Lana Del Rey – Orange Warsaw Festival 2016 (03.06.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Alter Art (nr 1)

 

W przeciągu ostatniego roku miałem okazję usłyszeć od trzech osób, że Lana Del Rey daje średnie (lub po prostu słabe) koncerty. Na początku nie chciałem za bardzo w to wierzyć – Elizabeth Woolridge Grant nagrywa zbyt dobre płyty, by potem zawodzić swoich fanów na scenie. Jednak gdy chwilę pomyślałem nad tym zarzutem, to do głowy zaczęły przychodzić mi myśli, ze być może nie są one pozbawione podstaw? Przecież każdy kolejny album del Rey jest coraz lepszy, ale równocześnie mniej i mniej przebojowy. Na bestsellerowym Born to Die znalazły się co najmniej cztery hity, w tym wielbione (szczególnie w Polsce) Summertime Sadness. Na następnym krążku było ich zdecydowanie mniej (do głowy przychodzą mi tylko tytułowy Ultraviolence oraz West Coast), zaś Honeymoon przebojów po prostu nie miał. Być może tak amerykańska gwiazda komunikowała, że wcale nie zależy jej na koncertowej publiczności? Przecież nie każdy artysta, który wymiata w studiu nagraniowym, musi zaraz doskonale panować nad sceną.

Gdy jednak Alter Art, organizator festiwalu Orange Warsaw Festival ogłosił, że Lana do Polski przyjedzie, nie mogłem się powstrzymać, by lekka ręką rzucić kilka stów pani z Empiku i zarządać biletu na pierwszy dzień tego wydarzenia. Musiałem sam się przekonać ile w tym prawdy, że Del Rey na żywo wypada słabo. Nie robiłem sobie zbytnich nadziei i być może to był z mojej strony dobry ruch, ponieważ teren festiwalu (który zlokalizowany został obok toru wyścigów konnych Służewiec) opuściłem wniebowzięty. Lana nie tylko świetnie poradziła sobie na żywo ze swoim materiałem, ale zrobiła to tak, że do niektórych wersji studyjnych nie mam jeszcze ochoty wracać.

Najlepszym przykładem kawałka, który zachwycił mnie szczególnie w wersji Live jest genialny Carmen z krążka Born to Die. Do tej pory, nie mam pojęcia jakim cudem, udawało mi się tej kompozycji nie zauważać. Tymczasem Lana (która chyba sama była zdziwiona tym, jak dobrze polscy fani znają ten numer), swoim fantastycznym wykonaniem, udowodniła mi, że niesłusznie pomijałem Carmen przy wyborze swoich ulubionych piosenek. Tego typu przykładów można by mnożyć: fenomenalnie wypadł Blue Jeans, fajnie słuchało się też wspomnianego West Coast czy High by the Beach (który, warto przypomnieć, wcale nie jest oczywistym wyborem na festiwale). Lana nie tylko zaproponowała świetne interpretacje swoich kawałków, ale także znakomicie wybrała swoją setlistę, w udany sposób łącząc rzeczy nastrojowe z tymi nieco żywszymi (oczywiście jak na stylistykę, w której się obraca). Wielki szacunek należy się jej również za to, że w żaden sposób nie podlizywała się publiczności poprzez dobór prezentowanego materiału, czego najlepszym przykładem był brak Summertime Sadness.

Co więcej, brawa należą jej się także za wysoką jakość wokalu. Jej śpiew był bardzo zbliżony do tego, który znam z płyt: aksamitny, intrygujący, dobry pod względem technicznym, czysty. Nie mogło być tutaj mowy o żadnym zawodzie jej śpiewem – Lana udowodniła, że jest świetną wokalistką nie tylko podczas nagrań w studiu, lecz również w trakcie koncertu na żywo. Nieco słabiej wypadli instrumentaliści, którzy towarzyszyli jej na scenie; szczególnie widoczne było to podczas odegrania finałowego utworu, Off to The Races. Po wykonaniu swojej części Lana zeszła ze sceny, zaś pozostali muzycy mieli swoje pięć minut, które zupełnie zaprzepaścili. Gitary brzmiały ostro i nieprzyjemnie, a perkusista był zdolny zagrać tylko najprostsze rytmy. Na szczęście to nie warstwa instrumentalna, szczególnie pod względem technicznym, jest w piosenkach Lany najważniejsza, a poruszający klimat, który Del Rey bez żadnego wysiłku kreowała.

Słów kilka muszę także poświęcić jakości nagłośnienia, które było zaskakująco dobre. Akustykom udało się zachować odpowiedni podział między muzyką a wokalem Lany, który zawsze był na pierwszym planie. Całość brzmiała, z drobnymi wyjątkami, naprawdę przyjemnie i w żadnym momencie nie czułem zmęczenia dźwiękiem. Warto tutaj jednak zaznaczyć, że – przynajmniej w mojej opinii – estetyka tego typu dźwięku predestynuje muzykę Lany do wykonywania w zamkniętych i bardziej kameralnych miejscach. Dopiero wtedy całość mogłaby zabrzmieć na takim poziomie, na jakim te kompozycje zasługują.

Z Warszawy do Krakowa wracałem z naprawdę pięknymi wspomnieniami. I gorącym pragnieniem, by od razu rzucić się na wszystkie winyle Lany jakie mam w domu i jeszcze raz odsłuchać tego ponadprzeciętnego materiału, patrząc na niego już z nieco innej, wzbogaconej o dodatkowe doznania perspektywy. Dlatego też pamiętajcie – jeżeli ktokolwiek powie Wam, że Lana być może daje radę na płytach, ale nie ma po co iść na jej koncert, to możecie jego opinię spuścić w kiblu. A mnie pozostaje tylko życzyć sobie, i wszystkim innym, by Amerykanka zdecydowała się kiedyś na polski koncert innego typu – mniejszy, bardziej klimatyczny. Wtedy powinno być jeszcze lepiej.

Pasek - kreska

Koncert Lany Del Rey zostaje wyróżniony nagrodą Great Live Experience.

Great Live Experience