La La Land – recenzja

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Interscope Records

 

Dawno nie oglądałem musicali – nie tyle, co dobrych, co po prostu żadnych. Nie da się ukryć, że po gimnazjalnej przygodzie z High School Musical ten gatunek był przeze mnie umyślnie ignorowany, choć operę czy teatr muzyczny odwiedziłem w tym okresie nieraz. Jakiś czas temu jednak doszedłem do wniosku, że musicale przecież mogą być świetnym sposobem na miłe spędzenie czasu; na czystą, niczym niezmąconą dobrą zabawę i zmianę nastawienia na zdecydowanie bardziej pozytywne. A jeżeli nie przy wszystkich towarzyszą takie uczucia, to cóż – przy La La Land nie ma to dla mnie większego znaczenia.

La La Land jest filmem dobrym, nawet bardzo dobrym – nie wiem co prawda, czy zasłużył aż na 7 Złotych Globów, jednak nie da się ukryć, że jest to musical niezwykle przyjemny w odbiorze i wywołujący falę pozytywnych emocji. Trochę humoru, dobrze skomponowanych i nieźle zaśpiewanych piosenek, mile dla oka układy taneczne i wymieszany klimat nowoczesności z atmosferą wieku XX (chociaż tutaj bym uważał – wszechobecne rozmycia doprowadzały mnie do szału, choć koniec końców puszczam ten efekt w niepamięć, wszak nie recenzuję teraz przecież filmu) złożyły się na absorbujące widowisko, które z powodzeniem wypełniło mi pewien sobotni wieczór. Musicale za to, jak wszyscy wiemy, mocno piosenkami stoją – czy i w tym wypadku?

Piosenki wokalne z La La Land są proste, regularnie przeplatane motywem towarzyszącym widzom i słuchaczom od początku filmu, i niezwykle miłe w odbiorze. W trakcie samodzielnego odsłuchu (podczas seansu, kiedy dużo się dzieje na ekranie, trudno się skupić na samych piosenkach i muzyce) w zasadzie nie schodził mi uśmiech z twarzy – nie tylko ze względu na wspomnienia scen z seansu, ale również dlatego, że te piosenki są po prostu bardzo wesołe. Mówię tu oczywiście o dwóch moich faworytach: Another Day of Sun, gdzie po chociaż jednym przesłuchaniu zrozumiecie, o czym mówię oraz o City of Stars, które jest trochę wolniejsze, jednak świetnie wzbogacone o miłość i chemię pary śpiewającej. Do której jeszcze w tej recenzji wrócę.

Piosenek, wbrew pozorom, nie ma na tej płycie dużo – poza dwoma wyżej wspomnianymi mamy jeszcze popowy kawałek śpiewany przez Johna Legend, oczywiście świetnie wbudowany w całą koncepcję filmu, solowy pokaz Emmy Stone przy Audition, który wyciska łezkę z oka oraz jeszcze jeden duet – A Lonely Night – poprowadzony niczym kłótnia dwójki głównych bohaterów. Reszta ścieżki dźwiękowej to wariacje instrumentalne na podstawie tych piosenek i dzięki temu, w trakcie seansu, można było odczuć ciągły napływ pozytywnej energii. Trudno mi powiedzieć, czy większa ilość piosenek byłaby lepsza czy gorsza – jak dla mnie stosunek utworów wokalnych do instrumentalnych jest bardzo dobrze wyważony, choć z pewnością nie obraziłbym się, gdyby tego wokalu było jednak troszkę więcej.

Pozostając przy wokalu – ten Emmy Stone jest po prostu świetny. Dobrze się słucha jej głosu; jest ciepły i niewinny, dzięki czemu idealnie pasuje do odgrywanej przez nią postaci. Często przywodzi na myśl bujanie w obłokach, spełnianie marzeń, i dokładnie o to tutaj chodzi. Ryana Goslinga za to podziwiam za chęć nauki gry na pianinie, która z pewnością zabrała mu bardzo dużo czasu, ale i uwiarygodniła jego postać w La La Land. Prawdopodobnie do końca życia będę wypominał twórcom Sherlocka z BBC, że Benedict Cumberbatch nie wie nawet, jak prawidłowo chwycić smyczek – niezmiernie cieszę się, że w przypadku musicalu nikt nie popełnił tego niezwykle rażącego błędu.

Głos Goslinga za to jest niski i ciężki i średnio mi odpowiada. Na pewno przeszedł on odpowiednie szkolenie wokalne, aby móc zaśpiewać te wszystkie piosenki napisane na potrzeby filmu, jednak mi osobiście nie do końca się jego wokal podoba. Na szczęście nie określiłbym go jako tragiczny, lecz ewentualnie średni, co w połączeniu z Emmą Stone nie zaburza w ogóle odbioru filmu. Dodatkowo, tak jak wspomniałem wcześniej – za te wszystkie solówki klawiszowe oraz Seaboard jestem w stanie Goslingowi wybaczyć wiele.

La La Land jest niesamowicie szczęśliwym i wesołym filmem, który jednak nie kończy się typowym happy endem. Nie zmienia to faktu jednak, że w trakcie i seansu, i odsłuchu, trudno było mi odpędzić uśmiech z twarzy. W tym musicalu zadbano o wiele elementów i wszystkie bardzo dobrze ze sobą zagrały: i piosenki, i obsada, i klimat produkcji, i historia o spełnianiu marzeń i poszukiwaniu miłości. La La Landu zachęcam słuchać i zachęcam oglądać, ponieważ na pewno nie będzie to czas zmarnowany na głupoty. City of Stars o poranku gwarantuje dobry dzień – zobaczycie!

Pasek - wydanie

Osoby nabywające soundtrack z filmu La La Land mogą go nabyć – przynajmniej w polskich sklepach stacjonarnych – jedynie na tradycyjnej płycie CD. Melomani z zacięciem kolekcjonerskim mogą jednak skusić się na album wydany na winylu. Do niedawna dostępne były dwie wersje longplaya: zwykła, tj. czarna oraz niebieska; ciekawostką jest, iż ta druga – już niedostępna – była podpisywana przez autora muzyki, Justina Hurwitza. Ofertę wydawcy dopełnia wersja w pliku do pobrania.

Pasek - informacje

Wykonawca: Justin Hurwitz
Tytuł: La La Land
Wytwórnia: Interscope Records
Data wydania: 09.12.2016
Gatunek: Soundtrack
Czas trwania: 45:53