Grammy – historia złotego obiektu pożądania

Autor: Adrian Pilarczyk
Zdjęcia: The Recording Academy

 

Pomimo tego, z jak dużą falą nienawiści wśród artystów i internautów potrafi się spotkać Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji za przyznawane przez nią nagrody Grammy, wciąż są one postrzegane jako piedestał w komercyjnej części branży muzycznej. Nie bez powodu położenie swoich rąk na legendarnym złotym gramofonie (od którego zresztą pochodzi nazwa tego lauru) jest porównywalne do zdobycia Oscara za wybitne aktorstwo – ceremonie rozdawania tychże trofeów mają zresztą sporo wspólnego. W żadnym wypadku nie próbują być tylko nudną okazją, aby oklaskać starych wyjadaczy i młode wilki, lecz wznoszą cały koncept wydarzenia kulturowego na nowy poziom. Przekonajmy się, o czym dokładnie jest mowa.

Historia Grammy sięga połowy ubiegłego stulecia, kiedy po raz pierwszy postanowiono zorganizować galę mającą docenić twórczość muzyków wywodzących się z przeróżnych nurtów i gatunków. W roku 1959 odbyła się pierwsza ceremonia, jeszcze niezbyt hucznie rozreklamowana, a podczas niej nagrodami zostali obsypani Henry Mancini oraz Domenico Modugno, a więc artyści raczej obcy współczesnej publice. Nie można jednak powiedzieć tego samego o Franku Sinatrze, który zaliczył wygraną choćby w plebiscycie na Najlepszy Album Roku już w czasie drugiego Grammy w historii, jednocześnie pierwszego w całości transmitowanego w telewizji (zajmowało się tym amerykańskie NBC).

Lokacjami, jakie wybrano na pierwsze odsłony tego wkrótce legendarnego przedsięwzięcia, były Nowy Jork i Los Angeles, rozlokowane na dwóch krańcach Stanów Zjednoczonych po to, aby każdy nominowany mógł wybrać, gdzie dojazd jest mu bardziej na rękę. Pozostało to tradycją aż do roku 1973, kiedy prawa do transmisji Grammy nabyła telewizja CBS, decydując się na przeprowadzkę do Nashville w stanie Tennessee.  Na przestrzeni tych niemalże dwóch dekad, Grammy zmieniło się gruntownie – szczególnie podniosła się ranga samej gali, na której pojawiali się coraz znamienitszy ludzie zgromadzeni wokół świata muzyki. National Academy of Recording Arts and Sciences stało się również, chcąc nie chcąc, promotorem nie zawsze akceptowanej w Stanach Zjednocznonych muzyki rockowej, za którą rozpoczęli rozdawanie nagród już w 1961.

I choć w późniejszych latach nominacja do Grammy nie zawsze będzie przepustką do wielkiej kariery, siódma edycja zaowocowała wyjątkowym trafnym zdobywcą nagrody spod szyldu Najlepszy Nowy Artysta. Obiła się Wam o uszy nazwa „The Beatles”? To właśnie w ten sposób ci panowie zapoczątkowali swoją obecność na galach Grammy, bowiem w ciągu kilku późniejszych lat zdarzyło im się przygarnąć jeszcze dziewięć statuetek. Łącznie przypadła im dyszka, co jest liczbą bardzo imponującą… przynajmniej na pierwszy rzut oka. Beatlesi zawstydziliby się jednak, gdyby postawiono ich obok absolutnych rekordzistów w liczbie zdobytych nagród, do których należą Pierre Boulez (26), Quincy Jones (27) i Georg Solti (31). Mówimy tu jednak o konfrontacji dokonań zespołu, który składa się przecież z więcej niż jednej osoby, z twórczością artystów solowych (w wypadu Bouleza i Soltiego – artystów związanych z muzyką dawną). Jak więc legendarni chłopcy z Liverpoolu wypadają na tle innych kapel? Deklasuje ich U2, Dixie Chicks czy… Foo Fighters.

Już to zestawienie daje pewien obraz tego, że tak, jak bywa to w przypadku wspominanych Oscarów, tak nominacje do nagród Grammy potrafią być kontrowersyjne i często spotyka się to z nieprzychylnością artystów. Zazwyczaj trwa ona jednak do momentu, kiedy przy okazji następnych edycji ktoś wpada na pomysł, aby mimo wszystko malkontentów zadowolić, doceniając ich zaproszeniem na galę. Całe złe powietrze zostaje wtedy wypompowane i cokolwiek do tej pory się o Grammy nie myślało, nie ma to już znaczenia, tak, jak i wszystko inne w momencie wkroczenia do imprezowej sali.

Wiecie już jak Grammy wyglądało dawniej, teraz warto byłoby jednak skupić się na nadchodzącej, pięćdziesiątej siódmej odsłonie tego plebiscytu, którą będziemy mogli obejrzeć online na stronie Grammy (lub w telewizji CBS) już w najbliższą niedzielę. Prowadzącym, po raz czwarty z rzędu, będzie nowojorski raper – LL Cool J, a samo wydarzenie odbędzie się w sali widowiskowej Staples Center w Los Angeles. Póki co wiemy, że wieczór swoim występem rozjaśni AC/DC i Ed Sheeran, ale możemy być pewni, że nie jest to koniec atrakcji, jakie przygotowują dla nas organizatorzy. Standardowo, podczas transmisji nie będzie można obejrzeć, jak wręczane są wszystkie nagrody, bo jest ich od groma (a dokładniej – 83); te mniej istotne zostaną rozdane podczas przed-emisyjnej gali. Kto zaś zawalczy o zwycięstwo w najbardziej prestiżowych wyścigach?

W kategorii płyta roku znalazło się miejsce dla Chandelier autorstwa Australijki o pseudonimie Sia, Shake It Off dobrze znanej Taylor Swift czy choćby All About That Bass Meghan Trainor. O tytuł Najlepszego utworu solo powalczą radiowe hity: Happy złotego chłopca Ameryki – Pharrella Williamsa, All of Me Johna Legend, a także Stay With Me Sama Smitha oraz wspomniane powyżej Shake it Off Swift i Chandelier Sii. Gatunek, który będzie interesował czytelników Music to the People bodaj najbardziej, czyli rock, jest reprezentowany przez piątkę nominowanych do tytułu najlepszej piosenki: Ain’t it Fun grupy Paramore, Blue Moon Becka, Fever The Black Keys, Gimme Something Good Ryana Adamsa oraz Lazaretto Jacka White’a. Kto słyszał większość z tych piosenek chociaż raz, wie, że nie są one typowymi przedstawicielami rock’n’rolla, lecz jedynie skrojonymi pod komercyjny sukces wydmuszkami, nie zmienia to jednak faktu, że słucha się ich bardzo przyjemnie.

Rozpisywanie się na temat każdej bardziej elektryzującej kategorii mija się z celem, wspomnę więc tylko, że prawdziwa bitwa może rozegrać się na poletku muzyki rap. Na tej płaszczyźnie, w kategoriach Najlepszy utwór i Najlepsza płyta, staną w szranki między innymi Eminem, Drake, Kanye West, Kendrick Lamar, Wiz Khalifa czy Childish Gambino, a więc – musicie przyznać – prawdziwie doborowe towarzystwo. Równie atrakcyjnie będzie wyglądać batalia o dominację w kategorii Best Metal Performance, gdzie zobaczycie same sławy: Anthrax, Motorhead, Mastodon, Slipknot czy Tenacious D. Jasne jest, że gdzie okiem nie sięgnąć, będziemy widywać nazwy zespołów powszechnie znanych – Grammy są nagrodami rozdawanymi za muzyczne dokonania, ale rzadko kiedy organizatorzy zaskakują nominacją dla kogoś, o kim świat jeszcze nie słyszał.

Może być to jeden z powodów, dla których Grammy tak często obrywa od muzyków – wręczanie najbardziej prestiżowych nagród w świecie muzyki wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i praktycznie przy każdym wyborze zawsze ktoś pozostanie niezadowolony. Do takich należał choćby Jay-Z, nie godzący się z niesprawiedliwością, z jaką potraktowano jego kolegę (po fachu) – DMXa, którego jedna z najlepszych płyt, wydana w roku 1999, nie dostała nawet nominacji. Od tamtego momentu stosunki amerykańskiego rapera z National Academy of Recording Arts and Sciences są, mówiąc delikatnie, napięte, tak jak i zresztą Trenta Reznora, który nigdy nie słynął z tendencji do owijania w bawełnę. Jego oczy zapłonęły nienawiścią do Grammy między innymi przez to, jak potraktowano jego (i kilku innych gwiazd, m.in. Dave’a Grohla i Josha Homme) występ podczas jednej z gal, który został ucięty przez blok reklamowy.

Całe szczęście, ci nastawieni negatywnie do całej idei są raczej w mniejszości, przez co nigdy nie brakuje chętnych, aby swym występem uatrakcyjnić ceremonię. Coby nie sięgać pamięcią daleko wstecz, internet wyjątkowo docenił choćby ubiegłoroczny występ Macklemore’a i Ryan Lewis, wykonujących razem Same Love, sporo szumu narobiła również Metallica z chińskim pianistą Lang Langiem, ale prawdziwym hitem była kooperacja Pharrella Williamsa, Daft Punku i Steviego Wondera, wykonujących razem hit Get Lucky. I wiecie co? Wątpię, że tegoroczna edycja będzie miała problem z ich przebiciem.

Pomimo tego, że nagrody Grammy potrafią reprezentować to, co we współczesnej muzyce nie każdemu się podoba, ich rozdanie jest wciąż jednym z największych wydarzeń, jakie rokrocznie czeka na słuchaczy z całego świata. Jeżeli szukacie powodu, aby przekonać się do możliwości bycia niewyspanym w niedzielę, spróbujcie tego: zwyczajnie przyjemnie jest zobaczyć tak wiele wspaniałych osobistości, których aktywność w dużym stopniu wpływa na kształtowanie się naszej muzycznej ery. No to co, macie jakichś swoich faworytów w danych kategoriach?