Love & Hate – recenzja

Autor: Adrian Pilarczyk
Zdjęcia: Interscope Records

 

Zostałem zniewolony przez moją upierdliwą miłość i ekscytację wobec kinematografii, przez co często nie mogę się powstrzymać przed czytaniem o tym, czego mogę się od filmu spodziewać. Całe szczęście, przypadłość ta nie postępuje w stronę konieczności kompletnego rujnowania sobie seansu spoilerami, ale nawet oglądanie zwiastunów czy czytanie recenzji potrafi być czasem na tym poletku szkodliwe. Moje relacje z muzyką są jednak znacznie mniej skomplikowane, a przez autorskie sito informacji udaje się prześlizgnąć znacznie większej ilości albumów, które swoją jakością uderzają we mnie zupełnie znikąd.

Gdyby ktoś powiedział mi, że Michael Kiwanuka to gubernator stanu Kalifornia albo słynny fizyk, nie zaświeciłaby się w mojej głowie żadna lampka, sugerująca, że może właśnie jestem okłamywany. A mówiąc bardziej dosłownie – nie wiedziałem o tym człowieku zupełnie nic, a na dźwięk jego nazwiska w wewnętrznej bazie danych nie pojawił się żaden obraz. Byłem więc szczęśliwie pozbawiony jakichkolwiek uprzedzeń co do gatunku, stylu czy jakości wykonywanej przez niego muzyki. Po jednokrotnym przesłuchaniu Love & Hate szybko doszedłem jednak do wniosku, że nawet ci, którym pan Kiwanuka mógł w przeszłości, dla przykładu, wejść w kolejkę do warzywniaka, będą musieli przyznać, że braki w kulturze (założone na potrzeby tej skomplikowanej metafory) nadrabia on talentem muzycznym.

Soul nie jest gatunkiem, z którym mam wiele wspólnego – zakres moich skojarzeń kończy się na mało odkrywczych nazwiskach, takich jak Ray Charles, Sam Cooke (uwielbiam), Stevie Wonder czy James Brown. Za prawdopodobne uznaję więc, że gdybym zdawał sobie sprawę, iż to właśnie muzyka tego gatunku będzie sączyć się do moich uszu przez rozkoszne 55 minut, zdecydowałbym się wybrać coś innego (możliwości zmiany w trakcie nie było, bo byłem zajęty malowaniem domu). Tym samym pozbawiłbym się wtedy jednego z najbardziej satysfakcjonujących odkryć muzycznych 2016 roku.

Typowo dla siebie przeciągnąłem wstęp do granic możliwości, czas więc powiedzieć Wam coś konkretnego. Love & Hate to składające się z 10 utworów dzieło, które znacząco odjechało od tego, co w mojej głowie widniało pod pojęciem „soul”. Michael Kiwanuka osiągnął spory sukces w nadaniu swojej płycie niezwykłego rozmachu brzmieniowego, który – w moim mniemaniu – momentami stawia go raptem szereg za Pink Floyd. Pierwszy kontakt z głosem Kiwanuki wszystko jednak wyjaśnia – nic dziwnego, że tak dojrzały i doświadczony człowiek prezentuje muzykę tak głęboką i momentami porównywalną do weteranów prog rocka z Wielkiej Brytanii. Szkoda tylko, że tyle lat zajęło mu wypłynięcie na głębokie wody. Tak mniej więcej wyglądało moje wyobrażenie na temat tego, kim pan Michael musi być, do czego dorzuciłem jeszcze wizerunek w stylu pięćdziesięcioletniego Billa Withersa.

Niestety, całą moją zaawansowaną analizę psychologiczną i wizualizację, które odbyły się na podstawie głosu wykonawcy, musiałem wyrzucić do toalety, bo Michael Kiwanuka to 29-letni reprezentant młodej generacji z raptem drugą płytą na koncie. Mam nadzieję, że wykażecie jakieś zrozumienie wobec mojej nietrafionej oceny, kiedy usłyszycie go po raz pierwszy. Londyński muzyk emanuje dojrzałością, gdy sunie palcami po strunach gitary, stuka nimi po klawiszach fortepianu czy podczas śpiewu, tak mylnie przeze mnie odczytanego. Naprawdę ciężko uwierzyć, że ten człowiek w świecie muzyki obecny jest zaledwie od pięciu lat.

Lirycznie Love & Hate wędruje wokół osobistych przeżyć autora i choć z pewnością warte są one osobnego akapitu, zdecydowanie bardziej skupiałem się na warstwie muzycznej. Tę dopełniła cała masa muzyków gościnnie występujących na pojedynczych utworach, a także produkcja, za którą stał dobrze znany Danger Mouse, odpowiedzialny za ostatnie dokonania Red Hot Chili Peppers, The Black Keys czy U2. Ta utalentowana grupa, prowadzona oczywiście przez samego Kiwanukę, dostarczyła hity w postaci Black Man in a White World, Love & Hate, Cold Little Heart czy The Final Frame. Główny punkt zainteresowania słuchacza generuje oczywiście gitara, kojarząca mi się z Gilmourem, Gary’m Clarkiem Jr. czy Guthrie Govanem – melodyjna, powolna, mocno obciążona przesterem. Czasem jest ona jednak spychana na drugi tor lub podmieniana na akustyka, jednak żadna z tego szkoda, ponieważ muzyczne tło jest na Love & Hate bardzo rozmaite. Mamy więc wiolonczelę, altówkę, skrzypce, flet czy saksofon, a nawet trąbkę – reprezentantów klasycznego brzmienia zestawionych z nowoczesnymi syntezatorami: Moog, CS80 czy automatem perkusyjnym.

Dzięki tak barwnym połączeniom muzycznym, Kiwanuce udało się stworzyć płytę, która powoli zaczyna zaznaczać jego  nazwisko na fonicznej mapie świata. Ostatnio lubię wypłynąć myślami na bezkres kosmicznego oceanu i połączenie tej tendencji z doznaniami dostarczanymi przez Love & Hate doprowadziło mnie do wniosku, że gdyby przytrafił nam się kontakt z zaawansowaną, obcą cywilizacją i ci zapragnęliby kulturowej wizytówki planety Ziemi, chciałbym, aby na liście albumów reprezentujących wszystko, co jest w nas piękne, znalazła się ta płyta. Może to oświadczenie trochę na wyrost, może uczucie wobec tego albumu ostygnie z biegiem czasu, pewny jestem jednak tego: Michael Kiwanuka to nazwisko, które będę od teraz stale śledził, a jego najnowsza płyta z pewnością znajdzie miejsce w moim topie roku 2016.

Pasek - kreska

Album Love & Hate zostaje wyróżniony nagrodą Great Music.

Great Music

Pasek - wydanie

Love & Hate można nabyć na płycie CD lub podwójnej wersji winylowej, zaś miłośnicy plików mogą nabyć ten album np. w sklepie iTunes.

Pasek - informacje

Wykonawca: Michael Kiwanuka
Tytuł: Love & Hate
Wytwórnia: Interscope Records
Data wydania: 2016
Gatunek: Soul
Czas trwania: 54:49