Light My Fire, Jim – historia albumu The Doors

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Warner Music Group

 

Było ich czterech: Robby, John, Ray i Jim. Wszyscy pełni marzeń i gotowi podbić świat swoją muzyką. Ale – pomimo starań i chęci, by przebić się do szerszego grona osób – cały czas obchodzili się smakiem: sława nie czekała tuż za rogiem, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nawet gdy w końcu ich koncert przyszedł właściciel wytwórni płytowej, nie umieli skorzystać z danej im szansy. Nie zachwycili go, nie zrobili na nim wrażenia – szczególnie osławiony lider – kogoś wyjątkowego. Postanowił jednak dać im szansę i wpuścił do studia nagraniowego, by przygotowali materiał na swój debiutancki krążek.

W ten sposób rozpoczęła się współpraca wytwórni Elektra Records i jej właściciela, Jaca Holzmana, z zespołem The Doors, dowodzonym przez tyleż charyzmatycznego, co niestabilnego emocjonalnie Jima Morrisona. Chociaż grupa, jak już wspomniałem, nie wywarła na Holzmanie zbyt dobrego pierwszego wrażenia, to w końcu udało im się go do siebie przekonać. W sierpniu 1966 roku Doorsi weszli do studia Sunset Sound Recorders w zalanym słońcu Hollywood, by przez następnych kilka dni nagrać jeden z najważniejszych albumów w historii rocka. Dzieło to szybko zaczęło stanowić punkt odniesienia dla wszystkich zespołów, które w tamtym czasie związane były ze sceną muzyki psychodelicznej, by potem przekształcić się w żelaznego klasyka, bez znajomości którego nie można nazwać się fanem rocka. Krążek ten sprzedał się – do tej pory – w oszałamiającej liczbie 20 milionów kopii, a w 2012 roku magazyn „Rolling Stone” umieścił go na 42. miejscu listy 500 najważniejszych albumów wszechczasów. Oto historia jego powstania.

Początkowo Holzman, jak zaznacza znawca tematyki Doorsów – Mick Wall, sam chciał wyprodukować debiutancki krążek Amerykanów, ale – ponoć po spotkaniu z Jimem – powierzył to doniosłe zadanie Paulowi A Rothchildowi, będącemu wtedy w szczycie formy utalentowanemu producentowi muzycznemu. Uznał, że jego wiek (Rothchild był wtedy dość młody – miał wtedy 31 lat) i spore doświadczenie za konsolą producencką zapewnią zespołowi odpowiednie wsparcie. Nie mylił się. Paul – zanim jeszcze przystąpił do właściwej części swojej pracy – spędził kilka intensywnych dni na próbach przed nagraniem; dzięki temu doskonale wiedział czego ma się spodziewać przy uruchomieniu aparatury nagrywającej psychodeliczną muzykę Doorsów. Co więcej, był on w stanie pomóc zespołowi w kilku kwestiach: to właśnie Rothchildowi zawdzięczamy zaproszenie Larry’ego Knechtela do zagrania między innymi na Light My Fire na jego gitarze Precision Bass Fendera.

Sam proces nagrywania The Doors był bardzo krótki i zajął niecały tydzień. Materiał zarejestrowano na magnetofonie czterościeżkowym. Co jednak ciekawe, Rothchild i wspomagający go Bruce Botnick korzystali w większości przypadków z trzech ścieżek; jedna przypadła w udziale sekcji rytmicznej (bas plus perkusja), kolejna gitarze i organom, trzecia zaś Morrisonowi. Wszystko – generalnie – szło zaskakująco sprawnie, chociaż nie obyło się bez incydentów, które później miały współtworzyć legendę Jima. Jedną z słynniejszych historii jest ta, w której wokalista Doorsów zniszczył maleńki telewizor znajdujący się w studiu, po czym wyrzucił go do reżyserki, tuż obok zszokowanych Rotchilda i Botnicka. Kolejnym wybrykiem Morrisona było całkowite zdewastowanie studia przy pomocy piany gaśniczej i piasku. Jak jednak zaznacza Mick Wall, historie te mogły zostać – i najprawdopodobniej zostały – mocno podkoloryzowane przez Raya Manzarka. Sam Botnick, dla przykładu, zupełnie inaczej zapamiętał zniszczenie telewizora, całą winę przypisując… zwykłemu wypadkowi.

Wpadka (lub rzeczywisty napad szału) Morrisona z telewizorem zdarzyła się podczas nagrywania jednego z dwóch ikonicznych utworów, który stanowił o klasie The Doors. Kompozycja The End była rzeczą wyjątkową. Już sam czas jej trwania –prawie 12 minut – był czymś w połowie lat 60. nie do pomyślenia. Wtedy warunki dyktowało radio (które odciśnie jeszcze swój wadliwy stempel na jednej z piosenek wchodzących w skład debiutu Doorsów), w tamtym czasie wybitnie niechętne takim instrumentalnym popisom. Również sam tekst nie był czymś, czego można byłoby się spodziewać po zespole rockowym, anonsując w ten sposób zupełnie nowe – bardziej liryczne – podejście do gatunku, podjęte w następnych latach przez takie formacje, jak The Beatles, Led Zeppelin czy Yes. Warto dodać, iż kawałek ten został umiejętnie „zlepiony” z jego dwóch nagrań; co ciekawe, wytwórnia i zespół przez lata deklarowali, że znajdująca się na płycie wersja The End pochodzi w całości z jednego (drugiego) podejścia.

Chociaż The Doors został nagrany w połowie 1966 roku, to na jego premierę trzeba było czekać kolejnych kilka miesięcy. Związane to było z prawnymi przepychankami między wytwórnią a zespołem, reprezentowanym wtedy przez Maxa Finka. Ostatecznie ukazał się on 4 stycznia 1967 roku. Na singiel promujący całość wybrano krótką piosenkę Break On Through (To the Other Side). Utwór niestety przepadł w zestawieniach, dobijając zaledwie do 126. miejsca na amerykańskiej liście przebojów. W maju 1967 roku grupa postanowiła raz jeszcze spróbować swojego szczęścia z singlami, wypuszczając tym razem wykastrowaną do niecałych trzech minut wersję Light My Fire. Numer ten, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, zawojował serca słuchaczy i przez trzy tygodnie okupował pierwsze miejsce na prestiżowej liście Billboard Hot 100.

Chociaż The Doors kojarzony jest przede wszystkim z trzema wymienionymi wyżej kawałkami, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kompozycję. Mam tutaj na myśli numer zatytułowany Alabama Song (Whisky Bar). Chociaż to właśnie Morrison i spółka zapewnili mu nieśmiertelność, to nie należał on do ich autorskiego repertuaru. Historię Alabama Song sięga 20-lecia międzywojennego, a konkretnie weimarskiego Berlina. Został on skomponowany przez niezwykle utalentowanego Kurta Weilla i Bertolta Brechta, a następnie nagrany i wydany w 1930 roku pod tytułem Alabama-Song. To na pozór głupiutka i niemająca sensu opowiastka, która jednak – w mojej opinii – świetnie reprezentuje podejście Doorsów, a przede wszystkim Jima Morrisona, do świata.

4 stycznia 2017 roku świętowaliśmy 50-lecie wydania The Doors. Chociaż od premiery tego krążka minęło pół wieku, wciąż znajduje on drogę do serc słuchaczy na całym świecie, otwierając przed nimi niezbadany świat muzycznych geniuszy, pozytywnych wariatów i uzdolnionych ćpunów. Słuchając debiutanckiego materiału Doorsów nie sposób nie poczuć wyjątkowego klimatu Hollywood tamtych czasów i zatęsknić za nimi. Nawet jeśli urodziło się kilkadziesiąt lat po tamtych sierpniowych sesjach.