Electronica 1: The Time Machine – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Columbia Records

 

Jean-Michel Jarre miał sporo nieszczęścia w szczęściu. Jako młody artysta nagrał w latach 70. płytę, która zachwyciła chyba wszystkich fanów elektroniki, a potem, przez kolejne 40 lat (no, prawie 40) próbował przebić to osiągnięcie, czasami z lepszym, czasami z gorszym skutkiem. Nie miało jednak znaczenia co nagrywał, jak bardzo się gimnastykował (umysłowo), czego próbował i po jakie środki wyrazu sięgał – żaden z albumów zrealizowanych po genialnym Oxygène nie dorównał mu popularnością ani, taka jest przynajmniej moja opinia, walorami artystycznymi.

Oczywiście grubą przesadą byłoby stwierdzenie, że takie albumy jak Equinoxe, Magnetic Fields czy Zoolook były słabe – to przecież znakomite krążki, do których wracał będę przez całe życie. Nawet te gorsze, mniej popularne (jak Rendez-vous czy Revolutions) reprezentowały sobą godny poziom, a wpadki pokroju Sessions 2000 zdarzały się Francuzowi bardzo rzadko. Pisząc o osiągnięciach Jarre’a nie można również zapomnieć o jego bombastycznych koncertach, które ściągały miliony (dosłownie) widzów i z których część przeszła już do legendy. A jednak wciąż nad każdym jego ruchem, nad każdą kolejną płytą wisiał cień Oxygène.

Po kilku chudszych latach (tj. w porównaniu do lat 70. i 80. – przecież trudno nazwać „chudymi” lata, w których Jarre i tak osiągnął wiele) Jean-Michel postanowił zrealizować projekt spory nawet jak na jego standardy. Zaproponował nam bowiem 2-częściowy album koncepcyjny, którego pierwsza część ukazała się jakiś czas temu nakładem Columbia Records. Krążek ten, zatytułowany Electronica 1: The Time Machine, jest jednak wyjątkowy z innego powodu: do jego powstania przyczynił się nie tylko sam Jarre, ale również inni giganci muzyki krążącej wokół klimatów elektronicznych, tacy jak Tangerine Dream, Robert Del Naja (współzałożyciel Massive Attack), Armin van Buuren, Laurie Anderson (z którą pracował już wcześniej przy okazji krążka Zoolook), Pete Townshend (z The Who) czy Vince Clarke (współzałożyciel Depeche Mode czy Yazoo).

Warto tutaj w całości przytoczyć wypowiedź Jarre’a dotyczącą jego zamysłu i motywacji: „Chciałem opowiedzieć historię muzyki elektronicznej na podstawie własnych przeżyć i z mojego punktu widzenia – od momentu kiedy zaczynałem, aż po dziś dzień. Dlatego postanowiłem współpracować z całym wachlarzem artystów, którzy bezpośrednio lub pośrednio, w czasie kiedy przez ostatnie cztery dekady tworzyłem muzykę elektroniczną, byli związani z tym gatunkiem. Zaprosiłem ludzi, których podziwiam za ich szczególny wkład w ten gatunek muzyczny, którzy są dla mnie inspiracją, ale także takich, których brzmienie jest rozpoznawalne. Na początku nie miałem pojęcia, jak ten projekt będzie wyglądał, ale jestem zaszczycony faktem, że wszyscy, których zaprosiłem do współpracy, przyjęli moje zaproszenie”.

Wiadomo, nazwiska nie są żadną gwarancją jakości. Wystarczy spojrzeć na niedawne poczynania Realu Madryt (kibice, nie bijcie mnie – proszę!); szatnia pęka w szwach od gwiazd światowego formatu, ale wyników od jakiegoś czasu po prostu brak. Przed odsłuchem miałem więc całkowicie uzasadnione obawy o jakość najmłodszego dziecka Jeana-Michela. Na szczęście mogę napisać, że Electronica 1: The Time Machine jest albumem dobrym. Momentami nawet bardzo dobrym. Do Oxygène czy nawet Magnetic Fields trochę zabrakło, jednak nie powinno to zniechęcić fanów dobrej elektroniki – tę znajdą bowiem tutaj w znacznej ilości.

Już pierwszy, tytułowy utwór zapowiada, że Francuz przygotował dla nas najlepszą muzykę od niepamiętnych czasów. Jest gęsto, ale i intrygująco i zwiewnie; są wpadające w ucho melodie, a nawet muzyczne cytaty z jego wcześniejszych dokonań. Jeszcze lepiej robi się, gdy dochodzimy do kawałków nr 4 i 5: Automiatic (Part 1) oraz Automiatic (Part 2), które zostały przygotowane we współpracy ze wspomnianym już Vince’m Clarkiem. To właśnie ten – de facto jeden – utwór pokazuje najlepiej w jak wysokiej formie jest obecnie Jarre. Mocny, wyrazisty beat, fantastyczna linia melodyczna, bogactwo dźwięków, wspaniały klimat i poczucie kosmicznej przestrzeni… to wszystko cechowało najlepsze rzeczy wykonane przez Jeana-Michela i to wszystko można odnaleźć tutaj. Przyjemnie wypadła także kompozycja przygotowana we współpracy z Tangerine Dream (Zero Gravity) czy Close Your Eyes, które mocno trąci klimatem Random Access Memories francuskiego duetu Daft Punk.

Niestety największą wadą płyty jest jej nierówność – przytoczone powyżej dobre kawałki mieszają się z numerami przeciętnymi lub nawet słabymi. I w sumie trudno się temu dziwić – w skład Electronica 1: The Time Machine weszło aż 16 kompozycji, z których aż trzy trwają powyżej sześciu minut, zaś ponad połowa jest długa na ok. 4 minuty i więcej; cały krążek trwa w efekcie prawie 70 minut (dla porównania: czas trwania Oxygène to niecałe 40 minut, zaś Magnetic Fields: jedynie 36) i momentami zwyczajnie nuży. Może Jarre’a zgubiło właśnie to, że „wszyscy, których zaprosił do współpracy, przyjęli jego zaproszenie”? Szkoda trochę, że wyszło właśnie tak – na Electronica 1… znalazło się wszakże kilka ponadprzeciętnych rzeczy.

Sytuacja Jeana-Michela Jarre’a przedstawiona na początku tej recenzji przypomina mi trochę karierę Mike’a Oldfielda, który też na samym początku kariery nagrał dzieło z absolutnego topu (Tubular Bells), by potem przez resztę życia wydawać krążki dobre lub złe, ale nigdy lepsze od swojego debiutu. W odróżnieniu jednak od Oldfielda, którego ostatnia płyta zawiodła na całej linii, Jarre wychodzi z tego starcia obronną ręką. Ocenić cały ten projekt będziemy mogli po premierze jego drugiej części, jednak już teraz mogę śmiało powiedzieć: jest dobrze.

Pasek - wydanie

Electronica 1: The Time Machine można powszechnie nabyć na krążku CD oraz podwójnym winylu, do którego dołączony jest również kod uprawniający do pobrania zawartości w formie pliku. Są to standardowe wydania, które niczym szczególnym się nie wyróżniają. Dużo ciekawsza ofertę wydawca przygotował dla miłośników twórczości Jarre’a z zacięciem kolekcjonera – specjalne pudło Deluxe Box Set, w skład którego wchodzi krążek CD, złoty pendrive, dwie płyty winylowe, dwa plakaty, kilka grafik i – co najważniejsze – indywidualnie numerowany certyfikat autentyczności z prawdziwym (tak przynajmniej mówi wydawca) autografem Jeana-Michela. Boxów tych powstało jedynie 1000 i rozeszły się one dość szybko. Co ciekawe (i co warto pochwalić), w pudle tym pozostawiono miejsce na drugą część albumu, którą również będzie można nabyć w formie edycji kolekcjonerskiej.

Pasek - informacje

Wykonawca: Jean-Michel Jarre
Tytuł: Electronica 1: The Time Machine
Wytwórnia: Columbia Records
Data wydania: 2015
Gatunek: Muzyka elektroniczna
Czas trwania: 01:08:27