Interstellar – recenzja

Autor: Kamil Brycki

 

Głęboka czerń rozświetlana setkami, jeśli nie tysiącami białych, jarzących się punkcików, z których każdy jest teoretycznie nieosiągalny dla człowieka. Przygnębiająca ciemność i niewypowiedziana cisza towarzysząca na każdym kroku, a także strach – o tak, strach, strach przed nieznanym i niebezpiecznym. Dryfowanie w wręcz namacalnej pustce ze szczytnym celem, lecz bez jakichkolwiek szans na przetrwanie. Bez jakichkolwiek możliwości ucieczki. Bez jakiejkolwiek nadziei dla siebie. A to wszystko w nawet nie dziesięciu nutach.

Interstellar, jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku, wreszcie pojawił się na ekranach kin i zaprosił na seans nie tylko fanów science-fiction oraz pokręconych teorii naukowych, ale również zwyczajnych ludzi, którzy po prostu chcieliby obejrzeć dobry, nieco ambitniejszy film od reszty. Christopher Nolan, reżyser znany m. in z Mrocznego Rycerza czy Prestiżu miał naprawdę interesującą wizję, skłaniającą do refleksji i dyskusji – i choć film mógł być jeszcze lepszy, to i tak jest wart obejrzenia. Wisienką na torcie dla wszystkich melomanów jest również fakt, że do współpracy został zaproszony nie kto inny jak sam Hans Zimmer i, jak zawsze, ze swojego zadania wywiązał się bardzo dobrze. A nawet wyśmienicie.

Interstellar z pewnością był wyzwaniem dla kompozytora – tworzenie muzyki zaczęło się dwa lata przed premierą filmu i było tak samo ważne, jak kręcenie samego obrazu. Jako, że film opowiada o samotnej podróży w nieznane, Hans Zimmer również odizolował się od świata na cały miesiąc, aby choć trochę zasmakować życia z dala od społeczeństwa. Wraz z Nolanem czytali książki o kosmosie oraz oglądali zdjęcia NASA dostępne dla dzieci, aby poczuć klimat wszechświata – całej masy pustej i śmiercionośnej przestrzeni. Reżyser również zaangażował się w proces kompozycji i wymyślał sceny oraz dialogi przesiąknięte życiem Hansa Zimmera, aby dodał on do utworów osobisty pierwiastek, wywołujący łzy, uśmiech, a przede wszystkim utrzymujący w napięciu.

Przez całą ścieżkę dźwiękową towarzyszą nam w zasadzie dwa główne tematy – pianino oraz organy. Zdecydowana większość utworów to wariacje stworzone na podstawie właśnie tych motywów, co jednak nie jest zbyt dokuczliwe. Dla niektórych słuchaczy może być to oczywiście wadą, lecz osobiście nie przeszkadzało mi to w odsłuchu – te dwa kawałki są po prostu bardzo chwytliwe i wpadają w ucho, przez co przyjemnie słucha się ich w innych aranżacjach. Pianino oczywiście towarzyszy nam głównie w sytuacjach przygnębiających i smutnych (z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę), organy za to przebijają się na pierwszy plan, kiedy na ekranie coś zaczyna się dziać. A kiedy w Interstellar zaczyna się dziać, to jest to tylko i wyłącznie akcja na najwyższym poziomie – dawkowana jednak oszczędnie i z wyczuciem.

Nie spotkałem się tutaj z utworem, który od razu zaatakowałby mnie podniosłym i motywującym nastrojem. Te kawałki, które mają takie zadanie, są odrobinę dłuższe i powoli wciągają słuchacza, aby zaraz sprawić, że aż głębiej odetchnie. Co dziwne, nie uświadczymy tutaj zbyt wielu instrumentów dętych – ich siła i potęga została zastąpiona przez kościelne organy, które w inny sposób nadają odpowiedniej epickości scenom rozgrywanym w kosmosie. Nie oznacza to, że nie pojawiają się całkowicie – mam jednak wrażenie, że w porównaniu chociażby do ścieżki dźwiękowej z „Incepcji” czy „Mrocznego Rycerza” jest ich naprawdę mało. Na szczęście w zupełności wystarczają, aby dopełnić słuchowisko i jednocześnie nie przesycić go „epickością”.

Tym, co czyni ścieżkę dźwiękową z filmu Interstellar wyjątkową, są detale. Gdzieś w tle autentycznie słyszymy kosmiczną pustkę, gdzie indziej zdarzy się nieubłagane tykanie zegara zwiastujące koniec misji. Te same motywy wykorzystywane w podobnych do siebie utworach inaczej oddziałują na słuchacza – jedne są pełniejsze (wykorzystane więcej instrumentów), inne bardziej tajemnicze i mające tylko wprowadzać go w klimat podróży międzygwiezdnej. Jeszcze kolejne łączą organy, pianino, syntezatory oraz smyczki, aby wypełnić pierś nadzieją i przekonaniem, że jesteśmy zdolni do takiego poświęcenia.

Pojawiają się również utwory niezwiązane z dwoma motywami, o których pisałem wcześniej (chociażby fenomenalne i epickie „Mountains”), w większości przypadków jednak nie mają takiej mocy jak główne kompozycje. W trakcie seansu towarzyszą nam też utwory bardziej dramatyczne, przynoszące na myśl rozmaite ambienty, gdzie poza jednostajnym buczeniem na światło dzienne wydostają się pojedyncze nuty. Miło brzmią w trakcie przemierzania kosmosu, kiedy inna muzyka byłaby niestosowna, a cisza przytłaczająca i po prostu nudna.

Niestety, Interstellar wydany na płycie oraz Interstellar obecny w filmie to dwie różne bajki. Wyżej wspomniany utwór na pianino, grany przez samego Hansa Zimmera, jest również wykorzystywany w pewnym intensywnym i zapierającym dech w piersiach momencie w wariacji, której na krążku można ze świecą szukać. Ta sama sytuacja dotyczy jednej z naprawdę potężnych i wgniatających w fotel wariacji organowych – ta również występuje tylko w filmie, choć w tym przypadku kompozytor miał podjąć pewne kroki i udostępnić utwór za darmo. Chwała mu za to; szkoda jednak, że w wydaniu płytowym nie znalazły one dla siebie miejsca.

Jeżeli kiedyś zastanawialiście się, iloma nutami będzie potrafił was ktoś wzruszyć… Hans Zimmer i jego Day One podbiło moje serce, a jeżeli mówimy o pianinie to nie jest nawet 10 nut w najprostszej wersji. Piękno w swej prostocie – to jest właśnie soundtrack Interstellar. Spełnia swoje zadanie z nawiązką, idealnie wpasowując się w film, będąc jednocześnie przyjemnym dla ucha, jeżeli tego filmu aktualnie nie oglądamy. Traci jednak sporą część swojego uroku, jeżeli z obrazem kinowym nie mieliśmy żadnej styczności – Interstellar polecam obejrzeć oraz przesłuchać. Nie jest to może najlepsze dzieło Hansa Zimmera, ale z pewnością w czołówce jego twórczości.

Pasek - informacje

Wykonawca: Hans Zimmer
Tytuł: Interstellar
Wytwórnia: WaterTower Music
Data wydania: 2014
Gatunek: Soundtrack
Czas trwania: 71:47