Infinite – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: earMusic

 

Wydany w 2013 roku krążek Now What?! stanowił dla weteranów z Deep Purple zupełnie nowe otwarcie. Był to pierwszy album nagrany przez grupę od siedmiu lat (poprzedni, Rapture of the Deep, ujrzał światło dzienne w 2005 roku), na dodatek bez duchowego wsparcia legendarnego Jona Lorda, który po walce z rakiem zmarł 16 lipca 2012 roku. Zmianie uległa także ekipa producencka, na czele której stanął Bob Ezrin (dla tych, którzy nie wiedzą kto zacz: to facet, który współpracował m.in. z Floydami, Peterem Gabrielem, Kiss czy Alicem Cooperem). Co ciekawe, efekt tego całego zamieszania przypadł do gustu niemal wszystkim; media z całego świata odtrąbiły tryumfalny powrót Purpli, którzy znów mogli cieszyć się z powszechnie szanowanego i cenionego dzieła.

To wszystko działo się na moich oczach, rozszerzonych z szoku i niedowierzania. Tak się bowiem składa, że ja sam Now What?! bardzo nie lubię. To wybitnie przegadana, przydługawa płyta zasilona przez zaledwie jeden dobry kawałek (Hell to Pay). Na dodatek była ona naprawdę źle zrealizowana pod kątem jakości dźwięku. Ciepłe, analogowe brzmienie dawnych lat zostało zastąpione przez „huczącą” i zimną cyfrę, która przyprawiała wyłącznie o ból głowy i mdłości. Do gustu przypadła mi tylko minimalistyczna okładka, zupełnie odmienna od bombastycznych artów poprzednich wydawnictw spod znaku „głębokiego fioletu”.

Sami widzicie dlaczego nie miałem żadnych oczekiwań związanych z płytą Infinite. Jest za nią odpowiedzialna dokładnie ta sama ekipa, na dodatek wydawnictwo zostało okraszone wyjątkowo paskudną, infantylną okładką i równie „udanym” tytułem. Mimo to – z niewyjaśnionych dla mnie powodów – przy najnowszym dziele Purpli bawiłem się naprawdę przyjemnie. Nie był to ten sam rodzaj intensywnej przyjemności, którą można odczuwać przy okazji odsłuchów Made in Japan czy Machine Head, ale w końcu pozbyłem się wrażenia, że zespół szarpie się sam ze sobą i swoją spuścizną.

W stosunku do Now What?! zmian na plus jest naprawdę dużo. Przede wszystkim przestała to być płyta jednego hitu. Chociaż kawałków na miarę największych przebojów grupy tutaj nie uświadczymy, to takie numery, jak Time for Bedlam są naprawdę bardzo fajne i satysfakcjonujące. Słychać tutaj wyraźnie, że Gilan i spółka bawią się muzyką, że granie razem wciąż (albo inaczej: znowu) sprawia im przyjemność. W zasadzie każdy numer charakteryzuje się pomysłem na siebie który jest – co ważniejsze – konsekwentnie realizowany. Deep Purple nie rzuca się na sto różnych stron jednocześnie w heroicznej próbie zadowolenia wszystkiego i wszystkich. Zamiast tego, zdając sobie sprawę z własnej siły i osiągnięć, zaprasza do zapoznania się ze swoją twórczością na własnych warunkach.

Najważniejsze – w tym kontekście – okazało się „porzucenie” oldschoolowych fanów Purpli, którzy w muzycznym rozwoju zatrzymali się (w najlepszym wypadku) pod koniec lat 70. Zespół, wydając Infinite, wysłał jasny sygnał, że chce iść do przodu, szukać nowych środków wyrazu, zjednać sobie kolejne pokolenia fanów. Nie znajdziecie tutaj żadnego rozpamiętywania przyszłości i kurczowego trzymania się dawnych osiągnięć, czyli rzeczy, które torpedowały wysiłki zespołu na Now What?!. Po raz pierwszy nie miałem też wrażenia, że dwaj „nowi” członkowie grupy (tj. Don Airey i Steve Morse, którzy wciąż są przez część środowiska wielbicieli DP wciąż traktowani jako ciała obce) odstają od pozostałej trójki. Na Infinite zespół działa jak dobrze naoliwiona maszyna, bez żadnych wyraźnie słabszych ogniw i sztucznych podziałów.

Lepiej, w mojej opinii, Infinite wypada także pod względem jakości nagrania. Dźwięk – w porównaniu do Now What?! – jest dużo mniej natarczywy i „jazgotliwy”. Gitary brzmią dość ciepło, a ich atak jest lekko zaokrąglony i dobrze koresponduje ze znakomitymi pasażami klawiszowymi Dona Aireya. Również wokal Iana Gillana został pomysłowo i ciekawie zrealizowany: lekko wycofany, nie narzucający się w sposób bezczelny i nachalny, a jednak wyraźnie zaznaczający swoją obecność.

Na Infinite nie udało się jednak ustrzec kilku błędów. Przede wszystkim krążek ten – chociaż odchudzony o ponad 10 minut w stosunku do swojego poprzednika – jest odrobinę za długi. Myślę, że bez żadnej szkody można było pozbyć się dwóch kawałków, uzyskując w efekcie płytę o dużo bardziej dynamicznej wymowie. Recenzowanemu dziełu brakuje także radiowego hitu; chociaż – jak już wspomniałem – poziom prawie wszystkich utworów jest wysoki, to żaden z nich nie wyróżnia się znacząco na tle innych. Nawet bardzo fajny Time for Bedlam (pierwszy i – jak dotąd – jedyny singiel promujący najświeższe wydawnictwo Deep Purple) nie może równać się z radosnym i bezpretensjonalnym Hell to Pay, które tak skutecznie ciągnęło w górę (w gruncie rzeczy mierne) Now What?!.

W obszernym artykule o Deep Purple, który pojawił się kilka tygodni temu na łamach „Classic Rocka” zespół głośno zastanawiał się nad swoją przyszłością. Jak wynika z tego tekstu, członkowie legendarnej grupy wciąż nie mają jasno sprecyzowanych planów, daleko im też do jednomyślności. Chociaż nie należą już do najmłodszych, mi – po odsłuchu ich najnowszego materiału – nie trudno sobie wyobrazić, że na ich drodze leży gdzieś jeszcze jeden, może nawet dwa albumy. Prawie na pewno nie będą do klasyki na miarę ich dokonań z lat świetności – ale nie muszą. Wystarczy, że zaoferują równie przyjemną rozrywkę co Infinite.

Pasek - wydanie

Nowa płyta sygnowana szyldem Deep Purple jest dostępna w kilku różnych wydaniach. Infinite można przede wszystkim nabyć na CD (w trzech różnych wersjach), winylu czy w formie plików. Grupa przygotowała także specjalną wersję SHM-CD przeznaczoną na rynek japoński (różni się ona jakością tłoczenia i dodatkową epką), a także specjalny box, w skład którego weszło pięć czarnych płyt, krążek CD, koszulka i kilka innych gadżetów. Co ciekawe, do niektórych edycji dołączona została płytka z filmem dokumentalnym poświęconym Purplom. Obraz jest dosyć ciekawy i powinien stanowić cenny nabytek w kolekcji każdego fana formacji. Jedyne czego żałuję, to fakt, iż całość zdobi fatalna okładka, która jest skandalicznie infantylna i wygląda jakby została zaprojektowana przez średnio uzdolnionego studenta I roku jakiejś podrzędnej ASP.

Pasek - informacje

Wykonawca: Deep Purple
Tytuł: Infinite
Wytwórnia: earMusic
Data wydania: 07.04.2017
Gatunek: Rock
Czas trwania: 45:37