Hardwired… To Self-Destruct – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Blackened Recordings

 

Uwielbiam winyle. To na ten nośnik muzyki wydaję zdecydowanie najwięcej pieniędzy i to z niego słuchanie albumów wydaje mi się najprzyjemniejsze. Moja miłość do czarnej płyty nie wiąże się jedynie z opisywaną już wiele razy otoczką (wiadomo: duża, ładna okładka, „misterium” nakładania płyty na talerz gramofonu itd.) czy specyfiką brzmienia, ale jeszcze jednym, często pomijanym czynnikiem. Uważam bowiem, że winyl był swego czasu zbawieniem dla rocka i metalu. Twórcy tego typu muzyki musieli – nagrywając album – myśleć o ograniczeniach tego nośnika. Muzyki wchodziło tam ok. 40 minut, a wydanie podwójnego albumu wiązało się z absurdalnym podniesieniem kosztów. Co więcej, jak słusznie zwrócił na to uwagę w TYM wywiadzie Piotr Metz, odsłuchanie jednej strony LP trwa ok. 20 minut, co dość dobrze pokrywa się z czasem, w którym człowiek pozostaje skupiony na jednej czynności. Jeśli ktoś mi nie wierzy – proszę sprawdzić ile trwają praktycznie wszystkie klasyki rocka czy połowy odmian metalu. Rzadko kiedy są to ogromne kobyły, jakich pełno się wykluło w latach 90. i później w związku z mniej „ograniczającymi” formatami. Tym bardziej nie potrafię wytłumaczyć czemu dzisiejsi twórcy – szukając inspiracji – nie wracają do tego, co (ewidentnie) świetnie się sprawdzało.

Błąd ten popełniła i Metallica. Ich najnowszy album, Hardwired… To Self-Destruct, trwa bowiem ponad 80 minut (a mówimy tu przecież o kapeli thrashowej!). I właśnie ten aspekt kładzie w moich oczach ich najnowsze dzieło. Dzieło, które miało niebywały potencjał, by stać się najlepszym krążkiem przynajmniej od czasów Load, a dołączyło do całej sterty średniej jakości rzeczy, które Meta ostatnimi czasy nam serwowała.

Początek Hardwired… jest, co tu dużo mówić, genialny. Płytę otwierają cztery dobre kawałki, z których trzy (Hardwired, mój ulubiony – Atlas, Rise! oraz Moth Into Flame) to naprawdę fantastyczne, klasyczne granie w nowoczesnej otoczce. Mamy tutaj nawiązania i do brutalnie szybkich, agresywnych początków formacji, i do nieco bardziej rozbudowanych kompozycji, znanych nam doskonale z Master of Puppets i …And Justice for All. Zachwycać mogą tutaj nie tylko same piosenki, ale i jakość techniczna muzyków odpowiedzialnych za nagranie. Lars chyba nigdy nie grzmocił w bębny tak równo, z kolei w głosie Jamesa znów da się wyczuć energię, która porwała rzeszę miłośników metalu w latach 80.

Jednak im dalej w las, tym gorzej. Głównie dlatego, że kolejne numery znacznie odbiegają jakością od wspomnianej wyżej czwórki. I że zaczynają bazować na tych samych, znanych wszystkim doskonale rozwiązaniach. A – no i również z tego powodu, że jest ich po prostu za dużo. Siły opuszczały mnie przy każdym kolejnym kawałku i przy każdej kolejnej zmianie strony winyli. Po kilkukrotnym odsłuchu Hardwired… wciąż nie pamiętam zbyt wiele z takich kompozycji, jak Dream no More, Here Comes Revenge czy Murder One. Za każdym razem wylatują z mojej głowy szybciej niż Kirk Hammett gra kolejne pogięte solówki. Gdy w końcu docieram do kolejnego dobrego utworu (mowa o ostatnim na płycie Spit Out the Bone) jestem tak zmęczony, że już nie mam sił się nim cieszyć. A szkoda, bo to naprawdę fajna kompozycja.

Na pochwałę, tak mi się przynajmniej wydaje, zasługuje jakość nagrania Hardwired…. Chociaż niektórym będzie tutaj brakowało charakterystycznego brudu pierwszych płyt Metalliki, to bez wątpienia panowie nadrobili zaległości bo przedziwnie brzmiącym St. Anger czy fatalnym pod tym względem Death Magnetic. Przede wszystkim zaskoczył mnie tutaj znakomity balans między wszystkimi instrumentami i wokalem. Każdy muzyk ma tutaj miejsce dla siebie, w obrębie którego może się realizować. Perkusja brzmi potężnie, zaś gitary wyróżniają się przyjemną głębią przy zachowaniu odpowiedniej dynamiki. Fajnie podano również wokal Hetfielda, który nie daje przyćmić się instrumentalistom, jednocześnie nie zgarniając całej uwagi dla siebie.

Ciągle zastanawiam się jak Hardwired… To Self-Destruct by wyglądał, gdyby ktoś doradził Larsowi i reszcie wywalenie połowy utworów. Wydaje mi się – choć oczywiście mogę się mylić – że otrzymalibyśmy jedną z najlepszych płyt 2016 roku. Dobrą, równą i zaskakująco świeżą. Jednak zamiast zjedzenia niewielkich rozmiarów posiłku w znakomitej restauracji zostaliśmy zmuszeni do wpieprzenia kolosalnego hamburgera, który tu i ówdzie jest niedosmażony. A trzeba było to zrobić jak Rival Sons!

Pasek - wydanie

Metallica stanęła na szczęście na wysokości zadania w sprawie wydania swojego nowego dzieła. Miłośnicy Amerykanów mogą nabyć Hardwired… i na CD (w formie edycji zwykłej oraz Deluxe, uzupełnionej o dodatkowy krążek i wyróżnionej inną wersją okładki), i na podwójnym LP. Warto dodać, że ta druga wersja uzupełniona jest o kod uprawniający do pobrania albumu w formatach MP3 oraz WAV. Zagorzali fani mogą również skusić się na kolorowe „czarne płyty” – takie, jak np. TUTAJ.

Pasek - informacje

Wykonawca: Metallica
Tytuł: Hardwired… To Self-Destruct
Wytwórnia: Blackened Recordings
Data wydania: 2016
Gatunek: Thrash metal
Czas trwania: 01:17:31