Capella Cracoviensis – beethoven extreme (27.08.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Capella Cracoviensis (nr 1), Michał Ramus (nr 2-23)

 

Ależ ta Capella ma dziwne pomysły, zupełnie nie z tej Ziemi. Kto bowiem mógł sobie wymyślić zagranie dziewięciu (czyli wszystkich) Symfonii Beethovena w jeden dzień? Zadanie to od początku wydawało mi się karkołomne, nawet jak na warunki cyklu koncertów CC spod znaku extreme. Krakowska orkiestra, wsparta przez swoich przyjaciół i kolegów po fachu, zaplanowała całodniowy koncert, który miał trwać od 11:00 RANO, do 22:00 WIECZOREM (podkreślenia celowe). Co prawda z licznymi przerwami, jednak tak długo nie grała nawet grupa Led Zeppelin, słynąca z rozciągniętych ponad miarę występów. Tutaj zaś miała wystąpić nie czwórka muzyków, ale – jak już zdążyłem napomknąć – cała orkiestra, w finale uzupełniona o potężnych chór i czwórkę solistów. Powiem szczerze, że samo myślenie o tak gigantycznej „imprezie” jest dla mnie strasznie męczące. Co więcej, Capella tym koncertem skomplikowała życie nie tylko sobie, ale również i mi. Jako że jest to rzecz bez precedensu w historii najnowszej wykonawstwa muzyki dawnej w Krakowie, nie bardzo wiem w jaki sposób do beethoven extreme mam podejść, jak ocenić, do czego porównywać.

Ostatecznie zdecydowałem, że tradycyjna relacja nie ma tutaj racji bytu, w końcu całe to wydarzenie trudno nazwać czymś „tradycyjnym”. Było to raczej – jak specjaliści od PR-u pracujący w Capelli starali się to nam sprzedać, swoją drogą: z świetnym skutkiem – święto radości, moment wytchnienia, okazja do kilkugodzinnego spotkania ze starymi przyjaciółmi, których głównym paliwem w życiu jest właśnie muzyka. Sam do „ekstremalnego Beethovena” podszedłem właśnie w taki sposób: na koncert zaprosiłem sporą grupkę osób (łącznie było nas z dziesięcioro), proponując im następujący układ: idziemy na dowolnie wybraną przez siebie część (były ich łącznie trzy) koncertu, a w przerwach robimy szybkie wypady „na miasto”, celem uzupełnienia zapasów żywnościowych i spędzenia miło czasu przy piwie/winie/wodzie. I dokładnie to zrobiliśmy. Część z nas zdecydowała się na odsłuchanie wszystkich Symfonii, niektórzy pojawili się tylko na jedną część, ja sam miałem zaś okazję być obecnym na dwóch częściach, w skład których weszły Symfonie od V do ostatniej, IX. Między kolejnymi występami robiliśmy to, co zaplanowaliśmy: raz udaliśmy się na obiad, innym razem wyskoczyliśmy do pobliskiego TEA Time Brewpub, w którym raczyliśmy się znakomitym angielskim piwem. Gdzieś tam jeszcze znaleźliśmy czas na bliższe spotkanie z podstawionymi na czas koncertu foodtruckami, nie zabrakło także chętnych na długie rozmowy o Capelli, Beethovenie i muzyce w ogóle. Dawno nie miałem takiej frajdy z uczestnictwa w jakimś wydarzeniu muzycznym, było to bowiem coś więcej od zwykłego odegrania szeregu kompozycji. Czuło się więcej luzu i wyraźnej zachęty ze strony CC, by cały czas się relaksować. Co też wszyscy chętnie zrobiliśmy.

Oczywiście, jak już opisałem wyżej, nie ma sensu oceniać samej jakości wykonania poszczególnych kompozycji ostatniego z klasyków wiedeńskich, pokrótce jednak podzielę się swoimi wrażeniami, tym bardziej, że dowiedziałem się i o Capelli, i Centrum Kongresowym ICE kilku ciekawych rzeczy. Od razu mogę powiedzieć, że orkiestra zaprezentowała się bardzo dobrze. Momentami nieco słabiej (chociaż z tak słabego materiału, jakim są Symfonie nr 6 i 9 trudno wyczarować coś spektakularnego), innym razem zaś znakomicie (patrzę na Ciebie, VII symfonio!). Ich gra była zaskakująco równa i nawet po wielu godzinach muzycy trzymali odpowiednio wysoki poziom, nie dając zmęczeniu dojść do głosu. W zasadzie trudno mi wybrać jeden „fragment” orkiestry, który wypadł najlepiej, w końcu wszyscy włożyli w beethoven extreme wiele serca, pasji i energii. Szczególnie dobrze wypadła przywołana już VII symfonia, szalenie wciągająca, mocna i pulsująca od życia. Moment jej odegrania był swoistym szczytem tamtego dnia – muzycy, chociaż już zmęczeni, wciąż mieli zapas sił, na dodatek byli ze sobą cudownie zgrani.

Jednocześnie nie mogę odżałować, że wielki finał wypadł w ostatecznym rozrachunku mało widowiskowo. Owszem – scena krakowskiego Centrum Kongresowego była wypełniona muzykami, od instrumentalistów, przez chór, na czwórce solistów skończywszy, wszyscy jednak byli już ledwo żywi i nawet Jan Tomasz Adamus, znakomity skądinąd dyrygent, nie był w stanie nad całą tą materią zapanować. Co więcej, boleśnie przekonałem się (nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni) o prawdziwości słów JTA, który w wywiadzie udzielonym mi ponad półtora roku temu (TUTAJ) powiedział: „[…] w ICE wcale nie jest głośno. Można się zastanawiać, jaka jest barwa, ale głośno nie jest. Pogłos jest niewielki, niemal go nie ma – to bardzo dobrze”. Przez taką a nie inną charakterystykę sali zwykle dobrze prezentujący się chór Capelli zupełnie przepadł. Gorzej zaprezentowali się tylko soliści, których zwyczajnie nie było słychać, przez co musieli przekrzykiwać ogromną orkiestrę. I to w miejscu, które mieści ok. 1800 osób. Efekt tego – jak można się domyślać – był raczej mizerny. Naturalnie nie winię tutaj żadnego z artystów, którzy musieli pracować w zastanych przez siebie warunkach, z drugiej strony muszę tę sytuację, z kronikarskiego obowiązku, odnotować.

Te drobne niedogodności nie były jednak w stanie zatrzeć pozytywnego wrażenia, które beethoven extreme we mnie pozostawił. Już mogę powiedzieć, że będzie to koncert, do którego będę wracał pamięcią jeszcze bardzo długo. Capella zapewniła mi i moim przyjaciołom nie tylko całe godziny świetnie wykonanej muzyki dawnej, ale również skłoniła nas do spędzenia ze sobą fenomenalnej soboty. Jak na odchodne powiedział jeden z zaproszonych przeze mnie uczestników całej zabawy: „To było naprawdę fenomenalne przeżycie”. Prawda, było.

Pasek - kreska

Koncert Capelli Cracoviensis zostaje wyróżniony nagrodą Great Live Experience.

Great Live Experience