Havana Moon – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: The Rolling Stones

 

Historia Kuby w XX wieku naznaczona jest tragizmem, okrucieństwem i ciągłą walką: z wrogami i przeciwnościami losu. Jeszcze pod koniec 19. stulecia wyspę tę zajęły – w toku działań przeciwko Hiszpanii – Stany Zjednoczone, wycofując się w 1902 roku i wracając tam w roku 1906. Następnie Kuba targana była różnymi zawirowaniami: od symbolicznego udziału w obu wojnach światowych (po stronie aliantów) do kolejnych przewrotów wojskowych. Największa i najbardziej znana rewolta rozpoczęła się w 1956 roku; były to już czasy Zimnej Wojny i zmagań dwóch supermocarstw (USA i ZSRR) przez pośredników. 3-letnia rewolucja kubańska wyłoniła owych liderów, na czele z Che Guevarą (który wiele lat po śmierci stał się znaczkiem na t-shirtach i memem) i Fidelem Castro. Nowi przywódcy państwa szybko wzięli się do roboty, usuwając swoich politycznych oponentów i nacjonalizując gospodarkę, zbliżając się politycznie i dyplomatycznie do Związku Radzieckiego. Amerykanie – jak to oni – nie mogli spokojnie patrzeć na niekorzystny dla siebie rozwój wydarzeń, dlatego w 1961 roku doszło do inwazji w Zatoce Świń. Była to – jak się szybko okazało: nieudana – próba przejęcia władzy w kraju przez niezadowolonych Kubańczyków, wspieranych zbrojnie przez USA.

Na światowej arenie politycznej zrobiło się jeszcze bardziej gorąco, gdy ZSRR umieścił na Kubie pociski balistyczne, które były w stanie dotrzeć do terytorium zarządzanego przez Wujka Sama. Niektórzy historycy zajmujący się Zimną Wojną wyraźnie podkreślają, że właśnie wtedy świat był najbliżej wybuchu III wojny światowej. Ostatecznie kryzys ten udało się zażegnać, jednak Kuba na wiele lat miała pozostać poza zasięgiem gospodarczym i kulturowym Amerykanów (i ogólnie Zachodu). Castro rządził niepodzielnie Kubą przez wiele długich lat i dopiero w 2006 roku oddał władzę w ręce swojego brata: Raúla. Rządy młodszego z braci Castro charakteryzowały się większym otwarciem na Zachód, a także powolną liberalizacją gospodarki i systemu politycznego. Ostatni ważki akord tej historii (przynajmniej na ten moment) wybrzmiał w 2015 roku, gdy John Kerry – sekretarz stanu USA – przybył na Kubę i otworzył ambasadę Stanów. A gdzie w tym całym zamieszaniu miejsce na The Rolling Stones?

Stonesi są jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek kulturowych Zachodów. Nie są już tylko zespołem, ale czymś więcej: symbolem. Ich działalność wykracza dalece poza dawanie kolejnych koncertów i nagrywanie następnych bestsellerowych płyt. Nic też dziwnego, że to właśnie im przypadł zaszczyt zagrania w stolicy Kuby, Hawanie, dla ogromnego tłumu Kubańczyków, którzy nie powinni znać piosenek Micka Jaggera i spółki, a jednak znali. Występ odbył się 25 marca tego roku i towarzyszyła mu spektakularna oprawa – w końcu był to wyraźny dowód na to, że państwo Raúla Castro rzeczywiście się otwiera, nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale i kulturowej. Przeprojektowane zostało logo zespołu, została rozłożona potężna scena, na której pojawili się liczni goście i współpracownicy (na czele z cudowną i bardzo… kobiecą Sashą Allen), zaproszono także ekipę filmową, która miała nagrać całą tę imprezę dla firmy Eagle Rock Entertainment. Stonesi w Hawanie zagrali (dla 1,2 miliona ludzi), wszystko udało się zarejestrować, dzięki czemu pod koniec września do kin – na jeden wyjątkowy wieczór – trafił film koncertowy Havana Moon.

Stosunek do tego dzieła mam, przyznam się od razu – ambiwalentny. Z jednej strony nie potrafię nie docenić wspaniałej roboty wykonanej przez ekipę odpowiedzialną za nagranie tego wiekopomnego wydarzenia. Od strony technicznej było to bowiem (zwłaszcza w sferze obrazu) znakomite. Fantastycznie udało się oddać atmosferę miejsca i powiew wichrów zmian, jednocześnie udostępniając nam wgląd w liczne detale z życia Stonesów na scenie. Kto nie chciałby zobaczyć Keitha Richardsa wymieniającego dyskretne spojrzenia z Ronnie’m Woodem czy Micka Jaggera uśmiechającego się do mało ruchliwego Charlie’go Wattsa? Tego typu smaczków mamy tutaj całą masę, a kamery znakomicie je uwieczniły. Świetnie wyglądają także epickie ujęcia całej sceny czy ponadmilionowego tłumu – dobrze oddają bowiem skalę całego przedsięwzięcia. Przyjemnie została także rozwiązana kwestia audio: słychać było wyraźnie, że ktoś nad tym aspektem przysiadł i z głową zaproponował swoją wersję, pewne elementy podciągając do góry, inne zaś spychając delikatnie na drugi plan. Widzowie zgromadzeni w kinach nie byli więc zmuszeni do słuchania wyłącznie gitary prowadzącej i wokalu Jaggera i mogli zamiast tego skupić swoją uwagę czy to na basie, czy na wokalach wspierających czy na instrumentach perkusyjnych. Sprawę brzmienia zawaliło (niestety) Multikino (gdzie film był puszczany), bowiem dźwięk poszedł w zdecydowanej większości z przednich kolumn, w efekcie czego było go po prostu za mało.

Ocenę Havana Moon rozpocząłem od spraw technicznych z prostej przyczyny: aspekt ten spodobał mi się dużo bardziej od samego koncertu, który był zwyczajnie nudny. Już rozpoczynający cały film krótki wywiad ze Stonesami mógł mnie przygotować na taki rozwój wypadków: bogowie rocka (najwięksi z żyjących obok Paula McCartneya i Zeppelinów) prawie w ogóle się nie ruszali, a ich wypowiedzi, chociaż momentami zabawne, najczęściej wydawały się wymuszone. Na scenie zaprezentowali się podobnie: praktycznie cały koncert zagrali w jednym miejscu, nie wykrzesawszy z siebie ani krztyny energii. Skrajnym przypadkiem była tutaj postać Wattsa, który wyglądał, jakby miał zaraz dostać wylewu, jednak i inni Stonesi nie zachwycili. Także ich gra – w mojej opinii – pozostawiła wiele do życzenia. Z punktu widzenia techniki było to wszystko bardzo poprawne, zabrakło jednak pierwiastka geniuszu, który towarzyszył im przez tak wiele lat. Nie było ognia, nie było iskier, nie było emocji. Było za to bardzo śmiesznie, gdy Wood w pewnym momencie przyklęknął w trakcie grania, robiąc jednocześnie minę jakby była to najbardziej niesamowita „sztuczka” pod słońcem.

Dużo lepiej wypadli muzycy towarzyszący Richardsowi i reszcie, na czele z przywołaną już Sashą Allen. Urodzona w Nowym Jorku wokalistka nie tylko świetnie wyglądała (czym przyciągała stanowczo zbyt wiele uwagi Jaggera), ale i wprowadziła do skostniałego występu trochę ducha i energii. Nic dziwnego, że najjaśniejszym punktem koncertu było wykonanie (fenomenalnej swoją drogą) piosenki Gimme Shelter, w której Allen dała prawdziwy popis swoich umiejętności. Na kilka ciepłych słów zasługuje także kubańska grupa wokalna Entrevoces, która pomogła Stonesom zagrać You Can’t Always Get What You Want. I tutaj – nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – pojawił się power i drive.

The Rolling Stones to jeden z najważniejszych zespołów rockowych w historii. To także swego rodzaju instytucja, wizytówka świata Zachodu. A także powód do dumy wszystkich Europejczyków. I nikt im tego już nigdy nie odbierze. Trzeba jednak uczciwie sobie powiedzieć, że koncert w Hawanie nie był zbyt dobry, a w historii zapisze się z zupełnie innych powodów. Takich Stonesów, tj. geriatrycznych, nie chce się człowiekowi za bardzo oglądać. No, chyba że nie miało się wcześniej dostępu do zachodniej kultury przez ponad pół wieku.