Lemonade – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Columbia Records

 

Dużo ciekawych rzeczy działo się na scenie mainstreamowego popu w ostatnim czasie. Najnowsze albumy wydały Madonna (Rebel Heart), Lana del Rey (Honeymoon), Adele (25) czy Rihanna (ANTI), świeży krążek zapowiedziała Lady Gaga, zaś Katy Perry objechała z połowę świata podczas swojej gigantycznej trasy koncertowej The Prismatic World Tour, dając łącznie 146 koncertów na pięciu kontynentach. Tylko o Beyoncé było (relatywnie) cicho. Amerykańska supergwiazda co prawda pojawiała się ty i ówdzie, jednak od premiery jej ostatniego studyjnego krążka (zatytułowanego po prostu Beyoncé) minęły trzy lata. W tak mocno prącej do przodu branży to prawdziwa wieczność. Ja sam, przyznam się od razu, na najnowszy krążek Beyoncé nie czekałem w ogóle. Co prawda Madonna i Adele zawiodły mnie zupełnie, z nawiązką nadrobiły to jednak Lana i Rihanna, serwując mi albumy popowe z prawdziwego zdarzenia: interesujące, świetnie wymyślone i znakomicie zrealizowane. Co więcej (przyznam się od razu – i tak to pewnie potem gdzieś wyjdzie), ja nieszczególnie Beyoncé lubię. Jej poprzednie krążki były dla mnie tylko przyzwoite, brakowało im tego czegoś, co przyciąga mnie jak magnes do kolejnych nagrań wspomnianych już Lany i Rihanny czy starszych rzeczy Madonny.

Beyoncé nie spoczęła jednak na laurach i powróciła, podejmując szeroko zakrojoną walkę o zwycięstwo w notowaniach list przebojów. Nie zadowoliła się jednak „tylko” nagraniem kolejnego albumu (zatytułowanego Lemonade), postanawiając nieco rozszerzyć swój repertuar promocyjny. Premiera krążka (który najpierw pojawił się na TIDAL-u, którego Beyoncé jest współwłaścicielką) zbiegła się w czasie z wypuszczeniem 60-minutowego filmu pod tym samym tytułem. To bardzo plastyczny obraz (stanowiący bez wątpienia świadome nawiązanie do działalności Rihanny i Björk), który doskonale nakręca na zapoznanie się z zawartością Lemonade.

Ja jednak, jak już wspomniałem, fanem Beyoncé nie jestem, więc cała ta otoczka promocyjna nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia (choć, patrząc obiektywnie, była to bardzo dobrze przeprowadzona akcja). Tym bardziej się zdziwiłem, że po pierwszym odsłuchaniu Lemonade zapragnąłem do niego wrócić. A potem jeszcze raz. W międzyczasie jeszcze sięgając po pojedyncze utwory, na czele z doskonałymi Daddy Lessons i Freedom. Przede wszystkim na uwagę zasługuje fakt, iż to chyba najbardziej spójny album sygnowany przez Beyoncé. Wszystkie utwory, które znalazły się na pokładzie Lemonade doskonale pasują do siebie, każdy poprzedni kawałek wspiera (w pewien sposób) następny. Co jednak ważne, chociaż wszystkie numery zanurzone są w tym samym klimacie, żaden z nich nie jest do siebie podobny, dzięki czemu album stanowi różnorodną, łatwo przyswajalną mieszankę.

Idealnym przykładem są przywołane wyżej dwie piosenki: Daddy Lessons to lekkie, gitarowe (!) granie z bardzo fajnym tekstem, które na myśl przywodzi mi duszne ulice Nowego Orleanu. Z kolei Freedom od razu skojarzyło mi się z utworami Arethy Franklin z czasów, gdy tak nagrywała dla wytwórni Atlantic i była zdecydowanie najważniejszą postacią sceny soulu. Dwa różne światy, dwie odmienne stylistyki – a jednak Beyoncé doskonale poczuła ich klimat, świetnie odnajdując się zarówno przy akompaniamencie gitary, jak i rapującego Kendricka Lamara. Takie porównania mógłbym tutaj mnożyć bez końca, ponieważ każdy utwór jest de facto autonomicznym mikroświatem, który jednocześnie tworzy coś większego. Ta piękna mozaika, powtórzę to jeszcze raz, jest jednocześnie bardzo spójna, koherentna.

Kolejnym zaskoczeniem była także przyzwoita jakość nagrania Lemonade. Nie jest to może poziom, jaki Lana del Rey osiągnęła na Honeymoon a Rihanna na ANTI, nic jednak nie powodowało u mnie zgrzytania zębów. Nagranie jest przyjemnie ocieplone i – co najważniejsze – nigdy nie zamienia się w jazgot, tak typowy dla zdecydowanej większości współczesnych nagrań cyfrowych. Oczywiście dźwiękowi puryści mogą się zżymać, że opowiadam tu jakieś głupoty, bo na najnowszym krążku Beyoncé nie uświadczymy ani rozbudowanej sceny dźwiękowej, ani ponadprzeciętnej dynamiki, ani nawet żadnych ukrytych detali. Osoby te powinny jednak pamiętać, że mówimy tutaj o albumie popowym, nie o audiofilskim nagraniu, które kupi łącznie 56 osób. I jak na warunki popu, Lemonade prezentuje się naprawdę fajnie.

Od premiery Lemonade na fizycznych nośnikach minęły niecałe trzy tygodnie. Wiadomo już, że ten krążek to kolejny hit pani Knowles – nie dość, że zadebiutował na pierwszym miejscu listy Billboard 200, to jeszcze w pierwszym tygodniu rozszedł się w liczbie 485 000 egzemplarzy. W dzisiejszych czasach ten wynik musi robić wrażenie. Jednak – co jest znacznie ważniejsze – po raz pierwszy w wypadku Beyoncé nie mam poczucia, że te liczby są niezasłużone. Nagrała ona bowiem bardzo fajny album, na którym być może znalazło się mniej oczywistych hitów, ale który świetnie wypada jako całość.

Pasek - wydanie

Niestety oferta związana z Lemonade nie rozpieszcza. Do wyboru mamy odsłuch za pośrednictwem TIDAL-a, kupno plików w sklepie iTunes oraz (z wersji fizycznych) płyty CD, wzbogaconej o krążek DVD z opisanym powyżej filmem. Również wizualnie wydanie nie rozpieszcza – okładka jest, w mojej opinii, jednym z najsłabszych elementów tego dzieła, nie umywając się nawet do pięknego, czerwono-białego obrazu na ANTI czy nawet do poprzednich artów, które zdobiły płyty Beyoncé.

Pasek - informacje

Wykonawca: Beyoncé
Tytuł: Lemonade
Wytwórnia: Columbia Records
Data wydania: 2016
Gatunek: Pop
Czas trwania: 45:49