Dido and Aeneas – Opera Rara 2017 (10.02.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Hasenien Dousery

 

No i dobiegł końca krakowski festiwal Opera Rara 2017. W jego ramach odbyło się kilka niezwykle interesujących wydarzeń (jak np. trzykrotne wykonanie Halki w Centrum Kongresowym ICE), które bez wątpienia na długo pozostaną w głowach ich świadków. Tegoroczna odsłona Rary przejdzie również do historii jako pierwsza w nowej – stricte festiwalowej – formule. Więcej o tym opowiedział w wywiadzie dla MttP Jan Tomasz Adamus, dyrektor Capelli Cracoviensis, tutaj więc ograniczę się do przytoczenia jednej tylko wypowiedzi: „Opera Rara staje się rodzajem intensywnego okresu w kalendarzu, który dedykujemy operze, jako dziedzinie sztuki zrozumiałej w skali międzynarodowej, a więc w ten sposób uczestniczymy w sieci łączności kulturowej” (więcej możecie znaleźć TUTAJ). Wydawałoby się więc, że zakończenie tego trzytygodniowego cyklu powinno być przysłowiową „wisienką na torcie”; taką, która nie tylko w udany sposób podsumuje cały festiwal, ale i zaostrzy apetyty na następny rok. Ku mojemu zdumieniu tak się jednak nie stało.

Na wielki koniec Opery Rary przewidziano mało znaną, przynajmniej w Polsce, operę Henry’ego Purcella zatytułowaną Dido and Aeneas. Za wykonanie tego przedstawiciela brytyjskiej muzyki XVII-wiecznej odpowiedzialna była naprawdę spora ekipa: obok instrumentalistów z orkiestry La Risonanza pod dyrekcją Fabio Bonizzoniego wystąpiło kilku solistów oraz – co ciekawe – aż dwa chóry. W skład pierwszego z nich weszli artyści współpracujący na co dzień ze wspomnianą już Capellą Cracoviensis, drugi zaś – Vox Populi – zasilili krakowscy śpiewacy-amatorzy. Dzięki temu publiczność zgromadzona tego wieczoru (tj. 10 styczna) w Filharmonii Krakowskiej miała szansę nie tylko obcować z intrygującym dziełem, ale i z jego ciekawą interpretacją. Niestety nie wszystko wyszło tak jak trzeba, wobec czego wszyscy mieli prawo czuć się odrobinę zawiedzeni. Ale najpierw – żeby nie było, że chcę tylko narzekać – słów kilka o pozytywach. A tych, mimo wszystko, nie brakowało.

Historia amatorskiego chóru Vox Populi sięga pierwszej połowy 2016 roku. Wtedy to, jeszcze pod nazwą Krakowski Chór Mieszczański, wziął udział w inauguracji ubiegłorocznej edycji Theatrum Musicum. Na deskach Filharmonii Krakowskiej pojawił się wtedy w towarzystwie Capelli Cracoviensis, wykonując kilka partii do mozartowskiej opery Così fan tutte. Było do wydarzenie wyjątkowe również dla mnie. Sam bowiem wystąpiłem w ramach KCM, śpiewając elegancko rozpisane partie na chór przez salzburskiego geniusza. Już wtedy czułem, że w tym przedsięwzięciu jest trudna do uchwycenia energia, która wyróżnia go na tle innych tego typu przedsięwzięć. I nie miliłem się. Chór, przypomnę: funkcjonujący obecnie pod nazwą Vox Populi, spisał się w Dido… naprawdę znakomicie. Do gustu przypadł mi przede wszystkim elektryzujący początek, kiedy śpiewacy włożyli całe swoje serce i umiejętności, ofiarując je publiczności. Również potem, z biegiem kolejnych minut, wykonawcy-amatorzy podtrzymywali wysoko ustawioną poprzeczkę, zadyszkę łapiąc dopiero pod sam koniec przedstawienia.

Na słowa uznania zasługują także Fabio Bonizzoni oraz orkiestra La Risonanza. Ich gra wywarła na mnie wielkie wrażenie, przede wszystkim swoją (dobrze pojmowaną) prostotą i ponadprzeciętnym wyczuciem smaku. Nikt w niej nie szukał dla siebie poklasku, wyżej ceniąc sobie harmonijną pracę zespołową. Co więcej, instrumentaliści prezentowali równy poziom przez cały czas grania, co jest chyba najtrudniejszą sztuką. Każdy może nauczyć się grać dowolnie trudną melodię, znacznie bardziej wymagające jest utrzymanie tej samej jakości przez godzinę.

W kontrze do tych  wszystkich dobroci zaprezentowali się – i mówię to z ciężkim sercem – chórzyści Capelli Cracoviensis. Za ten stan rzeczy nie winię jednak braku umiejętności (wysiłki CC śledzę na żywo przecież od kilku lat i zdaję sobie sprawę z wysokiej jakości tego chóru), ale przedziwną choreografię sceniczną, którą ktoś kazał tym nieszczęśnikom wykonywać. Nic dziwnego, że po zakończeniu spektaklu widzowie określali ten chór mianem „zespołu tanecznego”, „zespołu baletowego” lub „tego czegoś”. Ich przedziwne ruchy częściej wywoływały uśmiech politowania niż cokolwiek innego; widać było, że śpiewacy Capelli nie czują się zbyt dobrze w nowej dla siebie roli (szczególnie panowie, którzy byli tym wyjątkowo skrępowani), co wyraźnie odbiło się na jakości ich śpiewu. W zasadzie identyczne zarzuty mógłbym przedstawić pod adresem solistów, którzy wypadli w najlepszym razie bezbarwnie. Jedynie Stefanie True w roli Belindy próbowała ratować sytuację, niestety niewiele w tej materii mogła uczynić.

Przedstawione powyżej zarzuty są jednak – czego jestem świadom – kwestią subiektywną. Zdaję sobie sprawę, że komuś te wszystkie quasi-taneczne zabiegi mogły przypaść do gustu. Zupełnie innym aspektem jest fatalna jakość strony technicznej tego przedstawienia. Mówię tutaj o napisach, które były wyświetlane za plecami artystów. Nie dość, że zupełnie nie odpowiadały temu, co działo się w danym momencie na scenie (np. anonsowały przybycie Eneasza i Dydony na scenę, podczas gdy tytułowa para bawiła na niej od kilku dobrych minut), to jeszcze była pełna błędów stylistycznych (!). Oczywiście te mogą zdarzyć się każdemu, ale w takiej ilości i natężeniu raczej nie powinny.

Opera Rara 2017 zapisze się w mojej pamięci niezwykle pozytywnie. Był to czas wielkich muzycznych spektakli, emocjonalnych uniesień, radości, karnawału. Tym bardziej żałuję, że festiwalu nie zwieńczył jego jakościowy ekwiwalent. Zamiast tego publiczność otrzymała trudną w identyfikacji choreografię chóru i bezbarwnie prezentujących się solistów. I tego nie dało się niestety przykryć ani świetnym występem instrumentalistów, ani znakomitą formą chóru Vox Populi.