Jordan Babula – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Diana Domin (nr 1-2), Jordan Babula (nr 3), In Rock (nr 4)

 

Ostatnimi czasy – tylko nakładem wydawnictwa In Rock – ukazały się aż trzy biografie zespołów, pod którymi podpisali się Polacy. Najpierw była książka o karierze Pink Floyd i Rogera Watersa autorstwa Wiesława Weissa, potem nadszedł czas na „Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia)” Macieja Krzywińskiego, zaś teraz na półki sklepowe trafiła monografia Jordana Babuli (znanego przede wszystkim z tekstów dla „Teraz Rocka”) poświęcona Sabatonowi. Osobiście trochę zdziwiłem się, że ktoś postanowił napisać całą książkę o zespole, który działa niecałe 20 lat (cóż to za krótki okres czasu w porównaniu z prehistorycznymi Stonesami czy Paulem McCartneyem!), dlatego tym chętniej skorzystałem z możliwości przeprowadzenia wywiadu z autorem tego dzieła. Odpowiedzi Jordana na moje pytania możecie przeczytać poniżej.

Pasek - kreska

Dlaczego wybrałeś na temat swojej książki akurat Sabaton? Ich kariera jest relatywnie krótka i definitywnie daleko jej do końca. Nie wydaje mi się też, chociaż mogę się mylić, żeby ich życiorysy opływały w niejasne wydarzenia, czekające na dziennikarza/historyka, by je ostatecznie wyjaśnił.

Moim zdaniem każdy z nas ma indywidualną, niepowtarzalną historię i każdemu, choćby najbardziej „szaremu” człowiekowi można napisać fascynującą biografię. A co dopiero szalonym metalowcom, którzy zaczynali „w piwnicy u kolegi”, a w tej chwili grają koncerty prawie na całym świecie. Czas trwania kariery to zresztą sprawa względna – powstają przecież biografie artystów, którzy działają krócej i mają mniejszy dorobek. Najbardziej liczy się chyba zapotrzebowanie odbiorców – a zdaje mi się, że w Polsce może być ono spore, a przynajmniej taką mam nadzieję. Chociaż jeśli chodzi o wybór tematu, to tu muszę szczerze powiedzieć, że była to po prostu propozycja wydawcy. Który zresztą próbował wcześniej namówić do napisania takiej książki kilku innych dziennikarzy, ale im temat najwyraźniej nie podszedł. Mnie z kolei podszedł rewelacyjnie.

Jak wyglądały prowadzone przez Ciebie badania? Z jakich źródeł korzystałeś przede wszystkim podczas swojej pracy?

Jak nietrudno zgadnąć, przebogatym źródłem jest internet – wywiady z portali europejskich i nie tylko. Ja miałem jednak asa w rękawie pod postacią licznych wywiadów, które osobiście przeprowadzałem z zespołem dla „Teraz Rocka” i innych mediów. W tych rozmowach zdarzało mi się sięgać dość daleko w przeszłość, bo to zawsze wydawało mi się szczególnie ciekawe – lubię taką prehistorię, amatorskie początki. Poza tym zdarzało mi się nie raz spotykać z tymi panami twarzą w twarz, w różnych sytuacjach, więc czułem, że znam ich lepiej, niż tylko z wywiadów przeczytanych w sieci.

Ile czasu – jeżeli można wiedzieć – Lwy północy wyjęły Ci z życia? Czy było to trudne, czy łatwe przedsięwzięcie? Wziąłbyś się za nie ponownie, gdybyś mógł cofnąć czas?

Nie wiem jak to jest pisać beletrystykę, ale pisać biografię jest trudno. A na pewno pisać swoją pierwszą biografię. A już zwłaszcza, jak się do tego pracuje zawodowo i zajmuje na pół etatu dwójką dzieci. W takim układzie zajęło mi to mniej więcej rok. To drobiazgowa, czasem zwyczajnie żmudna robota. A czasem potwornie frustrująca, kiedy jakieś wydarzenia mają szereg różnych, bywa, że sprzecznych ze sobą wersji. Nie raz musiałem zaznaczać w tekście, że pewnych spraw nie da się jednoznacznie ustalić. Niemniej doświadczenie jakie zebrałem jest bezcenne. Gdybym mógł się cofnąć w czasie, to dałbym sam sobie sporo rad, jak różne rzeczy zrobić lepiej czy prościej. I na pewno podjąłbym się tego wyzwania ponownie. W końcu wydanie książki to gigantyczna satysfakcja.

Czy Twoja praca związana z Lwami… ograniczyła się „tylko” do tekstu, czy też miałeś wpływ na formę wydania lub okładkę? Jesteś zadowolony z końcowego wyniku i współpracy z wydawcą, firmą In Rock?

Bez żadnej ściemy muszę powiedzieć, że współpraca z In Rock była świetna, sprawna i bezkonfliktowa. Wiem, że w tej chwili na rynku wydawniczym bywa bardzo różnie, ale w tym przypadku wszystko poszło idealnie. Wpływ na całokształt miałem – sam wybierałem chociażby zdjęcia, które trafiły do wkładek – ale nie starałem się jakoś specjalnie tego wykorzystywać. In Rock zna się na wydawaniu, ja na pisaniu i tak jest najlepiej. Dobrze, że nie musiałem projektować okładki, bo to nie mój świat. Chociaż pojawił się w pewnym momencie spór na jej temat, w którym ostatecznie ustąpiłem. I, jak się okazuje, postąpiłem słusznie. Ogromnie się cieszę z tej okładki – uważam, że wygląda wspaniale.

Od jakiegoś czasu można zauważyć, że polscy dziennikarze pozazdrościli swoim kolegom z zachodu i wzięli się na potęgę za pisanie biografii. Były książki rodzimych autorów o Pink Floyd, Faith No More czy Vaderze, teraz nadszedł czas na propozycję od Ciebie. Postrzegasz siebie i swoje działania jako część większego „ruchu”? Jak sądzisz, czemu dopiero teraz Polacy związani z prasą muzyczną postanowili rozszerzyć swoją działalność o pisanie książek?

Wydaje mi się, że w Polsce nie pisze się relatywnie ani mniej, ani więcej książek, niż gdzie indziej – chociaż statystyk żadnych nie znam. Prawdopodobnie jednak odkąd globalizacja stała się faktem, dużo łatwiej jest polskim autorom pisać o wykonawcach zachodnich. Dawniej ani o wywiady, ani o prasę nie było tak łatwo, jak dziś. Trzeba jednak zaznaczyć: co innego tworzyć autoryzowaną biografię we współpracy z zespołem, a co innego działać na własną rękę. Polski autor może dogadać się z polskim wykonawcą i mogą stworzyć takie dzieło wspólnie. Zespół zachodni ma swoich przyjaciół, znajomych dziennikarzy, którzy są tam na miejscu, często znają muzyków od kołyski, z którymi może przygotować autobiografię – dla niego nie ma sensu pracować z autorem z Polski. Świetna biografia Slayera autorstwa Jarka Szubrychta – czyli dziennikarza z najwyższej krajowej półki – powstała przecież bez współpracy z zespołem. Zupełnie inaczej niż jego książka o Vaderze. Nietrudno się domyślić dlaczego. W styczniu 2015 roku, kiedy Sabaton grał koncert na warszawskim Torwarze spotkałem się tam z Parem i Joakimem, przedstawiłem pomysł na tę książkę i spytałem, czy nie chcieliby uczestniczyć w pracy. Bardzo grzecznie odmówili. Okazało się, że tego typu propozycje dostawali już kilka razy i odmawiają za każdym razem, bo chociaż myślą o takim wydawnictwie, to chcą je przygotować we własnym gronie, na własnych warunkach, na własnym terenie. Wtedy byłem bardzo rozczarowany, ale szybko sobie uzmysłowiłem, że takie podejście jest stuprocentowo racjonalne i sensowne. I że mam szczęście, że wywiady z Sabatonem przeprowadzałem regularnie od 2008 roku – posiadam więc własny, oryginalny materiał.

Czy inspirowałeś się pracami jakiś innych autorów? Mick Wall, David Ritz, Mark Blake? A może korzystałeś z doświadczenia kolegów po fachu z naszego kraju?

Od 12 lat pracuję w „Teraz Rocku”. Tam nauczyłem się pisania takiego, jakie umiem. I w tym stylu napisałem Lwy północy. Nie starałem się imitować stylu ani podpatrywać patentów jakiegokolwiek innego autora. Może niesłusznie, może dzięki temu książka byłaby fajniejsza, lepsza – ale na pewno mniej moja.

Jak oceniasz kondycję „pisarstwa muzycznego” w Polsce? Jak wypadamy, w Twojej opinii, na tle innych, większych rynków?

I dobrze, i niedobrze. Mamy bowiem wspaniałych autorów, fachowców od słuchania i pisania, jednak istnieje gigantyczna dziura na rynku w miejscu, gdzie za granicą sytuują się takie magazyny jak „Q”, „Uncut”, „Mojo” czy „Classic Rock”. Mam wrażenie, że w Polsce jest albo absolutnie profesjonalnie, albo po prostu amatorsko. Nie ma porządnego „środka”, czyli pisania solidnego, a zarazem, choć to nieładnie brzmi, komercyjnego. To bez wątpienia wynika z ogólnej kondycji kultury w naszym kraju – większości Polaków jeszcze na nią po prostu nie stać. Wciąż wolimy po taniości pójść do McDonalda, niż na koncert czy do sklepu z płytami. Kiedy to się może zmienić – doprawdy nie umiem przewidzieć.

Sabaton to zespół, który budzi skrajne emocje – trudno znaleźć osobę, która po prostu lubi tę formację. Jak myślisz, dlaczego Szwedzi tak silnie polaryzują światową (a przynajmniej Europejską) scenę metalową?

Nie za bardzo się zgadzam z takim stwierdzeniem. Czasy, kiedy subkultury nawzajem się zwalczały i na przykład „depesze”, czyli ortodoksyjni fani Depeche Mode tłukli się z metalami dawno już minęły. Rock się bardzo ucywilizował, zniknęła kultura muzycznego kibolstwa. Dlatego wydaje mi się, że słuchacze po prostu lubią Sabaton. Choć oczywiście są ci najwierniejsi, w Polsce są to członkowie Polish Panzer Battalion, którzy poza tym zespołem świata nie widzą, ale tak jest w przypadku każdej kapeli. W przypadku każdej kapeli która zdobyła jakąś popularność istnieje też zjawisko hejterstwa, które rośnie wprost proporcjonalnie do sławy danego zespołu. Sabaton stał się duży, dlatego zbiera dużo hejtu, co jest paskudne, ale nie odbiega, jak sądzę, od współczesnych standardów. Inna rzecz, że zespół wzbudza kontrowersje ze względu na wojenną tematykę tekstów. Co jest poniekąd zrozumiałe – w końcu w muzyce popularnej raczej nie śpiewa się o III Rzeszy czy zdobyciu Berlina. Jednak ludzie, którzy aktywnie zwalczają Sabaton z tego powodu najwyraźniej nie zadali sobie trudu, żeby bliżej zapoznać się z jego twórczością i z tym, co mówią muzycy. Gdyby to zrobili, musieliby polubić – jeśli nie muzykę, to chłopaków jako takich.

Planujesz już jakieś inne projekty podobne do Lwów…? I czy po wielu latach zechcesz uzupełnić swoją książkę o Sabatonie, wydając jej drugą część?

Na razie nie mam planów odnośnie podobnych projektów ani kolejnych części projektu sabatonowego. Na razie bowiem ekscytuję się Lwami…, których przygotowanie zajęło mi naprawdę mnóstwo czasu i energii.

Na sam koniec – dla kogo Lwy… są dedykowane? Tylko dla zatwardziałych wielbicieli Sabatonu? Czy ktoś, kto przechodził obok ich twórczości obojętnie znajdzie w Twojej publikacji coś dla siebie?

Cóż, Lwy… są przede wszystkim dedykowane mojej żonie i synom. Naprawdę, pisałem je dla nich. I trochę dla siebie. Jeśli zaś chodzi o potencjalnych czytelników, to wiemy doskonale, że Sabaton ma w Polsce sporą i dobrze zorganizowaną grupę wiernych fanów. Niczego nie oczekuję, ale wierzę, że kilkoro z nich zainteresuje się tą kroniką dziejów ich ulubionego zespołu. Poza tym każdy mógłby pewnie znaleźć w niej coś, z czego mógłby się pośmiać – losy muzyków obfitują w zabawne sytuacje – i pewnie każdy mógłby się nauczyć z niej trochę historii wojen i wojskowości. To są naprawdę fascynujące tematy.