Capella Cracoviensis – bach extreme (24.04.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Mikołaj Zając

 

Suity orkiestrowe Johanna Sebastiana Bacha nie należą do typowych kompozycji niemieckiego mistrza dojrzałego baroku. Wystarczy rzucić przez kilka sekund okiem na tematyczny spis jego wszystkich utworów, by dowiedzieć się dlaczego: Bach zdecydowanie częściej i – jak się wydaje – chętniej komponował utwory sakralne, na czele z słynną kolekcją kantat religijnych, których jest tak wiele, że przez badaczy dzielone są na kolejne roczniki (pierwsze, drugi itd.) i rodzaje. Po muzykę świecką Johann Sebastian sięgał wyraźnie rzadziej – na tym większą uwagę zasługują więc tego typu kompozycje najsłynniejszego z Bachów. Pozwalają one bowiem poznać jego twórczość z innej, nieco bardziej oddalonej od kościoła strony. Dla mnie spotkania ze świecką muzyką Johanna Sebastiana zawsze są wielkim przeżyciem: estetycznym, emocjonalnym, intelektualnym. Za każdym razem świetnie się bawię, gdy w moim odtwarzaczu ląduje – swoją drogą: znakomita – płyta z trzema spośród sześciu Suit angielskich w interpretacji Piotra Anderszewskiego czy krążek z jedną z Suit francuskich w wykonaniu tegoż samego artysty.

Z niełatwą materią Suit orkiestrowych Bacha w ostatnią niedzielę postanowiła zmierzyć się Capella Cracoviensis. Wykonanie to było wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze, koncert ten odbywał się w ramach bardzo ciekawej serii extreme, którą CC w styczniu tego roku z powodzeniem „odpaliła”, grając w piękny sposób komplet zachwycających Symfonii paryskich Josepha Haydna. Po drugie, pieczę nad jakością gry krakowskiej orkiestry sprawować miał niezastąpiony w roli koncertmistrza Alessandro Moccia, z którym publiczność z grodu Kraka jest już za pan brat. Po trzecie, wykonanie czterech Suit miało zostać uzupełnione o Partitę a-moll na flet traverso – za tę część odpowiedzialny był specjalny gość Capelli, Georges Barthel. Rola wisienki na torcie przypadło miejscu, w którym koncert się odbył. Mowa jest tutaj o przepięknym budynku Ośrodka Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora „Cricoteka”. Miałem już okazję miejsce to – właśnie z okazji Symfonii paryskich ­– odwiedzić i od tego czasu jestem wielkim fanem akustyki tego miejsca: ciepła, selektywna, z ultrakrótkim pogłosem. Jako osobie, która interesuje się sprzętem audio taka estetyka dźwięku (bardzo „sprzętowego” właśnie) niezwykle mocno przypadła do gustu. Tyle z moich oczekiwań. A jak wyszło w rzeczywistości?

Koncerty z serii extreme cechować ma większy luz – nie trzeba przychodzić na całość, a widownia nie jest w żaden sposób zobowiązana (np. oczekiwaniami organizatora) do całkowicie poważnego zachowania. Oczywiście nie oznacza to, że widzowie mają przyzwolenie np. na rozmawianie przez telefon czy wpychanie się między instrumentalistów, nie muszą jednak zjawiać się dokładnie o czasie. Korzystając z tego, postanowiłem wybrać się „jedynie” na drugą część koncertu. Tym sposobem załapałem się na dwie ostatnie Suity oraz na wspomnianą już Partitę. Nie wiem jak Capella wypadła w czasie pierwszej części, jednak ta na której byłem spodobała mi się bardzo. Muzycy brzmieli świeżo i energetycznie, jakby radosny w sumie klimat tych kompozycji Bacha udzielił się i im. Jak zwykle dobrze zaprezentowały się skrzypce, a kroku dotrzymywały im wiolonczele. Fenomenalnie zabrzmiały, przynajmniej w moim odczuciu, oboje (w liczbie trzech) oraz fagot. Były żywe, porywające, a przy tym niezwykle zdyscyplinowane. Na słowa pochwały – już któryś raz z rzędu – zasługuje także pan Moccia: nie dość, że nie sposób docenić jego umiejętności jako skrzypka, to jeszcze czuć było, że on tę orkiestrę naprawdę prowadzi, niczym sierżant w wojsku, z pierwszej linii „frontu”.

Gwiazdą tego występu był dla mnie jednak przywołany już Georges Barthel, który znakomicie spełnił swoja rolę w Suitach i skradł dla siebie całe show świetnym wykonaniem Partity. Jego gra była bardzo luźna, swobodna, jednocześnie zaś wyraźnie angażująca. Mój pozytywny odbiór tej kompozycji był dla mnie tym bardziej zaskakujący, iż nie jestem fanem tego typu utworów na instrumenty solo; dużo bardziej wolę, gdy dzieje się w muzyce odrobinę więcej. W wypadku pana Barthla flet traverso zdecydowanie wystarczył.

Podobnie jak za poprzednim razem, tak i w tym wypadku wyszedłem z Cricoteki z mocnym przekonaniem o wyjątkowości akustyki w tym miejscu. Być może stali bywalcy „prawdziwych” sal koncertowych (tj. przeznaczonych w pierwszym rzędzie do wykonywania muzyki) byliby z tego typu brzmienia niezadowoleni (powtórzę jeszcze raz: w sali tej dźwięk jest bardzo ciepły, zaokrąglony i wybitnie selektywny), mnie jednak taka specyfika jak najbardziej odpowiada. Być może nie mógłbym z nią żyć na co dzień, jednak raz na jakiś czas taka odmiana jest jak najbardziej pożądana. Na korzyść tego miejsca działa też jego architektura i świetnie wykonane wnętrza – to budynek na wysokim, europejskim poziomie, do którego chce się przychodzić. Warto tutaj także wspomnieć, że przy okazji koncertu można było nabyć sobie którąś z płyt Capelli. Tym razem jednak stoisko było bogatsze o jedną, zupełnie nową propozycję: Serenadę, na której CC mierzy się z materiałem Mieczysława Karłowicza. O mojej opinii dotyczącej tego albumu będzie można przeczytać na łamach MttP za kilka dni.

Johann Sebastian Bach to zdecydowanie mój ulubiony kompozytor. Jego sztuka ma w sobie tyle głębi ile tylko sami jesteśmy w stanie przyjąć i przetworzyć, nigdy jednak nie chce przytłoczyć nas swoim geniuszem, intelektualną niedostępnością. Branie na barki utworów tej klasy nigdy nie jest łatwe – tym bardziej cieszy, że CC z tego spotkania wyszła obronną ręką. Teraz pozostaje tylko czekać na kolejny koncert z serii extreme, który tym razem naprawdę będzie prawdziwie ekstremalny – w Centrum Kongresowym ICE zabrzmią wszystkie (podkreślam: WSZYSTKIE) Symfonie Beethovena. O jakość ich wykonania jestem już spokojny.