Dlaczego nic tutaj nie działa albo rzecz o sprzedaży muzyki w Polsce

Autor: Bartosz Pacuła

 

Ponad rok temu wytwórnia Warner Music Poland – polska odnoga koncernu Warner Music – poinformowała o uruchomieniu projektu „Piątki z nową muzyką”. Inicjatywa była odpowiedzią na brak standaryzacji dnia, w którym odbywały się światowe premiery płytowe. Dla przykładu, nowe krążki trafiały na francuskie i brytyjskie półki sklepowe w poniedziałki, we wtorki sprzedaż ruszała w Stanach, zaś z nowości Niemcom czy Australijczykom przychodziło cieszyć się w piątki. Kraje te i tak były w uprzywilejowanej sytuacji: miały uzgodniony jeden dzień, gdy w muzyce pojawiało się coś nowego. Taka Polska w ogóle nie mogła się pochwalić czymś podobnym, a każda wytwórnia wybierała sobie datę na podstawie swoich – mniej lub bardziej sensownych – planów.

Taka standaryzacja, chociaż pozornie niepotrzebna, miała przynieść ze sobą wiele dobrego. Piątek miał stać się wyczekiwanym przez fanów muzyki (oraz – co niemniej ważne – sprzedawców) dniem, momentem kupowania i premierowego odsłuchiwania najświeższych płyt. Ujednoliceniem tego typu może poszczycić się branża gier komputerowych: nowości są dostępne od wtorku lub piątku, dzięki czemu każdy gracz dokładnie wie co, kiedy i gdzie się pojawi. Mógł więc różne premiery celebrować, cieszyć się nimi odrobinę bardziej od melomanów, którym rzucało się do tej pory ochłapy, na dodatek w zupełnie losowych terminach. Sam nabyłem – co prawda z zagranicy, ale zawsze – kilka płyt, które zostały zaopatrzone w informację o „piątkach z nową muzyką”. Na coś podobnego liczyłem także i dziś – wszak do sklepów trafić miał najnowszy album Sabatonu (The Last Stand), jednego z najbardziej popularnych zespołów metalowych nad Wisłą. Jednak z mojej, tak mocno wyczekiwanej, celebracji nic nie wyszło, a całą sprawę zawalił nie zespół, wytwórnia czy polski dystrybutor (w tym konkretnym wypadku – Mystic Production), ale to ogniwo sprzedaży, które od wielu lat najgłośniej krzyczy o braku zrozumienia i zainteresowania fanów muzyki. Czyli sklepy.

Po krążek udałem się o godzinie 13. Uznałem, że to odpowiednia godzina: od rozpoczęcia pracy przez sklepy minęło już kilka godzin i wszyscy mieli czas, by wypakować nowy towar na półki i wprowadzić go do systemu. Tymczasem ani w Empiku, ani w Saturnie w Galerii Krakowskiej poszukiwanego albumu przeze mnie nie było. Średnio kumaty pan w tym pierwszym przybytku wyglądał, jakby handlował tam przez przypadek, w drugim z nich (nieco bardziej kumata) pani poinformowała mnie, że nowości są odbierane między godziną 15 a 16. Jednocześnie, co od razu mi powiedziała, nie miała pojęcia czy upragniona płyta pojawi się w dostawie. Udałem się więc w stronę sklepu Music Corner, który zlokalizowany jest przy ul. Tomasza 4, by tam zdziwić się jeszcze bardziej: sprzedawczyni w ogóle nie wiedziała o jaki zespół mi chodzi i dlaczego powinna się tym przejmować. Co więcej, gdy się tak miotałem między kolejnymi krakowskimi sklepami, wymyśliłem, że być może płyt jeszcze nie ma dostępnych w sprzedaży, bo dostawę zawalił Mystic. Zadzwoniłem więc na infolinię, gdzie szybko dowiedziałem się, że płyty wyszły od dystrybutora dwa dni temu.

Ostatecznie płyta pojawiła się w zaledwie dwóch Empikach (w najtańszej, podstawowej wersji w pudełku typu jewel case) oraz Saturnie (tu było lepiej, bo aż w trzech różnych edycjach: CD, CD w digipacku oraz LP). Niewiele mi to niestety pomogło – sam chciałem bowiem nabyć kolekcjonerski box – jednak na zakupy nie miałem już najmniejszej ochoty. Zamiast święta muzyki dostałem beznadzieją obsługę, brak jakichkolwiek informacji i rzucone na odwal się kilka sztuk albumu. Co więcej, tego samego dnia do sklepów trafić miał najnowszy krążek sygnowany przez Lindsey Stirling, jego jednak próżno było szukać gdziekolwiek. Nie muszę chyba wspominać, że żaden z pracowników „nawiedzonych” przeze mnie sklepów nie miał bladego pojęcia o kim mówię?

Dlaczego – pewnie wielu się zastanawia – wylewam tutaj gorzkie żale w związku z rzeczą, która nie ma zbyt dużego znaczenia? Jaka to różnica czy kupię sobie The Last Stand w piątek, niedzielę, wtorek czy środę? Chociaż zdaję sobie sprawę, że tekstem tym ryzykuję znalezienie się na ASZdzienniku („Dziennikarz muzyczny pisze tekst, w którym pluje się o to, że nie może kupić nowej płyty o 13 w piątek), jednak poczułem, że muszę coś napisać, by wszystkich ostrzec przed rzewnymi łzami sklepów płytowych, które co jakiś czas desperacko próbują zwrócić na siebie uwagę, jęcząc, że z mapy Krakowa/Warszawy/Wrocławia/innego dużego miasta znikają „miejsca z duszą”, „sanktuaria dla melomanów”. Prawda jest bowiem zupełnie inna: za fatalną kondycję sklepów płytowych odpowiadają same sklepy płytowe, które są najczęściej zupełnie nieprofesjonalne. Nie ma w nich żadnej eksperckiej wiedzy czy inicjatywy; zamiast tego jest ignorancja i płynięcie z prądem.

Przykład płyty Sabatonu jest tym ważniejszy, że Szwedzi cieszą się (zasłużenie czy nie: to temat na inną rozmowę) w Polsce wielką popularnością, którą ludzie handlujący płytami mogliby z wielkim powodzeniem wykorzystać. Mają w ręku wszystkie dostępne narzędzia: projekt „Piątki z nową muzyką”, inicjatywę Record Store Day, która regularnie przypomina o ich istnieniu oraz dostęp do naprawdę wielu materiałów reklamowych. Czemu w takim Music Cornerze nie widziałem ani jednej płyty muzyków z Falun i dlaczego w Saturnie musiałem wyjaśniać sprzedawcy jak dokładnie pisze się słowo „Sabaton”? Czy to nie oni powinni z tym wszystkim wyjść do mnie, tj. klienta, który niecierpliwi się, bo nie może wydać zarobionych przez siebie pieniędzy?

Niech każdy, kto przeczytał ten artykuł ma na uwadze opisaną tutaj historię, gdy w kolejnych lokalnych lub ogólnopolskich mediach będzie czytał o kiepsko radzących sobie sklepach muzycznych, żalących się na niesprawiedliwość losu i okrutny internet, który pozbawia ich klientów. Jest to bowiem straszne przeinaczenie: to same sklepy się ich pozbawiają. Oczywiście są w Polsce chlubne wyjątki, w Krakowie jednak ich niestety zabrakło.