Honeymoon – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Interscope Records

 

Doskonale pamiętam te wszystkie stękania, które mogłem czytać i słuchać, gdy Elizabeth Woolridge Grant, znana światu jako Lana Del Rey, wydała w 2014 roku swój trzeci album studyjny (jeżeli minialbumu Paradise z 2012 roku nie liczymy) pt. Ultraviolence. Jęk zawodu, jaki wtedy można było wyraźnie usłyszeć był związany z jedną prostą (i bardzo głupią) rzeczą – ludzie dostali coś innego niż oczekiwali. Wcale nie gorszego, absolutnie nie badziewnego, ale po prostu innego. Sezonowi miłośnicy talentu Del Rey oczekiwali rzeczy podobnej do Born To Die, z jednej strony smutnej i nostalgicznej, z drugiej zaś podszytej jakąś dziecięcą wesołością i wypełnionej hitami pokroju Summertime Sadness. Tak się jednak nie stało; Ultraviolence był, przynajmniej w moim przekonaniu, krążkiem świetnym, ale zupełnie innym. Można było nawet odnieść wrażenie, że Del Rey celowo chciała go uczynić tak „anty-hitowym” i nieprzystępnym. Jeżeli ktoś obiecywał sobie, że jej następna, czwarta w dorobku studyjna płyta – zatytułowana Honeymoon – okaże się powrotem do „właściwych” (czyli przebojowych) korzeni, to muszę go, i to z wielką przyjemnością, rozczarować. To chyba najmroczniejsza, najsmutniejsza i… po prostu najlepsza płyta Lany.

Siadając po raz pierwszy do Honeymoon nie miałem właściwie żadnych oczekiwań. Lanę bardzo lubię, z każdym kolejnym albumem co raz bardziej, jednak nie miałem absolutnie żadnego pojęcia czego mogę się po tym krążku spodziewać. Oczywiście wypuszczony kilkadziesiąt dni przed premierą albumu singiel High by the Beach mógł naprowadzić mnie na odpowiednie tory, z premedytacją jednak unikałem zapoznania się z nim. Z perspektywy czasu myślę, że dobrze zrobiłem, czekając do „odpakowania” całości. Honeymoon jest bowiem najspójniejszą płytą Del Rey, z bardzo wyraźnym pomysłem na siebie i z niezwykle emocjonalną kreacją – nazwijmy to – „świata przedstawionego”. Już pierwszy, tytułowy kawałek zdradza, że jest to płyta inna od poprzednich dzieł Amerykanki, chociaż ta „inność” nie wynika w ogóle z rozpoczęcia podróży w innym kierunku, lecz naturalnej i dokonującej się od wydanej w 2010 roku płyty Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant ewolucji.

Miejsca, momenty przez które album Ultraviolence mógł okazać się dla fanów Born To Die za ciężki, teraz, w porównaniu do Honeymoon, jawią się jako oazy radości, powszechnej wesołości i szczęścia. Ale to dobrze – stojąc w miejscu tak naprawdę się cofamy. Nie oznacza to oczywiście, że Lana Del Rey całkowicie porzuciła chwytliwe i piękne melodie. Tych na jej najnowszej płycie jest wciąż prawdziwe zatrzęsienie. Nie są one jednak podane, tak jak w przypadku poprzedniczek, na tacy, lecz czekają na wszystkich tych, którzy zdecydują się poświęcić albumowi nieco więcej uwagi.

Na Honeymoon składa się 14 utworów, które razem trwają nieco ponad 65 minut. Zwykle narzekam, że takie długie krążki często bywają nużące i nieciekawe, że wypadałoby je znacznie skrócić (do typowo winylowej, ok. 40-minutowej długości); tu jednak takiego problemu nie mam. Tak się bowiem składa, że zdecydowana większość nowych kompozycji Elizabeth jest po prostu znakomita. Nie są to już rzeczy z tak ogromnym komercyjnym potencjałem, bliżej im raczej do bardziej niszowych rzeczy art-popowych, nie ulega jednak wątpliwości, że Del Rey po raz kolejny przeszła samą siebie, prezentując nam wszystkim sporych rozmiarów zbiór piosenek, z którymi każdy miłośnik gatunku powinien jak najszybciej się zapoznać.

Myślę, że warto jeszcze raz wyraźnie zaznaczyć, że Honeymoon to najsmutniejsza, przepełniona wylewającą się z niej melancholią płyta. Słuchanie jej, pomimo wciąż wyraźnych powiązań z muzyką popularną, nie należy do najłatwiejszych (chociaż do fantastycznego i mocno nieprzystępnego krążka Rimbaud tria Rimbaud „trochę” zabrakło) i wymaga wspomnianego przeze mnie skupienia. Jeżeli ktoś będzie zapoznawał się z tym albumem podczas, dajmy na to, gotowania czy podróży w zatłoczonym do granic możliwości tramwaju (swoją drogą: dzięki wielkie, studenci!), to ryzykuje utratę wszystkich tych niuansów i smaczków, które stanowią o jego prawdziwej sile.

W budowanie spójnego emocjonalnego przekazu zaprzęgnięte zostało, jak chyba na żadnym innym popowym albumie, brzmienie. Jest ono „zabrudzone”, „przymglone” i „zadymione” w sposób wyraźniejszy, niż miało to miejsce w wypadku poprzednich dzieł artystki. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że Del Rey każdą kolejną płytę „zadymia” co raz bardziej, czyniąc brzmienie nie tyle już gęstym, co po prostu duszącym. Nie ma to jednak– muszę to podkreśli – nic wspólnego ze złą jakością dźwięku. Głos Lany jest bardzo wyraźny i „rzucony” bardzo blisko słuchacza, co zwiększa poczucie intymności podczas odsłuchów, melodie zaskakują przyjemnym nasyceniem środka, a całość jest przyjemnie analogowa. Oczywiście trudno w wypadku tej płyty mówić o specjalnym bogactwie skrajnych pasm (szczególnie w wypadu góry, której zwyczajnie tu nie ma) czy przerażająco wielkiej scenie dźwiękowej. Nie o to tu jednak chodzi. Lana Del Rey w zupełnie świadomy i konsekwentny sposób wykorzystała brzmienie jako część wyrazu artystycznego, jednocześnie dbając o to, by dźwięk był co najmniej niezły. I za to należą jej się ogromne brawa.

Album Honeymoon to najlepsza rzecz, która wyszła spod skrzydeł pani Del Rey. Jest bardzo spójny, mocny, a obcowanie z nim sprawia naprawdę wielką przyjemność. Widać na nim jak na dłoni, że Amerykanka jest w końcu artystką w pełni świadomą, że doskonale wie gdzie chce zmierzać i w jaki sposób chce to uczynić. Wiem też w jakim kierunku powinniście zmierzyć Wy – do najbliższego sklepu muzycznego. Płyta Lany w końcu sama się nie kupi i nie odsłucha.

Pasek - kreska

Album Honeymoon zostaje wyróżniony nagrodą Great Music.

Great Music

Pasek - wydanie

Nowy krążek Lany można nabyć w kilku formach. Najbardziej podstawowymi są zwykła wersja CD oraz plik (w dobrej jakości!) do ściągnięcia z internetu. Dla ludzi z zacięciem kolekcjonera wydawca przygotował dwie wersje winylowe w kartonie typu gatefold: czarną oraz czerwoną, obie uzupełnione o książeczkę ze zdjęciami oraz kod upoważniający do pobrania albumu w formacie… WAV. Dla najbardziej zasobnych w wolne fundusze pozostaje jeszcze opcja CD Box Set, która, prócz srebrnego krążka i kodu, oferuje nabywcy ładne, kolekcjonerskie pudło, zdjęcia oraz książeczkę. Każdy znajdzie więc coś dla siebie i ze swojego wyboru powinien być zadowolony.

Pasek - informacje

Wykonawca: Lana Del Rey
Tytuł: Honeymoon
Wytwórnia: Interscope Records
Data wydania: 2015
Gatunek: Pop
Czas trwania: 01:05:13