David Garrett – Atlas Arena (10.12.2016)

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Prestige MJM

 

„Prawdopodobnie najlepszy – w rankingu gdzieś obok Eda Sheerana – koncert w moim życiu”. Tym jednym zdaniem mogę podsumować koncert Davida Garretta, który odbył się miesiąc temu w łódzkiej Atlas Arenie. Na skrzypka „polowałem” już od dłuższego czasu, jednak dotychczas Polska nie była punktem na jego trasie koncertowej. Stan ten na szczęście uległ zmianie, dzięki czemu w końcu miałem okazję zobaczyć i posłuchać na żywo muzyka, który zainspirował mnie do rozpoczęcia nauki gry na instrumencie.

Jestem fanem Garretta już od paru lat – zawsze byłem pod ogromnym wrażeniem, jak sprawnie potrafi on wykorzystać skrzypce w coverach piosenek niezwykle popularnych, w ogóle nie tracąc nic z klasycznej magii tego instrumentu. Czy to Smells Like Teen Spirit, czy to Kaprys 24 Paganiniego, Garrett zawsze daje z siebie wszystko i pokazuje, jak bardzo uzdolnionym jest muzykiem. Chciałem zobaczyć czy na żywo również gra perfekcyjnie. I nie zawiodłem się.

Na początku muszę jeszcze wspomnieć, żeby potraktować tę relację z przymrużeniem oka – teraz, kiedy emocje już mocno opadły, zacząłem dostrzegać problemy z głośnością, z odseparowaniem skrzypiec czy innych instrumentów, które miały akurat swoje partie solowe; niektóre utwory również nie wywoływały ciarek na plecach, ponieważ znalazły się w repertuarze trochę jako „zapychacze”. Ja jednak zacząłem się interesować skrzypcami i muzyką klasyczną właśnie dzięki Garrettowi i dzięki niemu taka muzyka stanowi znaczną część mojego życia. Pozwólcie więc, że nie będę rozwodził się nad wyżej wymienionymi wadami więcej, niż przez ten akapit, a zajmę się tym, co było w tym koncercie najlepsze – po prostu skrzypcami.

Tym oczywiście nie można nic zarzucić – Garrett rozpoczął swoją skrzypcową przygodę, kiedy miał cztery lata i – jeżeli dołożymy do tego sporo talentu, jeszcze więcej ćwiczeń oraz słuch absolutny – dość szybko otrzymamy obraz solisty, który gra zawsze dokładnie tak jak chce, w sposób, który w danym momencie uważa za najlepszy. Takie umiejętności oczywiście najbardziej przydają się w wirtuozerskich utworach klasycznych, nie zmienia to faktu jednak, że całą tę muzykalność Garrett z powodzeniem przenosi też na piosenki popularne, a raczej ich covery.

Poza Czajkowskim i kompozycjami własnymi, opartymi na utworach klasycznych (świetne, niezwykle trudne Furious) oraz na muzyce filmowej (Adventure Island, czyli jak napisać na nowo Piratów z Karaibów) otrzymaliśmy więc całe spektrum piosenek znanych po prostu wszystkim. Znalazło się miejsce na They Don’t Care About Us, Lose Yourself, Smells Like Teen Spirit, Dangerous czy Viva La Vida. Co w tym wszystkim najlepsze, na każdej z nich publiczność bawiła się świetnie. Ludzie wstawali i klaskali, tańczyli, reagowali na polecenia gwiazdy, po prostu żyli i nie dawali sobie wmówić, że są na koncercie powiązanym z muzyką klasyczną.

W ruch wchodziły również elektryczne skrzypce, które w połączeniu z umiejętnościami Garretta dawały niesamowity muzyczny pokaz – nie były jednak elementem niezbędnym całemu koncertowi, stanowiły za to z pewnością miłe urozmaicenie. Kolejnymi wstawkami były krótkie przemówienia skrzypka pomiędzy utworami, chociaż te często były przesączone frazesami i motywacyjnymi tekstami, które wydawały się trochę nie na miejscu. Za to opowieści o ulubionej piosence jego mamy, czy też wyzwaniu z przepisaniem najpopularniejszej piosenki Eminema tak, aby brzmiała dobrze na skrzypcach – to były historie, których słuchałem z przyjemnością.

Muzyk często również schodził ze sceny i w towarzystwie ochrony spacerował po płycie, oczywiście ciągle grając. Ludzie byli zachwyceni, a i skrzypkowi takie ciepłe przyjęcie sprawiło ogromną radość. Mimo „podróżowania” po Atlas Arenie gra Garretta dalej była nienaganna, chociaż z drugiej strony nie wykonywał on żadnych skomplikowanych akrobacji przypominających układy Lindsey Stirling. Tych muzyków nie ma jednak co porównywać, gdyż Garrett nie robi tylko show na swoich koncertach – tutaj główną rolę grają skrzypce i nikt nie stara się wmówić słuchaczom, że jest inaczej.

Jako że po części uważam się za „fanboya” Davida Garretta, nie mogę ocenić jego koncertu niżej niż „świetnie”. Nie da się ukryć jednak, że jest to naprawdę genialny, niezwykle utalentowany skrzypek, którego gra potrafi doprowadzić do euforii nawet niewtajemniczonych słuchaczy. Może faktycznie jest on trochę „rozbity” pomiędzy muzyką klasyczną, a nowoczesną, ale nie uważam, żeby komukolwiek mogło to przeszkadzać. Explosive było bardzo dobrym słuchowiskiem, które tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta fascynacja zapoczątkowana kilka lat temu nie wzięła się z przypadku.

Pasek - kreska

Koncert Davida Garretta zostaje wyróżniony nagrodą Great Live Experience.

Great Live Experience