Emperor of Sand – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Reprise

 

Najpierw była niepewność. Niespójne informacje o tym jak miał wyglądać najnowszy album kwartetu z Atlanty: rozwinięcie pomysłów z EP-ki, podwójny album z jednym krążkiem napisamym przez Brenta Hindsa i drugim nagranym przez Hindsa, Sandersa i Dailora w trakcie sesji do Once more ’round the sun, pojedynczy album opowiadający o traumach bliskich zespołowi osób… Wreszcie trzy single mocno się od siebie różniące, nie tylko strukturą i ogólnym zmysłem muzycznym, ale także produkcją, z Show Yourself na czele, który mocno podzielił fanów i zaskoczył wszystkich niezwykle przystępnym, niemalże popowym brzmieniem. A potem Imperator Piasków ukazał się w całym swoim majestacie i Mastodon po raz kolejny udowodnili, że są niezwykłym zespołem, który nie nagrywa słabych płyt.

Myślą przewodnią albumu jest walka z nowotworem, przedstawiona metaforycznie jako zmagania skazanego na śmierć wędrowca, który podróżuje przez pustynię, na której spotyka tytułowego Imperatora Piasku. Nasz bohater zdaje sobie sprawę z tego, że koniec jest nieunikniony i choć w śmierci znajdzie też odkupienie, to na tym świecie pozostało mu niewiele czasu. Poczucie uciekającego czasu odzwierciedlone jest nie tylko w tekstach utworów, ale też muzyce – atmosfera niepokoju jest obecna niemal wszechobecna, choć często sygnalizowana w dość nieoczywisty sposób. Pojawiają się subtelne urozmaicenia, czy to w postaci rozbudowanego nieco zestawu perkusyjnego, orientalizujących gitar, czy oszczędnej, ale nastrojowej elektroniki. Ornamenty te jednak nie przysłaniają głównej treści, znacząco dodają jej jednak głębi.

Album jest bardzo silnie zbudowany  wokół czystych wokali, zwłaszcza melodyjnych, chwytliwych refrenów, które mimowolnie kojarzą mi się z Purple, ostatnią płytą Baroness (chociażby utwory Steambreather, Clandestiny). Na niespotykaną do tej pory skalę wykorzystany też został śpiew Branna Dailora, na szczęście nie kosztem partii perkusji, które są interesujące i intensywne, jak zawsze w przypadku tego perkusisty. Tak mocne skoncentrowanie na wokalach i szerszy udział Dailora zapewne nie wszystkim przypadną do gustu, mi jednak w zupełności odpowiadają. Przynajmniej na razie, w wersji studyjnej, bo jak wiadomo, z brzmieniem Mastodon na żywo bywa różnie… W utworach nie brakuje jednak mięsa. Choć nie znajdziemy tu może takiej gitarowej plątaniny duetu Hinds-Kelliher, jak na Crack the Skye, to riffom nie brakuje ani ciężaru, ani groove’u, ani charakterystycznej „mastodonowości”. Nieco surowsze, dobrze korespondują z przytłaczającym, pustynnym klimatem albumu. Pojawia się też sporo elementów klasycznie prog-metalowych, chyba najwięcej w dotychczasowej twórczości grupy.

Pustynia to jednak nie tylko piasek i skały, ale też bezkresne niebo. Znajdziemy na Emperor of Sand sporo momentów pełnych psychodelii,  przestrzeni i mistycyzmu: podniosłe Word to the Wise  Ancient Kingdom, niepokojący, rozedrgany Steambreather i po prostu kosmiczny Clandestiny świetnie uzupełniają się z momentami wściekłości, takimi jak Scorpion Breath. Punktem kulminacyjnym albumu jest najdłuższy na płycie Jaguar God, w którym wpływy prog-metalowe są chyba najbardziej widoczne. Rewelacyjnie budujący nastrój łączący strach i niepewność z gorzką melancholią, rozwiązuje się orgazmiczną solówką gitarową – i główny bohater, i słuchacz osiągają katharsis.  Chociaż „inne” świetne kompozycje zamykające albumy to swoisty trademark Mastodon, to utworu tej klasy brakowało mi od czasu Crack the Skye.

Jeśli chodzi o brzmienie krążka, to nie ma tutaj zbyt wielu niespodzianek – jest „mastodonowo”. Zespół po raz kolejny zaprosił do współpracy Brendana O’Briena, z którym spędził już wcześniej sporo czasu przy Crack the Sky. Słychać to, choć dźwięk jest w moim odczuciu bardziej wygładzony. Najbardziej interesujące zmiany wynikają z wprowadzenia do aranżacji napomkniętych już wcześniej ozdobników. Na albumie pojawia się również dwóch udzielających się wokalnie gości: Kevin Sharp urozmaica utwór Andromeda, podczas gdy Scott Kelly z Neurosis śpiewa ostatnią zwrotkę w tym samym numerze. Kolaboracja nie wnosi jednak dużo muzycznie do albumu i jest raczej smaczkiem, lub – jak w przypadku Kelly’ego, który pojawia się na każdej płycie kwartetu z Atlanty od Leviathan – kwestią tradycji.

Emperor of Sand jest dla mnie czymś w rodzaju zaginionego ogniwa pomiędzy The Hunter, a wcześniejszą twórczością grupy. W nienachalny sposób łączy przebojowość, miejscami wręcz popową, z charakterystycznymi elementami, które sprawiają, że Mastodon to Mastodon. Nawet Show Yourself, którego nie polubiłem w momencie premiery, wgryzło mi się okropnie w mózg i łapię się na tym, że mimowolnie nucę sobie refren pod nosem. I jasne, nie ma się co łudzić, nie usłyszymy już drugiego Remission ani Leviathan. Ale wiecie co? Nie szkodzi. Nie musimy.

Pasek - wydanie

Album dostępny jest zarówno jako standardowa płyta CD w pudełku typu jewel-case, jak i podwójny 180g winyl w kolorze czarnym. Jak przystało na Mastodon, jest dość oryginalnie: do wydania winylowego oprócz standardowej koperty na płyty załączona jest również „koperta-kolorowanka” z grafiką z okładki, oraz zestaw mastodonowych kredek. Bo czemu nie, prawda?

Pasek - informacje

Wykonawca: Mastodon
Tytuł: Emperor of Sand
Wytwórnia: Reprise
Data wydania: 31.03.2017
Gatunek: Metal
Czas trwania: 51:13

Pasek - kreska

Z ciekawą wideorecenzją albumu Emperor of Sand autorstwa Piotrka i Michała (obaj panowie prowadzą audycję Metalurgia w radiu UJOT FM) można się zapoznać TUTAJ.