Jean-Michel Jarre – Spodek (06.11.2016)

Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Live Nation Polska (nr 1), Columbia Records (nr 2-8), Bartosz Pacuła (nr 9-10)

 

Dużo na Music to the People Jarre’a. Pisaliśmy o nim w kontekście jego twórczości najnowszej (TUTAJ), nowych płyt (TUTAJ) i edycji kolekcjonerskich tychże (TUTAJ i TUTAJ). I nie ma się co dziwić: to obecnie jeden z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych muzyków w ogóle, niezależnie od gatunku, wieku i dorobku. Ten ostatni w przypadku Francuza jest zresztą naprawdę duży; może wpisać do swojego CV wydanie jednej z najważniejszych płyt z muzyką elektroniczną (jakby ktoś przespał ostatnie pół wieku – mowa oczywiście o Oxygène) czy wystąpienie przed ponad 3,5 milionową publicznością w Moskwie. A to tylko dwa spośród kilkunastu jego genialnych osiągnięć. A jednak i jemu zdarzyło się jakiś czas temu złapanie lekkiej zadyszki. Sygnowane przez niego krążki nie miały już tej jakości, która definiowała dzieła pokroju Équinoxe czy Zoolook.

Te smutne lata należą na szczęście do przeszłości. Od jakiegoś czasu Jarre raz po raz pozytywnie zaskakuje. Jakby nagle – z niewiadomego mi powodu – dotarł do nowych źródeł inspiracji i energii twórczej, z których solidnie się napoił. W przeciągu roku wydał dwa bardzo dobre krążki w ramach projektu Electronica (recenzja pierwszego z nich znajduje się TUTAJ), zapowiedział trzecią część Oxygène, wyruszył też w świat, prezentując na żywo mieszankę klasyków i nowych kawałków. W ramach trasy koncertowej Electronica World Tour dotarł i dwa razy do Polski, miejsca, gdzie Jarre’a się szanuje i chętnie słucha. Ja sam miałem okazję zobaczyć mistrza w katowickim Spodku i powiem Wam jedno: działo się.

Jak już zdążyłem wspomnieć, Jean-Michel w ramach swoich tegorocznych występów serwuje publice lekkostrawny miks muzyczny. W jego składzie znalazły się i znane wszystkim przeboje (np. Oxygène 2Souvenir de Chine czy Quatrième Rendez-Vous), i kompozycje świeższej daty, pochodzące z albumów Electronica 1: The Time Machine oraz Electronica 2: The Heart of Noise. Przed koncertem szczególnie ciekawiło mnie, jak Jarre rozwiąże (pozornie problematyczną) kwestię „kooperacyjnych” źródeł swoich najnowszych utworów. W końcu – dla przykładu – w takim Brick England wystąpili panowie z Pet Shop Boys, zaś Exit swoją osobą uświetnił ścigany przez Stany Zjednoczone Edward Snowden. Artysta zgrabnie poradził sobie z tym zagadnieniem, puszczając przygotowane zawczasu ścieżki dźwiękowe. Zrobił to jednak na tyle umiejętnie, że nikt nie miał prawa odczuć ani grama sztuczności. Powiem więcej: część utworów z dwóch ostatnich dzieł Francuza doceniłem w pełni dopiero w trakcie koncertu. Wcześniej, chociaż przypadły mi do gustu, nie wydawały mi się niczym nadzwyczajnym; obecnie chętnie i często do nich wracam, wiedząc już doskonale gdzie tkwi ich prawdziwa siła.

Bardzo dobrze wypadły także oczekiwane przez wszystkich klasyki, chociaż – przyznam się szczerze – nie potrafiłem powstrzymać uczucia lekkiego zawodu. Po prostu miałem co do nich tak rozbuchane nadzieje i nierealne wyobrażenia, że nic nie byłoby w stanie im zadośćuczynić. Muszę jednak przyznać, że usłyszenie na żywo Oxygène 2 czy Oxygène 4 wciąż było wielkim przywilejem i ogromną przyjemnością. Co ciekawe, najlepiej, przynajmniej w moim przekonaniu, zagrany został miks nowego Glory i starego Equinoxe 4. Oba numery zyskały dzięki temu nowe, fascynujące oblicze, którego nigdy nie zapomnę.

Koncerty Jean-Michela to – jak wszyscy wiedzą – nie tylko muzyka, ale i wspaniale zaplanowane i zrealizowane widowisko wizualne. Tak też było i w Spodku. Wyświetlane animacje na ruchomej ściance znajdującej się przed muzykami były fenomenalne, zaś gra laserów na sklepieniu katowickiej hali wywoływała ciarki na plecach. Co istotne, Jarre wcale nie użył natychmiast wszystkich świateł, zamiast tego inteligentnie z nich korzystając w trakcie całego koncertu. Na każdym rogu czyhała więc na nas niespodzianka, po której przychodziła kolejna i kolejna, i kolejna… Najlepszą rzecz (jak na doświadczonego mistrza ceremonii przystało) francuski mistrz muzyki elektronicznej zostawił na sam koniec: mowa tu o odegraniu kawałka The Time Machine na laserowej harfie. Ta nie działała zawsze jak należy, stanowiła jednak wspaniałą atrakcję audio-wizualną, jakiej próżno szukać na koncertach innych artystów.

Pochwalić muszę również nagłośnienie. Co prawda miałem znakomite miejsca (na płycie, zaraz przed akustykami), nie sądzę jednak, by muzyka Jarre’a zabrzmiała dobrze TYLKO tam. Dźwięk był bardzo głęboki i plastyczny, a jego uderzenie – chociaż zwalało z nóg – nie było nieprzyjemne czy jazgotliwe. Warto również dodać, że przy całym ogromie brzmienia wszystko było dobrze poukładane, dzięki czemu nie miałem poczucia dźwiękowego chaosu.

Warto było udać się koncert Jean-Michela Jarre’a. Chociaż do najlepszych występów live, które widziałem trochę mu zabrakło, to zapewnił mi solidną dawkę fantastycznej rozrywki. I solidnie zaostrzył apetyt, zarówno na następny występ, jak i na nowe Oxygène. Czy trzeba chcieć czegoś więcej?