Lust for Life – recenzja

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Interscope Records

 

Lana Del Rey jest jedną z tych artystek, która po w miarę popowym wstępie do muzycznego świata (Born To Die zawierało przecież takie hity, jak Summertime Sadness czy Blue Jeans) zmieniła swój styl na bardziej art-popowy i konsekwentnie trwa przy swoich założeniach. Ultraviolence szło jeszcze trochę w stronę rocka; z kolei Honeymoon (recenzja TUTAJ) nie dostało chyba żadnego utworu, który nadawałby się do radia. Wszystkie numery na tym krążku były zadymione, mroczne, odsunięte, przy czym – trzeba zaznaczyć – cała płyta trzymała wysoki, równy poziom i balansowała z wyczuciem na granicy depresji, a wyrafinowanej i smutnej stylistyki. Przy Lust For Life sprawa miała wyglądać inaczej – miało być weselej, a jednocześnie równie artystycznie. Czy Lizzy Grant dotrzymała obietnicy?

Lust For Life jest ciężkim albumem. Trudnym w odbiorze i, wbrew naprawdę ładnej okładce oraz pozytywnemu tytułowi, nieszczególnie wesołym. Nawet kiedy słowa piosenek są pogodniejsze i nawiązują do rzeczy miłych (na przykład spełnionej miłości i zabawy w życiu), to podkłady i mocno rozjechany (z ogromnym pogłosem) wokal artystki skutecznie tę radość zabijają. Kiedy słuchacz się już z tym pogodzi, to otrzyma płytę nawet niezłą, ale przy tym męczącą. Co więcej, Lust For Life sprawia wrażenie dzieła zbyt długiego. Ostatnie utwory przy pierwszych odsłuchach zlewały mi się już w jedną, niestety dość smętną całość – początkowi za to nie mogę odmówić pewnego uroku.

Album zaczyna się dwoma pozytywnymi utworami – Love oraz tytułowym Lust For Life wykonanym z Abelem Tesfaye, znanym wszystkim jako The Weeknd. Love była również pierwszą zapowiedzią nowej płyty i przyznam szczerze, że od samego początku wpadła mi w ucho. Jest niezobowiązująca i przyjemna, otwarcie płyty więc zaliczam do udanych. Potem przychodzi czas na wspomniane przed chwilą Lust For Life, do którego przekonywałem się długi czas. Słuchałem tego utworu wcześniej przez kilka dni (jeszcze zanim wydano album) i nie mogłem zrozumieć, jak mając dwójkę świetnych wokalistów można było nagrać tak słabą piosenkę. Przy odsłuchu całości jednak Lust For Life zaczęło mi się podobać, bo choć tekst jest mizerny (do czego przyzwyczaił mnie już The Weeknd i do czego zaczęła przyzwyczajać mnie także Lana na nowym albumie) to muzycznie ma pewną wartość. A może po prostu w tym morzu depresji każdy przejaw szczęścia zacząłem wywyższać ponad resztę utworów?

Kolejne kompozycje – co ciekawe, wszystkie po kolei aż do Summer Bummer – to utwory smutne i bardziej pasujące stylistycznie do Honeymoon. W trakcie odsłuchu od pierwszego utworu ten smutek jest jednak w stanie jeszcze trafić w gust słuchacza. 13 Beaches jest w mojej opinii świetnie wyważone, gdy z jednej strony mamy bardzo oszczędny wokal Lany podczas zwrotki, a z drugiej nienachalną i przemyślaną elektronikę w trakcie refrenu. Cherry przypomina mi w refrenie trochę High by the Beach ze względu na dobrze umiejscowiony trapowy bit; w połączeniu z gitarą i pełnym żalu, ale nie żałosnym wokalem Lany jest to jedna z perełek, które można odkryć na krążku. Po przyjemnym, ale krótkim White Mustang następuje Summer Bummer, w moim przypadku zdecydowany faworyt ze względu na przerażający i zamglony klimat, do którego jednak również musiałem się dość długo przekonywać. A co dalej?

W zasadzie nic. Pierwszą połowę Lust For Life, po pewnym „przetarciu”, słucham z niekłamaną przyjemnością, dalej jednak robi się dla mnie zdecydowanie zbyt ciężko. Utwory zlewają się w całość i choć na pewno coś niezłego się tam jeszcze znajdzie (Change, o ile dobrze kojarzę, również zasługuje na małe wyróżnienie) to jednak następne utwory (których już tytuły odrzucają) nie bronią się zawartością muzyczną. God Bless America – And All The Beautiful Women In It to mój ulubiony przykład. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdyby tych piosenek było (dla przykładu) 12, to album pewnie byłby się w stanie obronić. Kiedy jest ich jednak aż 16, a z czego zaledwie sześć czy siedem da się słuchać, to proporcje stają się mocno zaburzone. Zaburzenie proporcji jest też widoczne we wszechobecnym trapie, którego mogłoby być jednak trochę mniej. Tyle elektroniki przy takim charakterze albumu w moim odczuciu wydaje się po prostu nie na miejscu.

Czy Lust For Life zawodzi? W mojej opinii tak. Tytuł i okładka sugerują coś nowego, wesołego, lecz nawet, kiedy słowa piosenek starają się być bardziej optymistyczne, to muzyczne przygnębienie nie pozwala przebić się tej drugiej warstwie na wierzch. Gdyby jednak płyta była odpowiednio wyważona, ten smutek nikomu by nie przeszkadzał – tutaj jest go dla mnie po prostu za dużo. Po tych sześciu pierwszych utworach utworach, których słucha się z przyjemnością, powoli zaczyna następować zmęczenie materiału.  Jest to album specyficzny i nie chcę nikomu odbierać przyjemności z obcowaniem z nim, należy się jednak nastawić na ponury klimat podparty świetnym wokalem, na zmianę średnimi lub miernymi tekstami oraz trapowymi bitami, które raz się sprawdzają, a raz wywołują uśmiech politowania. Jeżeli nie jest się wielkim fanem depresyjnej muzyki oraz Lany Del Rey, Lust For Life prawdopodobnie nie znajdzie uznania.

Pasek - wydanie

Najnowszy album Lany Del Rey zawodzi nie tylko pod kątem muzyki, ale i wydania. Poprzednie krążki artystki można było nabyć w dniu premiery na CD i winylu, a w wypadku Ultraviolence także w formie kolekcjonerskiego pudła. Lust For Life pojawiło się tylko na srebrnym krążku, co jest decyzją zupełnie niezrozumiałą. Na plus wydawnictwa trzeba zliczyć okładkę, chyba najlepszą w historii nagrań Lany. Ale marna to pociecha, nieprawdaż?

Pasek - informacje

Wykonawca: Lana Del Rey
Tytuł: Lust For Life
Wytwórnia: Interscope Records
Data wydania: 21.07.2017
Gatunek: Pop
Czas trwania: 71:56