Jan Tomasz Adamus (Capella Cracoviensis) – wywiad

Autorzy: Bartosz Pacuła, Wojciech Pacuła
Zdjęcia: Wojciech Pacuła (nr 1, 8-11 i 16), Capella Cracoviensis (nr 2-6 i 12-15)

 

Dzień, jak co dzień, nic specjalnego. Ale właśnie wtedy usłyszeliśmy: „To oczywiście przypadek, ale w tym samym dniu, w którym panowie się z nami skontaktowali, kupiłem sobie nowy sprzęt do słuchania muzyki. Właściwie taki sam, jak poprzednio – byłem z niego zadowolony – tylko nowszy.” „Panowie” to my, czyli Bartosz Pacuła z portalu Music to the People i ja, z „High Fidelity”. A skontaktowaliśmy się z panem Janem Tomaszem Adamusem, dyrektorem zespołu muzycznego Capella Cracoviensis.

Założony w 1970 roku dzięki uporowi odznaczonego medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” dyrygenta, muzykologa, kompozytora pana Stanisława Gałońskiego, przez lata należał do najważniejszych instytucji artystycznych Krakowa. Jak każda instytucja, tak i ta się z czasem się jednak „zużyła”. W takim przypadku warto wpuścić świeżą krew. Okazało się jednak, że w takim mieście jak Kraków to rzecz trudna do realizacji.

Jak już kiedyś w HF była mowa – 1 listopada 2008 roku, w momencie objęcia kierownictwa Capelli, Jan Tomasz Adamus wydawał się być na pozycji straconej (więcej TUTAJ). Urodzony w 1968 roku, a więc 38 lat później niż pan Gałoński, miał jednak PLAN. Każdy, kto miał do czynienia z państwowymi lub samorządowymi instytucjami kultury (choć nie tylko) wie, że w większości z nich „przetrwanie” to słowo klucz. Te nieliczne, które odważą się robić coś innego błyszczą na ich tle, ale nie są ciepło przyjmowane przez środowisko, ponieważ burzą status quo. Na przykład pokazując, że etat to tylko instrument, a nie cel i sens życia. Dlatego każdy, kto sięga myślą dalej niż bieżący rok budżetowy wystawia się na atak. I ten nastąpił.

Jest początek lutego 2015 roku i siedzimy w niewielkim pokoiku na drugim piętrze budynku Filharmonii Krakowskiej, gdzie swoją siedzibę ma również Capella Cracoviensis. Oprócz niewielkiego miejsca do przygotowania herbaty czy kawy, znalazły się w nim dwa miękkie fotele i kanapa. Ale nie Biedermajer, a obita kolorowym materiałem, miękka kanapa, na której naprawdę przyjemnie usiąść. W pokoju, oprócz pana Adamusa i nas znalazły się jeszcze dwie osoby: zajmująca się reklamą i marketingiem pani Agnieszka Kopieniak oraz pan Paweł Szczepanik, odpowiedzialny za sprawy PR-owe. Obydwoje sporo od swojego szefa młodsi. Rozmowa była luźna, rozmawialiśmy o wielu sprawach i nie zauważyliśmy, że czas się zbierać.

Nie to było jednak najważniejsze – nie miałoby to żadnego znaczenia (poza towarzyskim), gdyby nie to, że rozmawialiśmy z ludźmi, którzy zmienili Capellę Cracoviensis w jedną z lepszych polskich orkiestr wykonujących muzykę dawną na instrumentach z epoki. Zespół, który współpracuje z najciekawszymi wykonawcami ze świata z taką muzyką związanymi, a także wydaje płyty w najbardziej renomowanych wytwórniach płytowych. Po Bach. Rewrite z logo wytwórni Decca, przyszło Te Deum wydane przez Alphę, na której śpiewał chór CC i wreszcie, właśnie się ukazujące, Motety J.S. Bacha, pod dyrekcją Fabio Bonizzoniego, nagrane w Lusławicach również dla wytwórni Alpha. Rozmawiamy więc z ludźmi sukcesu.

Pasek - kreska

Co pana skłoniło do takiego desperackiego kroku – podjąć się kierowania i zmieniać zespół w mieście, które zmian nie lubi?

Zmiana jest naturalną koleją rzeczy i dlatego konserwatyzm można określić jako rodzaj lekkiego upośledzenia umysłowego. Zespół artystyczny musi albo starać się być tak dobry, jak to tylko możliwe, albo powinien przestać istnieć. Capella Cracoviensis ma tak ogromny potencjał – zarówno artyści, jak i team managerów – że nie zamierzamy zastanawiać się, czy kogoś oburza np. wykonywanie klasycznych symfonii w zajezdni tramwajowej. Rzeczywiście wiele osób uważa, że opera powinna być wykonywana tylko w operze, symfonia tylko w filharmonii, muzyka sakralna tylko w kościele, a seks dozwolony jest wyłącznie w łóżku przy zgaszonym świetle. Ale to nie powód, żeby wszystkich Krakowian skazywać na nudę i życie w gorszej, mniej kreatywnej, wręcz średniowiecznej części Europy.

Kim powinien być, jakie cechy powinien mieć dyrektor zespołu muzyki dawnej?

Nie ma reguły. Uzyskiwanie dobrych rezultatów w zarządzaniu zespołem zależy od bardzo wielu cech, umiejętności, wiedzy, talentów. Czasami najlepszy jest ktoś, kto ma wiele różnych zalet i ich suma daje efekt. Bywa też tak, że ktoś ma jedną, główną umiejętność, która totalnie dominuje i daje danej osobie tyle siły, że czasami nawet obiektywne braki w innych dziedzinach nie przeszkadzają w skutecznym działaniu. Capella Cracoviensis powstała jako projekt autorski. Tę tradycję kontynuujemy. Uważam, że jest to istotna wartość na kulturalnej mapie Krakowa. Mamy zarówno tradycyjne, dość demokratycznie – a może też trochę konserwatywnie – zarządzane instytucje (Opera Krakowska, Filharmonia Krakowska), jak i aż dwa zespoły o charakterze autorskim: chór i orkiestra Capella Cracoviensis oraz Sinfonietta Cracovia. To wielki atut Krakowa.

Jak to się stało, że CC zaczęła współpracować z wielkimi nazwiskami i zespołami?

Dzięki wprowadzeniu kilku prostych mechanizmów udało nam się uzyskać ponadprzeciętną jakość artystyczną, która została dostrzeżona przez międzynarodowe środowisko muzyczne. CC jest bardzo międzynarodowa – w zespole regularnie grają i śpiewają artyści z całej Europy. Oni z reguły stają się automatycznie naszymi ambasadorami. W efekcie ludzie, których jeszcze kilkanaście lat temu podziwialiśmy z płyt, teraz sami napraszają się, żeby z nami występować. Istnieje taki sprytny termin „zarządzanie rzeczywistością”. Dzisiejsze czasy to wielkie możliwości. Staramy się je wykorzystywać.

Naprawdę samo tak działa? Miałem wrażenie, że pierwszy kontakt to zawsze sprawa jakiś osobistych znajomości, „dojść”.

Naprawdę, najczęściej tak właśnie jest – to po prostu nowy kontakt, dzwoni się, proponuje i już. Tak było z Moccią [Alessandro Moccia  – skrzypce solo, koncertmistrz – przyp. aut.]. Po prostu napisałem maila, przedstawiłem się i gość przyjechał. Popatrzył, posłuchał, rozejrzał się i mu się spodobało. Teraz gra z nami regularnie – jest dobra energia. Rozumiem, że na potrzeby pisma lepiej stworzyć jakieś mity, ale nie demonizowałbym roli osobistych kontaktów i znajomości. Nawet w świecie aktorskim tak nie jest – zadzwoniliśmy do Andrzeja Chyry i sprawa załatwiona, występujemy wspólnie 3 marca w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach. To będzie Siedem słów Chrystusa Haydna, ze wspomnianym Aleksandrem Moccią jako koncertmistrzem i Andrzejem Chyrą jako lektorem. Już teraz wszystkich zapraszam! I powtórzę – wystarczy zadzwonić i pokazać, co się robi, aby ciekawi ludzie zaczęli się interesować. Ale żeby to się udało, żeby ciekawi ludzie przyjeżdżali, trzeba im zaproponować coś poważnego. Topowi muzycy, śpiewacy, dyrygenci wpisują terminy do kalendarza przy użyciu ciągłych linii, a nie punktów. Potrzebują wiedzieć na długo wcześniej, jakie i gdzie mają koncerty. Najlepiej, żeby kilka pod rząd. „Punktowe” terminy przegrywają z dużymi, kilkutygodniowymi produkcjami.

Jak by pan określił pozycję zespołu teraz, po kilku latach pod pana dyrekcją?

Staliśmy się częścią międzynarodowej sceny muzyki dawnej. Moja żona była ostatnio na operze Mozarta w Theatre du Chatelet w Paryżu i podczas spektaklu wysłała mi SMS-a o treści: „w orkiestrze pół Capelli Cracoviensis”. Tak się złożyło, że grało tam kilkunastu naszych regularnych współpracowników. Kilka lat temu, gdy CC zaczęła się dynamicznie zmieniać, pojawiały się opinie, że to dobra droga, ponieważ z 5 podobnych orkiestr w mieście jedna staje się wyjątkowa ze względu na użycie historycznych instrumentów. Teraz okazuje się, że spośród wielu tego rodzaju orkiestr w Europie, tylko nieliczne grywają regularnie na historycznych instrumentach repertuar XIX-wieczny. My do nich należymy. A więc z jednej z pięciu orkiestr w Krakowie staliśmy się jedną z pięciu na świecie. Muzyka klasyczna na wysokim poziomie artystycznym to zjawisko międzynarodowe. Albo w nim uczestniczysz, albo nie istniejesz.

Jakie pan widzi przed wami wyzwania, jakie ma pan marzenia?

Główne marzenie dotyczące rozwoju CC i kultury w Krakowie to sala koncertowa o wybitnych walorach akustycznych, architektonicznych i lifestylowych. Sale koncertowe, teatry, galerie sztuki to współczesne świątynie. Świątynie nowoczesnego, światłego społeczeństwa. Sztuka to współczesne, lepsze sacrum, bo wolne od ideologii, wykluczenia etc. Bardzo zależy mi na tym, żeby Kraków był miastem kultury w sposób nie efekciarsko-festynowy, ale w sposób organiczny, autonomiczny, oryginalny, odkrywczy. Żeby był miastem witalnym, ekspresyjnym, odważnym, młodym. W Krakowie powstaje za dużo mało znaczących muzeów lub oddziałów muzealnych i innych budynków o nie do końca określonej funkcji. Zbyt wiele uwagi poświęca się tej przeszłości, która niewiele znaczy dla młodych ludzi. A to oni tworzą przyszłość. Trudno jest iść równocześnie do przodu i do tyłu, trudno żyć w równocześnie w XXI wieku i w średniowieczu. Grozi to schizofrenią. W mojej ocenie nowa, spektakularna sala koncertowa w Krakowie powinna być traktowana jako znak rzeczywistej przynależności do oświeconej Europy otwartych umysłów.

Ma pan czas i siłę słuchać muzyki w domu? Jeśli tak, to czego słucha pan najchętniej?

Ostatnio dużo klasycznego mainstreamu operowego i symfonicznego, ale także kameralistyki romantycznej i muzyki XX wieku. Najwięcej przyjemności sprawia mi przełom XIX i XX wieku. To banalna i mało konkretna odpowiedź, ale słucham bardzo różnych rzeczy, ponieważ to mój zawód.

Jak widzi pan rolę warstwy jakości dźwięku w przekazie muzyki? Ma pan doświadczenie ze sprzętem audio wysokiej jakości?

To kwestia kultury, a nawet ekologii, czy higieny akustycznej. Przygnębiające są te wszystkie chamskie imprezy plenerowe, brutalnie nagłośnione za 300 złotych, albo wrzeszczące głośniki zamontowane na zewnątrz kościołów. To barbarzyństwo. Należy się cieszyć, że coraz więcej ludzi znajduje przyjemność w słuchaniu muzyki odtworzonej w sposób estetyczny. Prywatnie nie robię ze słuchania jakiegoś szczególnego misterium, ale jednak używam zestawu dyskretnie audiofilskiego: elektroniki Cambridge Audio oraz kolumn Triangle.

To przypadek, ale w dniu, w którym się panowie do mnie zwrócili z prośbą o wywiad, kupiłem sobie nowe urządzenia. Od wielu lat miałem system Cambridge Audio, ale był już tak zajechany, że po prostu zaczął się sypać. Kupiłem mniej więcej to samo, tyle że nowszy. Nic takiego – odtwarzacz CD i wzmacniacz.

No, to chyba nie jest takie nic – większość muzyków w ogóle nie wie, że jest coś takiego, jak „sprzęt”…

To jest po prostu kwestia ogólnej wrażliwości na różne rzeczy. W różnych dziedzinach można być lepiej lub gorzej zorientowanym. W większości krajów, jak się idzie z psem pod tytułem „labrador”, to ludzie się uśmiechają, chcą go pogłaskać, bo wiedzą, że to super-łagodny pies, który uwielbia dzieci. A jak u nas idzie się z takim psem, to zaraz słychać, żeby „zabrać tę bestię!”, „gdzie jest kaganiec?!” itp. Tak samo jest ze szlachetnymi gatunkami drzew – są ludzie, którzy to wytną i spalą, a inni docenią.

Ze sprzętem jest dokładnie tak samo. Pamiętam, że ileś lat temu miałem kolumny JBL i wzmacniacz oraz odtwarzacz CD Technicsa. To grało i było fajnie. Ale kupiłem nowy sprzęt, trochę przez przypadek – po prostu w mieście był salon, na który ciągle wchodziłem. I któregoś dnia wlazłem do niego i sobie kupiłem nowy sprzęt.

Prawdą jest, że aby to docenić trzeba się osłuchać. Bez osłuchania niewiele da się powiedzieć. Prymitywnie mówiąc, JBL-e miały większy „power”, po prostu głośno grały. Ale potem słucham na nowym sprzęcie różnych płyt, których wcześniej słuchałem na starym i słyszę tyle rzeczy, których wcześniej tam nie było! Na przykład słucham kantaty na głosy wokalne, gdzie każdy wokal dublowany był przez puzon. Na starym sprzęcie tego nie słyszałem, nawet nie wiedziałem, że te puzony tam są, to była zupełnie inna barwa.

To realna historia – ludzie myślą, że kupienie czegoś lepszego, to dziwactwo, że nie ma żadnej różnicy. A różnica oczywiście jest! Trzeba oczywiście do tego pewnego spokoju, czegoś poukładanego w głowie. To jak z piciem wina – można ja pić z musztardówki i z pięknego kieliszka. Niby to samo, a zupełnie cos innego.

U nas, w Polsce ciągle jest z tym problem. Widać to w prawie przetargowym – wygrywa najtańsza oferta. A to prowadzi do tego, że wszystko jest gówniane. A jak się idzie do restauracji, to musi być wszystkiego dużo, żeby się nażreć za pięć złotych. Żeby było DUŻO. A przenosząc to na naszą branżę chodzi o to, aby było GŁOŚNO – dotyczy to zarówno sprzętu, jak i np. sal koncertowych.

Mesjaszem zainaugurował pan współpracę CC oraz ICE, byliśmy na koncercie i byliśmy pod wielkim wrażeniem. Proszę opowiedzieć o tym, jak się tam gra, jaka to akustyka, co pana zaskoczyło?

Główna sala ICE – mimo dziwnej nazwy – jest salą koncertową o niezłej akustyce, którą cechuje stosunkowo krótki czas pogłosu. Ma symfoniczną technikę sceny z opcją kanału orkiestrowego, a więc umożliwia także realizację spektakli operowych o prostej inscenizacji. Ze względu na to, że budynek, mimo swojego funkcjonalnego przeznaczenia, jest udostępniany głównie organizatorom kongresów, prawdopodobnie niezbyt często artyści i melomani będą mieli możliwość „osłuchiwania się” z tym wnętrzem.

Wracając do tego, co mówiłem o sprzęcie – wcale nie jestem pewien, że trzeba, aby na koncercie było GŁOŚNO, aby akustyka wspomagała ten element. A w ICE wcale nie jest głośno. Można się zastanawiać, jaka jest barwa, ale głośno nie jest. Pogłos jest niewielki, niemal go nie ma – to bardzo dobrze. W Lusławicach pogłos jest długi i wszystko słychać głośno. Ale wiem, że są ludzie, którzy preferują taką akustykę. Należy też pamiętać, że to tylko jeden z elementów akustyki, nie jedyny.

A co pan myśli o akustyce Filharmonii, gdzie właśnie siedzimy? Powszechna opinia jest taka, że jest fatalna…

No nie, nie mogę się z tym zgodzić. Uważam, że akustyka tej sali jest bardzo dobra. Może pod balkonem jest gorzej. Wszyscy też narzekają na przejeżdżający tramwaj – mnie to kompletnie nie przeszkadza. Poza tym przez kilkadziesiąt lat nikt nie wpadł na to, że od strony ulicy trzeba wstawić podwójne drzwi. Natomiast upokarzające jest to, że ludzie stoją w kolejce do toalety, że kolejka wije się przez cały hol. To trzeci świat. Galicyjskie dziadostwo w czystej postaci.

Myśli pan, że wyjściem byłaby budowa nowego budynku Centrum Muzyki, która została właśnie pogrzebana przez radnych?

To nie jest wcale prosta sprawa, powiedziałbym nawet, że skomplikowana. Oczywiste jest, że wszyscy chcielibyśmy mieć drugą salę do koncertowania, miejsce dla siebie, ale trzeba na to popatrzeć trzeźwo. Weźmy taki przykład: Filharmonia Krakowska nie ma pieniędzy na to, aby grać co tydzień dwa główne koncerty abonamentowe i często gra tylko jeden. Dawniej był taki zwyczaj, że piątek to był „wieczór filharmonii”. W Krakowie grano ten koncert, a w sobotę była powtórka. Od dłuższego czasu jest tylko jeden koncert. A przecież powtórzenie koncertu to relatywnie mały koszt. Pytam więc: skąd wezmą pieniądze na granie w nowej sali?

To tak, jak ze sprzętem – mając dobrej klasy system audio trzeba też zatroszczyć się o prąd, który go zasila, prawda? – Jest przecież coś takiego, jak wyspecjalizowane filtry, kable etc. To wszystko kosztuje. Mocne wzmacniacze ciągną prąd, za który trzeba zapłacić. Tak samo jest z budynkami – to wszystko trzeba utrzymać, płacić za to.

Wierzę, że nowa sala koncertowa mogłaby wyzwolić dobrą energię – teraz ludzie chodzą chętnie do ICE-a i to samo mogłoby się powtórzyć. Ale w nowej sali musi być ciągła działalność koncertowa. Jeśli ktoś sprzedaje wino widzom koncertów, to żeby mu się to opłacało musi to robić kilka razy w tygodniu, a nie raz.

A to wiąże się z tym, co teraz robi Agnieszka [mowa o siedzącej z nami Agnieszce Kopieniak, o której już mówiliśmy – przyp. aut.], tj. „chodzi” wokół naszego letniego przedsięwzięcia o nazwie Theatrum Musicum. Jego ideą jest budowa składnego życia koncertowego, nadania mu rytmu. To ma być przygotowanie do wspólnego użytkowania w przyszłości nowego budynku. Dzięki niemu firma winiarska może zobaczyć, że są codziennie koncerty, więc warto w to zainwestować. A może jeśli jest tyle ludzi, to warto sprzedawać tam głośniki, albo pisma branżowe. A teraz to jest tak, że raz gramy w jednym kurniku, zaraz w innym.

Ale czy nie przesadza pan trochę z tymi problemami – przecież udało się wam, odnieśliście sukces!

No tak, ale można by zrobić znacznie więcej, gdyby nie problemy lokalowe. To tak, jak z ICE-m – obsługujące je biuro nie potrafi nam z wyprzedzeniem podać wolnych terminów. A jeśli nawet są, to z zastrzeżeniem, że jeśli pojawi się firma z pieniędzmi, chcąca zorganizować konferencję, to ona będzie miała pierwszeństwo – na dłuższą metę tak się nie da pracować. Kultura wymaga spokoju i porządku. Jak się popatrzy na ICE i nie wiemy, że to się nazywa Centrum Konferencyjne i jeśli ktoś by pana wpuścił tam po raz pierwszy i zobaczyłby pan, że są tam sale koncertowe, jest technika sceniczna, operowa, to powiedziałby pan, że tam jest centrum sztuki. A tymczasem zdecydowano, że to jest centrum kongresowe, a nie centrum sztuki. My byśmy oczekiwali prostego komunikatu – latem możecie grać ile chcecie, bo wtedy nikt nie robi kongresów. Potrzebujemy jakiegoś planu.

A czy przypadkiem nie zarządza wami ta sama komórka, to samo Biuro?

No niby tak – zarządza, a jakby nie zarządzało. Trochę to działa tak, jakby pan miał dwoje dzieci, dawał im kieszonkowe, a potem za wyjście do łazienki kazał im płacić. I mówił, że ma dochody – kasę od dzieci. Szukaliśmy teraz sal na występy na ileś miesięcy do przodu i musieliśmy wydelegować jedną osobę, która przez kilka miesięcy musiała się boksować i dowiadywać, czy dana sala będzie wolna, czy nie – nikt tego nie wie. Niestety pokutuje takie przekonanie, że jak „kultura”, to tylko w sali filharmonii lub w operze.

Agnieszka Kopieniak: To prawda, pisałam wniosek o dofinansowanie projektu teatralno-muzycznego i jako miejsce wykonania zaproponowałam salę gimnastyczną. Otrzymałam odpowiedź, że takie miejsce jest za mało prestiżowe i powinnam to zmienić. A ta „sala gimnastyczna” to był budynek Sokoła na ulicy Piłsudskiego [Polskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, ul. J. Piłsudskiego 27, Kraków – przyp. aut.] – przecież to świetna architektura z niewykorzystanym potencjałem.

Jan Tomasz Adamus: A to przecież piękny, naprawdę piękny budynek i wnętrza! To można by przerobić na fantastyczne miejsce do grania rzeczy średniej wielkości. Nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego takich rzeczy nie można zrobić. Potrzebujemy sali, która nie byłaby niska, żeby dźwięk gdzieś krążył, takiego „pasa startowego”. Wbrew pozorom zabytkowa zajezdnia tramwajowa należąca do Muzeum Inżynierii Miejskiej na ul. Wawrzyńca jest świetnym akustycznie miejscem na koncerty. Ale widocznie jesteśmy wszyscy prymitywni i zdziecinniali, bo miejsce na tramwaje i samochodziki, a na Mozarta, Mahlera i Szymanowskiego nie. Wszyscy wiedzą, co to samolot, więc unijne pieniądze idą na Muzeum Lotnictwa. Nikt nie wie, co to Brahms, więc na salę koncertową pieniędzy nie ma. Taka gorsza Europa. Zabobony i brak ambicji.

Nagrywał pan płytę Bach. Rewrite w Lusławicach – czym tamta sala różni się od ICE?

Ma znacznie dłuższy czas pogłosu. Może nawet lekko zacierający detale. Osobiście wolę sale nieco bardziej „suche”. Ale generalnie właśnie ten rodzaj akustyki preferuje szeroka publiczność. Uważam, że sala w Lusławicach to gigantyczny skok cywilizacyjny. Jeszcze raz powtarzam, że wbrew pozorom świątyniami współczesności są nie kościoły, ale właśnie sale koncertowe i teatry. W nie powinniśmy inwestować. To pilna potrzeba. Sztuka edukuje emocjonalnie, uczy tolerancji, zapobiega nacjonalizmom.

Jakie ma pan plany na przyszłość – osobiste i zawodowe?

Pracujemy nad dużą międzynarodową, sceniczną produkcją opery Adriano in Siria Pergolesiego; przygotowujemy koncertowe wersje oper Sosarme Haendla, Iphigénie en Aulide Glucka, Cosi fan tutte Mozarta. W toku są nagrania Lassusa, Mozarta, Chopina, Schuberta, Karłowicza, Arvo Pärta – w tym roku kalendarzowym zanosi się na 5 płyt. Chyba sporo.

Inna rzecz to letni projekt Theatrum Musicum – wspólnie z instytucjami muzycznymi Krakowa stworzyliśmy jedną z największych scen muzyki klasycznej w Europie. Nie wszyscy wierzą, że to możliwe, ponieważ nasza mentalność nie zna słowa „współpraca”, ale projekt się rozwija i za kilka lat wszyscy będziemy z niego dumni.

Osobiste plany to rozpocząć coś nowego. Nie powiem, co mam na myśli, bo to przecież plan osobisty, ale generalnie chodzi o to, żeby nie zardzewieć.

Jest pan zadowolony z życia? Jest pan spełniony zawodowo?

Tak, jestem szczęśliwym człowiekiem. Jeszcze tylko życzyłbym sobie, żeby dało się coś zaplanować i żebyśmy mogli grać kilka dni pod rząd, to idealna sytuacja. Co do Capelli, to jest tak – to zespół artystyczny, a nie instytucja. To znakomita rzecz. Nikt nie przychodzi jak do kopalni, na etat, ale żeby coś zrobić, zagrać. Ludzie przychodzą na próby i po prostu przygotowują się do spektaklu. Nie muszą siedzieć bez sensu.

Proszę podrzucić 10 albumów, które czytelnicy Music to the People i „High Fidelity” powinni posłuchać już teraz, od razu…

To najtrudniejsze, ale spróbuję. Oto mieszanka rzeczy nowych i starych. Zaznaczam, że polecam je raczej ze względu na jakość muzyki i wykonanie, niż realizację dźwięku:

Mahler, 9 Symfonia, Los Angeles Philharmonic/Gustavo Dudamel, Deutsche Grammophon.
Massenet, Werther, Rolando Villazón ROH/Antonio Pappano, Deutsche Grammophon.
Szymanowski, Pieśń o nocy, Wiener Philharmoniker/Pierre Boulez, Deutsche Grammophon.
Strauss, Pieśni z orkiestrą, Karita Mattila/Claudio Abbado.
Schoenberg, Koncert skrzypcowy, Hilary Hahn/Szwedzka Orkiestra Radiowa/Salonen, Deutsche Grammophon.
Schumann, Das Paradies und die Peri etc., Gardiner, Deutsche Grammophon/Archiv.
Schubert, Podróż zimowa, Ian Bostridge/Leif Ove Andsnes, EMI.
Schubert, Pieśni, Bryn Terfel/Malcolm Martineau, Deutsche Grammophon.
Gesualdo, Tenebrae, The Hilliard Ensemble, ECM.
Brahms, Sonaty na altówkę i fortepian, Kim Kashkashian/Robert Levin, ECM

Oraz siłą rzeczy nasze ostatnie płyty:

Te Deum, Lully & Charpentier, Capella Cracoviensis & LPH, Alpha.
J.S. Bach, Motety, Capella Cracoviensis, Alpha.
Bach Rewrite, Masecki/Orzechowski/Capella Cracoviensis, DECCA.

Wiemy, że widział pan strony Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego – dałby się pan, razem z panią Agnieszką i panem Pawłem zaprosić na takie spotkanie?

Jasne, z przyjemnością. Wymyślimy coś fajnego – w tym roku nagrywamy pięć płyt, może coś z tym związanego.

Świetnie, trzymamy za słowo i bardzo panu dziękujemy za poświęcony nam czas.

Ukłony dla wszystkich czytelników!

Pasek - kreska

Z PRZYJEMNOŚCIĄ INFORMUJEMY CZYTELNIKÓW IŻ MAGAZYNY „HIGH FIDELITY” ORAZ MUSIC TO THE PEOPLE ZOSTAŁY PATRONAMI MEDIALNYMI ZESPOŁU CAPELLA CRACOVIENSIS. TO DLA NAS HONOR I ZOBOWIĄZANIE.

Pasek - kreska

Tekst po raz pierwszy ukazał się na łamach miesięcznika „High Fidelity” w lutym 2015 roku.

Oryginalny tekst: CZYTAJ

High Fidelity - logo (2015)