Dream Theater – Spodek (16.05.2017)

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Live Nation Polska (nr 1), Atco Records (nr 2), Dream Theater (nr 3)

 

We wtorek 16 maja miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć na żywo Dream Theater, jeden z najważniejszych dla mnie niegdyś zespołów. Mimo tego, że w tej chwili nie zdarza mi się już tak często wracać do muzyki Amerykanów, to wiedziałem, że koncert ten będzie dla mnie dużym przeżyciem i oczekiwanie miałem spore. Nie ukrywam, że miałem niemałe obawy –  Images and Words, płyta, której 25. urodziny świętowane były za pomocą trasy koncertowej,  nie jest nawet w moim prywatnym top 5 albumów DT. Również z dyspozycją wokalną Jamesa LaBrie było w ostatnich latach mocno średnio, co było słychać nawet na płytach.

Jeśli chodzi o sprawy logistyczno-formalne – trochę dziwnie się poczułem, gdy po wejściu na płytę Spodka moim oczom ukazały się rzędy numerowanych krzesełek. Jasne, niby repertuar Dream Theater różni się znacząco od „normalnych” koncertów rockowych, jednak takie rozwiązanie buduje moim zdaniem niepotrzebny dystans pomiędzy fanem i artystami. Dosyć groteskowo wyglądała też długowłosa brać, kiedy LaBrie starał się nieco rozruszać atmosferę i publiczność próbowała żywiołowo reagować na muzykę, jednocześnie będąc ograniczoną przez krzesełka. Sam występ podzielony został na dwie części: pierwszą, typu „the best of” repertuaru Dreamów i drugą, w której zespół odegrał w całości Images and Words. Koncert otworzył The Dark Eternal Night z Systematic Chaos, pojawiły się również dwa utwory z nowej płyty. Choć zaliczam się do wąskiego grona ludzi, którym nieironicznie podobało się The Astonishing (recenzja TUTAJ), to dobór kompozycji nie zrobił mi dobrze – dużo chętniej usłyszałbym uwerturę albumu lub chociażby Lord Nafaryous.

Na szczęście nie zabrakło w setliście  utworów starszych. Kapitalnie Amerykanie odegrali As I Am z płynnym przejściem w Enter Sandman Metalliki. Kwintet z zegarmistrzowską precyzją odtwarzał kompozycje z płyt w całej ich złożoności, prezentując niemal nieludzkie umiejętności. Nawet LaBrie nie odstawał za bardzo od kolegów z zespołu – choć słychać było, że wokalista najlepsze lata ma już za sobą, potrafił zgrabnie poradzić sobie z trudniejszymi momentami nieco zmieniając swoje partie. Świetnie wywiązywał się też z roli frontmana, w przerwach między utworami rzucając żartami i anegdotami i nawiązując dobry kontakt z publicznością. Średnie wrażenie zrobiły na mnie natomiast przerywnikowe występy solowe Johna Myunga coverującego Jaco Pastoriusa, a także Mike’a Manginiego, który odegrał nużące solo perkusyjne.

Druga część koncertu, czyli odegrane w całości  Images and Words, była dla mnie okazją na odświeżenie sobie tej płyty. Jedyne, co mogę powiedzieć o tym występie to w zasadzie: „było bardzo dobrze”. Muzycy mechaniczną precyzją odgrywali kolejne utwory, jednak trochę mało było w tym emocji. Nie zabrakło ich jednak w czasie bisu, kiedy zespół odegrał w całości fantastyczną EP-kę A Change of Seasons – nawet publiczność postanowiła wreszcie zerwać się z krzeseł i podejść pod scenę (zachowując jednak kulturalny dystans).

Neco zawiodłem się brakiem Octavarium w setliście, muszę jednak przyznać, że była ona bardzo urozmaicona. Był to też rzadki przypadek, gdy zespół odświeżając materiał sprzed 25 lat nie sprzedał fanom odgrzewanego, mrożonego kotleta, ale naprawdę smaczne danie.