Bruno Mars – Tauron Arena (27.05.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Live Nation Polska (nr 1), Atlantic Records (nr 2-3)

 

Ależ mi się 24K Magic – najnowszy album Bruno Marsa – nie podobał. Stanowił dla mnie zbiór wybrakowanych, pusto brzmiących kawałków R&B, które nieudolnie próbowały nawiązywać do minionych dekad. Zupełnie nie potrafiłem poczuć 24-karatowej magii, nie chciałem też wyskakiwać z sukni Versace i położyć jej – jak zachęcał mnie amerykański gwiazdor – na podłodze. Chociaż krążek trwał nieco ponad 33 minuty, to dłużył mi się niemiłosiernie za każdym razem, gdy próbowałem się to niego przekonać. Bo trzeba Wam wiedzieć, że do 24K Magic podchodziłem kilka razy, zachęcony między innymi recenzją Kamila (TUTAJ). Nic z tego jednak nie wyszło – płaskie jak naleśnik brzmienie i zupełny brak pomysłu na sensowne kompozycje zabił w moich oczach tę płytę.

Na krakowski koncert Marsa trafiłem właściwie przypadkiem. Wrobiła mnie w tę imprezę koleżanka, która zupełnie nie brała pod uwagę moich gustów czy głośno wyrażanych protestów (bo po co?). Na sobotnie wydarzenie prawie w ogóle nie czekałem, ciesząc się tylko na myśl, że w końcu zobaczę na żywo gościa, który śpiewał w kawałku Billionaire, swego czasu skatowanym przeze mnie pod koniec liceum. Nie doceniłem jednak Bruna, który reprezentuje wszakże kulturę amerykańską. To znaczy rozbuchaną do granic możliwości i robiącą raz za razem piorunujące wrażenie. Pamiętajcie, że mówimy o kraju, którego prezydent w kilka sekund wykreował zupełnie nowe słowo (covfefe), żyjące od niedawna swoim własnym życiem. Im nawet jak nic nie wychodzi, to i tak są na topie.

Wydarzenie, które odbyło się w ramach 24K Magic World Tour 2017 zostało przygotowane w sposób doskonały. Wszystko – i naprawdę w to wierzę – musiało tutaj zostać dopięte na ostatni guzik. Pozornie Bruno i jego ekipa nie mieli zbyt wiele do roboty; ot, postawić scenę, zapewnić jakieś światła i pomyśleć nad sceniczną choreografią. Nawet setlista nie nastręcza Brunowi problemów – w końcu jego katalog nagrań nie jest aż tak rozbudowany, żeby dobór piosenek spędzał mu sen z powiek. To Stonesi mają taki problem, nie on. Mars i spółka podeszli jednak do tematu, jak… na Amerykanów przystało. Scena nie była „taką se” sceną, światła i inne atrakcje wizualne nie zostały wymyślone na chybcika, a choreografia definitywnie nie powstała podczas posiedzeń toaletowych.

W powyższym akapicie skupiłem się przede wszystkim na stronie wizualnej koncertu, ponieważ ta była perfekcyjna. Wszystko działało tutaj jak w szwajcarskim zegarku, a nawet lepiej, bo było pozbawione burżujskiego zadęcia, które takiemu przedmiotowi może towarzyszyć. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie przede wszystkim scenografia. Stanowiła ona – nazwijmy to – sanktuarium dobrej zabawy, do którego ciążyła krakowska publiczność. Światła i światełka, ekrany i ekraniki, mniej i bardziej wybuchowe sztuczki pirotechniczne – czego tam nie było?! Nawet na ruchomą (wertykalnie) sub-scenę z wyświetlonym na niej logotypem Versace znalazło się miejsce. W tym całym zgiełku Bruno oraz towarzyszący mu muzycy i muzycy-tancerze odnajdowali się doskonale. Każdy znał swoje miejsce i wiedział co ma teraz robić. Być może momentami brakowało mi nieco więcej spontaniczności, jednak dawałem się oszukiwać temu skrupulatnie wyreżyserowanemu spektaklowi z uśmiechem na twarzy. Nawet wtedy, gdy łamaną polszczyzną gwiazda wieczoru zapewniała, że nas kocha.

Fantastycznej realizacji wizualnej mogłem się po Marsie spodziewać. Dużo większym zaskoczeniem było dla mnie to, jak dobrze tego wieczoru zabrzmiała muzyka. Chociaż połowę setlisty zaanektowały dla siebie kawałki z 24K Magic, to ani przez moment nie mogłem narzekać na nudę. Zabrzmiały one zupełnie inaczej – w końcu mogłem poczuć ich funkujący klimat, duszę R&B. Płytkość przydrożnej kałuży zastąpiła głębia Oceanu Spokojnego – i to nawet przy najbardziej znienawidzonym przeze mnie kawałku (historię tej nienawiści poznacie TUTAJ) Versace on the Floor. A przecież prócz numerów ze swojej ostatniej płyty Bruno uraczył nas kilkoma innymi kompozycjami, na czele z wielkim hitem Uptown Funk.

Chociaż za bilet na koncert Marsa zapłaciłem aż 330 zł, to po zakończonym koncercie doskonale wiedziałem za co wyłożyłem moją gotówkę. Za doskonale wymyślony spektakl audio-wizualny, który na długo będzie moim punktem odniesienia w tego typu muzyce. Teraz pozostaje mi tylko życzyć sobie, żeby następny album Bruna był dziełem lepszym od swojego poprzednika; wtedy – gdy Amerykanin znów odwiedzi nasz kraj – po prostu oszaleję ze szczęścia.

Pasek - kreska

Koncert Bruno Marsa zostaje wyróżniony nagrodą Great Live Experience.

Great Live Experience