemu mogłem odsłuchać bonusowych utworów dodawanych do płyty w sklepie Target i momentalnie znalazłem to, czego mi brakowało. Na cztery nowe ścieżki dwie już po pierwszym odsłuchu bardzo mi się spodobały (Waltz, za glissanda, rytmiczność i spójność; Afterglow, za absurdalnie melodyjny, house’owy refren), dwa kolejne potrzebowały tylko trochę więcej czasu. Gdyby była taka możliwość, z przyjemnością wymieniłbym te wszystkie Where Do We Go czy Those Days na jakiekolwiek utwory z edycji rozszerzonej. Czuję się trochę oszukany, bo najważniejsze w muzyce Lindsey Stirling są skrzypce – a tych tutaj po prostu nie ma. Zostały podmienione na mało znane wokalistki, trochę rapu i najzwyczajniejszy w świecie pop.

Nie jestem absolutnie przeciwny współpracy Lindsey z innymi artystami – Brave Enough z Christiną Perri jest piękną piosenką, która stanowi świetny kontrast dla uwielbianego Shatter Me, będąc jednocześnie zgodną z duchem skrzypaczki; kooperacja w przypadku Something Wild z pewnością była dużym osiągnięciem i takimi momentami również warto się dzielić z innymi. Najlepiej wypada Mirage, gdzie wykreowany klimat wręcz nie mieści się w słuchawkach, a zostało to osiągnięte właśnie dzięki współpracy z egzotyczną, pochodzącą z Indii wokalistką, Rają Kumari. Reszta utworów wokalnych spokojnie mogłaby się znaleźć na płycie w wersji rozszerzonej.

Wróćmy jeszcze do kwestii technicznych – to, co najmocniej rzuciło mi się w uszy to z pewnością znacznie częstsze wykorzystywanie glissanda – „zjazdu” po strunie  – oraz pizzicato, czyli techniki opartej na szarpaniu strun palcami. Mimo że nie jestem fanem mocnej wibracji, to tutaj wpisuje się ona znakomicie. Elementy te – w połączeniu z precyzyjną i szybką grą – pokazują, że Lindsey jest faktycznie niezwykle uzdolnioną instrumentalistką. I mimo że jej „młodzieńcza porywczość”, obecna tak wyraźnie na poprzedniej płycie, została już zduszona do bardziej odpowiadającej mi postaci, to dalej jej utwory są przepełnione niesamowitą energią. O ile oczywiście możemy się skupić na samych skrzypcach.

Pod względem produkcyjnym odczuwam dokładnie to samo, co na poprzednich dwóch albumach – podkłady są dobrze skonstruowane, ale niestety płaskie w odbiorze, co w połączeniu ze średnio odseparowanymi skrzypcami trochę ogranicza radość z obioru muzyki. Myślę, że dobrą produkcją nie nastawioną na piosenki w stylu pop można wyciągnąć z utworów Lindsey znacznie więcej. Jest to bardzo dobrze widoczne w utworze The Phoenix, gdzie w refrenie wszystkie elementy podkładu mocno nakładają się na siebie. Co ciekawe, we wcześniej wspomnianym Waltz, gdzie bitu jest mniej, wszystko jest na swoim miejscu.

Brave Enough jest niestety zawodem. Nie dlatego, że utwory zawarte na płycie są niezdatne do słuchania, ale dlatego, że jest w nich po prostu za mało skrzypiec. Te, które posiadają ich odpowiednią ilość są przyjemne i wpadają w ucho; pokazują, że Lindsey zasłużyła na swoją sławę i na wszystkie otrzymane nagrody. Jak jednak ocenić album z muzyką skrzypcową, który zawiera 14 utworów, a z których siedem tworzy składankę popową? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Wam. Brave Enough w wersji rozszerzonej jest bardzo dobrym albumem, gorszym od Shatter Me, ale jednak dalej na wysokim poziomie. Postacią standardową czuję się niestety rozczarowany.

Pasek - wydanie

Album Brave Enough ukazał się jedynie w formie dwóch (wspomnianych wyżej) edycji CD: „zwykłej” oraz rozszerzonej o cztery dodatkowe utwory.

Pasek - informacje

Wykonawca: Lindsey Stirling
Tytuł: Brave Enough
Wytwórnia: Lindseystomp Music
Data wydania: 2016
Gatunek: Muzyka instrumentalna/pop
Czas trwania: 55:28