Hans Zimmer – Tauron Arena Kraków (03.05.2016)

Autor: Marcin Bobula
Zdjęcia: JVS Group (nr 1), Marcin Bobula (nr 3-5)

 

Wieczorem w środę 3 maja wybrałem się z małżonką do Tauron Areny Kraków na koncert Hansa Zimmera wraz z wielkim zespołem w skład którego weszli: Aleksander Milwiw-Baron – gitarzysta, saksofonista, kompozytor i producent muzyczny (a także członek zespołu Afromental), gitarzyści Guthrie Govan oraz Yolanda Charles,  Satnam Ramgota, który odpowiadał za instrumenty perkusyjne, klawiszowcy Nick Glennie-Smith i Steve Mazzaro, wokaliści Lebo M. i Miriam Blennerhassett oraz Czeska Narodowa Orkiestra Symfoniczna i chór. Bardzo długo czekałem na ten moment, bo bilety zakupiłem jeszcze początkiem grudnia roku ubiegłego. Była to moja pierwsza wizyta w Tauron Arenie. Ogrom miejsca robił piorunujące wrażenie – pomimo to zastanawiałem się czy sala przeznaczona do imprez sportowych będzie wystarczająco dobra na taki koncert. Z każdą minutą hala wypełniała się coraz bardziej, aż do – jak mi się wydaje – ostatniego miejsca. O godzinie 20.00 światła zgasły i pojawił się on, „Mozart naszych czasów”, Hollywoodzki specjalista muzyki filmowej często nazywany człowiekiem orkiestrą. Swoją wielką i błyskotliwą karierę niemiecki kompozytor zaczął w 1988 roku od nominacji do Oskara za ścieżkę dźwiękową do filmu Rain Man.

Już po pierwszych taktach utworu wiedziałem, że nie będę żałował pieniędzy wydanych na bilety, które – jak wiadomo – tanie nie są, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z gwiazdą światowego formatu. W miarę trwania pierwszego utworu na scenie odsłaniani byli kolejni członkowie orkiestry, rząd po rzędzie pojawiały się co raz to nowe instrumenty, aż ostatni ukazał się majestatyczny chór. Ilość zgromadzonych muzyków na scenie oraz instrumentów na których grali, od klasycznych po elektryczne, wyglądała naprawdę imponująco. Muzyka rozbrzmiewała w każdym zakątku sali czystym i wyraźnym brzmieniem, przenosząc wszystkich w zaczarowany świat kompozytora. Słuchając zupełnie zapomniałem, że znajduję się w hali sportowej, a nie na sali koncertowej, np. w filharmonii.

Utwory symfoniczne grane były na luzie, czuć było duży zapas mocy i możliwości, zarówno muzyków, jak i sprzętu. Ale w miarę upływu czasu pojawiały się kawałki zrealizowane z coraz większym „pałerem”. Całości występu dopełniały światła, specjalnie wyreżyserowane do każdego utworu i powodujące, że każdy grany utwór był prawdziwym widowiskiem. Popularne filmowe oraz oscarowe utwory przeplatane były historyjkami dotyczącymi kompozycji, opowiadanymi przez samą gwiazdę wieczoru. Opowiadał między innymi krótkie anegdotki o genezie ich powstawania.

Na scenie mogliśmy usłyszeć między innymi muzykę z Gladiatora, Ostatniego Samuraja, Piratów z Karaibów, Króla Lwa czy Interstellar. Jednak największe wrażenie na mnie zrobił utwór The Electro Suite, czyli połączenie gitar elektrycznych, instrumentów elektronicznych i tradycyjnej orkiestry w oprawie perkusyjnej. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem nawet, że Hans tworzy też tego typu utwory (co mi przypomina, że muszę odrobić zaległości ze ścieżki dźwiękowej z Batmana, chociaż nie jest to mój ulubiony gatunek filmowy). Do tego dochodziło powalające światło wraz z multimedialnym pokazem w tle. To wszystko musiało spowodować owacje na stojąco. I mimo, że orkiestra już opuściła scenę, po pięciu minutach powrócili. Gdy cała sala ucichła, czekając co będzie dalej, w całkowitej ciemności rozległy się pierwsze fortepianowe takty ze ścieżki dźwiękowej Incepcji. Jeśli do tej pory ktoś odczuwał choć drobny niedosyt, to po tym utworze musiał być w pełni usatysfakcjonowany.

Zarówno ja, jaki mi moja żona wciąż – po kilku dniach, które minęły od tego wydarzenia – jesteśmy pod bardzo dużym wrażeniem koncertu, atmosfery oraz samego mistrza, jak pewnie wszyscy którzy pojawili się tego dnia w Tauron Arenie. Jestem pewien, że w przyszłości ponownie wybierzemy się na koncert Hansa Zimmera, bez względu na koszty. Wszystkim polecam i zachęcam do wybrania się chociaż raz w życiu na koncert tego artysty. Będzie warto!