III Symfonia – 12. Festiwal Muzyki Polskiej (17.07.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Festiwal Muzyki Polskiej (nr 1), Anna Kaczmarz (nr 2-9)

 

III Symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego – zwana też Symfonią pieśni żałosnych – zabrzmiała w pięknym gotyckim kościele św. Katarzyny w Krakowie w ramach 12. Festiwalu Muzyki Polskiej. Wybór akurat tego dzieła na wielki finał tego wydarzenia od razu przypadł mi do gustu. Być może wynika to z niezdiagnozowanych (przynajmniej na razie) problemów psychicznych, z którymi się mierzę, jednak byłem bardzo zadowolony, że festiwal ten zakończy się tak dojmująco smutną nutą. Że – koniec końców – zmusi nas, widownię, do refleksji, być może nawet do katharsis. Po to przecież słuchamy muzyki, prawda? Żeby czuć więcej, mocniej, głębiej. Żeby coś wyciągało nas z monotonii codzienności. Wybór III Symfonii uradował mnie jeszcze z jednego powodu: to kompozycja relatywnie krótka (trwa ok. godziny), zwięzła, zwarta. Organizator FMP powstrzymał się więc – całe szczęście – od kończenia swojego festiwalu jakimś przydługim, ponad 3-godzinnm dziełem, które zostałoby wybrane tylko dlatego, że jest długie. Zamiast tego krakowska publiczność dostała crème de la crème instrumentalnej muzyki polskiej. Bez nadmiernego przeciągania.

Oczywiście wiele rzeczy mogło po prostu nie wyjść. Dyrygent mógł wymyślić jakąś przedziwną, nietrafiającą do nikogo interpretację symfonii Góreckiego, zawsze istnieje też szansa, że akurat w dzień występu solistka (w tej roli Aleksandra Zamojska) będzie niedomagała. Albo że orkiestra da  zwyczajnie ciała. Wtedy z mojej radości odczuwanej przed koncertem nic by nie zostało. Co z tego, że i kompozycja świetna, i miejsce klimatyczne, i program zwarty, unikający sztucznego zajmowania czasu ludziom, jeśli osoby odpowiedzialne za muzykę by zawiodły?

Tak się ostatecznie nie stało, bowiem wszyscy stanęli na wysokości zadania. Tworkowi udało się uchwycić ten piękny, smutny, ale i intrygujący klimat Symfonii pieśni żałosnych, a kierowana przez niego orkiestra była dobrze przygotowana do podążania za dyrygentem. Największe wrażenie zrobiła na mnie przede wszystkim pierwsza – zdecydowanie najdłuższa – część: Lento. Sostenuto tranquillo ma cantabile. Zaczęła się ona delikatnie, by ostatecznie pięknie się rozwinąć. Nie jestem do końca pewien, ale w pewnych aspektach wykonanie to spodobało mi się znacznie bardziej od wersji znanej mi z płyty nagranej przez samego Góreckiego. Nie miało ono takiego ciężaru, charakteryzowało się większą zwiewnością, akcentowało inne, bardziej intymne aspekty kompozycji.

Na wysokości zadania muzycy stanęli też podczas grania dwóch kolejnych części (Lento e largo. Tranquilissimo – cantabilissimo – dolcissimo – legatissimo oraz Lento. Cantabile-semplice), chociaż Lento e largo podobało mi się zdecydowanie najmniej. Jakby zarówno orkiestra, jak i Maciej Tworek byli zmęczeni wysiłkiem włożonym w przeszywający, dogłębnie przejmujący początek. Lub jakby zbierali siły na finał, który – w mojej opinii – był naprawdę udany.

Pięknie też muzyka współgrała z otoczeniem – muzycy świetnie prezentowali się w przestronnym kościele św. Katarzyny, a ich muzyka była dobrze słyszalna. Jedyne czego mi zabrakło to lepszej ekspozycji solistki. I nie mówię tu o aspekcie wizualnym – pani Katarzyna była bowiem doskonale widoczna – a o sferze akustyki. Często orkiestra zagłuszała jej wysiłki, przez co nie byłem w stanie ocenić ich jakości. Być może za taki stan rzeczy należy obarczyć winą miejsce, na którym siedziałem, a być może takie było zamierzenie dyrygenta. Trudno mi wypowiedzieć się na ten temat – a szkoda, ponieważ z wyraźniej brzmiącym wokalem III Symfonia zaprezentowałaby się jeszcze dostojniej i… lepiej.

Wykonanie Symfonii pieśni żałosnych w ramach 12. Festiwalu Muzyki Polskiej było godnym zwieńczeniem tej kilkudniowej przygody z rodzimymi utworami i kompozytorami. Zabrakło mi być może trochę ducha przygody, który charakteryzował opisaną TUTAJ symfonię Lech, Czech i Rus Grzecha Piotrowskiego, nie mogę przyczepić się jednak do niczego konkretnego. Oczywiście kilku muzyków z orkiestry zaliczyło małe wpadki, a interpretacja Aleksandry  Zamojskiej pozostanie dla mnie – z wyżej opisanych powodów – tajemnicą. Ale co z tego, skoro od tygodnia regularnie wracam pamięcią do III Symfonii, którą usłyszałem w kościele św. Katarzyny?