Lo Sound Desert – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Jörg Steineck (nr 1-2), Drawn Too Late (nr 3)

 

Palm Springs, kilkadziesiąt lat temu. Niewielka kalifornijska mieścina położona na totalnym zadupiu, od Miasta Aniołów dzieli ją ponad 150 kilometrów. Z jednej strony rozciągają się skaliste góry, usiane labiryntem jaskiń i kanionów, z drugiej strony, daleko jak okiem sięgnąć, rozpościera się pustynia. Sucha i niegościnna, spalona słońcem ziemia łączy się na horyzoncie z bezkresnym niebem o jedynym w swoim rodzaju odcieniu błękitu. Te pojedyncze rośliny, które można zauważyć to kilka grupek kaktusów i przetaczające się co jakiś czas biegacze pustynne. Umówmy się, dorastający w takim środowisku nastolatek nie ma zbyt wielu perspektyw na ciekawe spędzanie czasu. Jasne, miejscowość jest przy okazji kurortem dla grubych ryb z Hollywood, Frank Sinatra przyjeżdża z kumplami na golfa a Raquel Welch opala się w bikini, korzystając z kalifornijskiego słońca. Ale jak masz 16, 17 lat to nie grasz w golfa i nie masz wstępu na imprezy elit. W dodatku lokalne władze niekoniecznie ci sprzyjają, bo zdają sobie sprawę, że to Frank, Raquel i reszta napełniają ich kieszenie, a tak się składa, że Frank i koledzy nie lubią – na przykład – muzyki rockowej. Zostaje więc ona zakazana, podobnie, zresztą jak jazda na deskorolce. Młodzież jednak musi jakoś się wyszumieć, w dodatku do USA dociera punk rock. Scena muzyczna powstająca w takim miejscu musiała być skazana na wyjątkowość.

Lo Sound Desert to film dokumentalny Jörga Steinecka, niemieckiego reżysera celującego między innymi w portretowaniu subkultur, twórcy obrazu Truckfighters: Fuzzomentary o szwedzkim zespole Truckfighters. W Lo Sound Desert Steineck bierze na warsztat scenę desert/stoner rockową związaną z Palm Springs i doliną Coachella. Choć w swoim filmie skupia się głównie na latach 80. i 90., starannie rysuje szerszy kontekst historyczny i wyjaśnia procesy prowadzące do ostatecznego ukształtowania się sceny.

Film podzielony jest na dwa rozdziały. Pierwszy, Backyard Rebellion, skupia się na samych korzeniach sceny desert rockowej. Reżyser przedstawia nam niezwykłe środowisko Palm Springs, począwszy od wspomnianego wyżej Franka Sinatry (lobbującego przeciwko rockowi), poprzez wpływy pustyni i działanie punk rocka, skończywszy na – jak się okazało – kluczowym położeniu geograficznym miasta. Mieszające się wpływy surf rocka, punka, country i cięższych odmian muzyki, w połączeniu z wyjątkowością środowiska stworzyły unikatowe połączenie. Wraz z rozwojem sceny i samej muzyki przechodzimy do drugiego rozdziału – The Outskirts of Town. Ukształtowana już scena przenosi się wreszcie z garażów rodziców na pustynię. Agregatowe imprezy na wydmach, koncerty w jaskiniach – to właśnie esencja desert rocka. Reżyser analizuje też dlaczego właściwie desert rock nie miał aż tak doniosłego wpływu na muzykę popularną, jak późniejsza o kilka lat grunge’owa rebelia, śledzi też losy kilku zespołów sceny, którym udało się odnieść większy sukces komercyjny.

Zbiorowym narratorem opowieści jest nikt inny, jak sami uczestnicy tych wydarzeń – począwszy od bardziej znanych przedstawicieli sceny takich jak Brant Bjork z Fu Manchu, Josh Homme i Nick Olivieri z Kyuss i Queens of the Stone Age, Mario Lalli z Fatso Jetson, a na nie mniej ważnych, ale rozpoznawanych raczej lokalnie muzykach kończąc. W sumie udało się Steineckowi przeprowadzić wywiady z prawie 30 osobami, a każdy z rozmówców ma coś ciekawego do powiedzenia. Rozmowy ilustrowane są tonami archiwalnych nagrań i bootlegów – ilość materiałów, do których udało się dotrzeć Steineckowi robi wrażenie. W dodatku całość bardzo klimatycznie się ogląda – atmosferę zagęszczają nie tylko opowieści muzyków, ale też nałożone na obraz filtry i animowane sekwencje przywodzące na myśl styl Terry’ego Gilliama z Latającego Cyrku Mothy’ego Pythona.

Podsumowując, Lo Sound Desert oferuje całkiem szczegółowy wgląd w scenę desert rockową. Nawet osoby obeznane z tematem odkryją zapewne kilka mniej znanych, ale wartościowych zespołów. Dużym plusem jest nie skupianie się na samej scenie, ale umiejscowienie jej w szerszym historycznym kontekście. Solidna pozycja, obowiązkowa nie tylko dla fanów stonera, ale dla fanów muzyki rockowej w ogóle.