Maciej Krzywiński – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Maciej Krzywiński

 

Gdy czytaliście o nim na MttP ostatnim razem, był autorem jednej biografii muzycznej – tej o Faith No More. Dziś to autor z dwoma tytułami o muzyce na koncie. Różnica niby niewielka, ale znacząca: Maciej Krzywiński nie porzucił pisarstwa muzycznego po pierwszej książce, ale postanowił pójść za ciosem. Tym razem na warsztat wziął formacje Carnivore i Type O’ Negative. Ja, korzystając z okazji, zadałem mu kilka pytań; tylko część z nich dotyka bezpośrednio Zgniłej zieleni…. Niektóre dotykają kondycji współczesnej sceny muzycznej, przy innych zastanawiamy się wspólnie, czy Madonna mogła nawoływać do wysadzenia Białego Domu, w którym obecnie rządzi Donald Trump. Jak Wam się wydaje – mogła?

Pasek - kreska

Zgniła zieleń… to twoja kolejna książka po Królach życia…. Czy praca nad nią w znaczący sposób różniła się od pracy nad biografią Faith No More? Jeżeli tak – w jaki sposób?

Nie, w zasadzie było bardzo podobnie. Zasadnicza różnica polegała na tym, że wymieniłem klawiaturę. Choć muszę przyznać, że mimo wszystko wyciągnąłem jakieś wnioski po pierwszej książce. Kiedy okazało się, że członkowie TON mają gdzieś jakąś tam książeczkę z Polski i nie będą zaprzątać sobie głowy rozmowami z Krzywym, to postanowiłem dotrzeć do osób, które historii zespołu wprawdzie nie współtworzyły, ale przynajmniej były jej świadkami. Mam na myśli osoby z otoczenia muzyków, pracowników wytwórni płytowych, fanów, członków rodziny, przyjaciół, reżyserów wideoklipów, no i – last but not least – muzyków Carnivore, która to kapela nie bez powodu znalazła się w podtytule książki, bo jest jej drugim, obok TON, głównym bohaterem. I wydaje mi się, że ta decyzja wyszła książce na zdrowie.

Co zdeterminowało taki a nie inny wybór bohaterów do nowej książki? Czy główną rolę odegrały tutaj osobiste preferencje? A może kierowałeś się jakąś misją?

Tak, oczywiście że osobiste preferencje. Nie napisałbym książki o grupie Stone Sour tylko dlatego, że lubi ją mój kolega. Choć to właściwie intrygujące zagadnienie: czy trzeba koniecznie lubić bohaterów swojej książki? Ciekawe, jakie zdanie mają na ten temat biografowie Hitlera i Stalina albo autor głośnej ostatnio książki o Macierewiczu. Misji żadnej nie było. Nie umiem sobie wyobrazić, jaką można by mieć misję przy pracy nad historią zespołu rockandrollowego, no chyba że byłaby to historia 2TM2.3.

Popularne internetowe stwierdzenie mówi: never meet your heroes. Bo po poznaniu nasi bohaterowie niestety często dużo tracą. Ty, pracując nad książką, mogłeś (a nawet musiałeś) dobrze ich poznać. Czy więc tak się stało w twoim przypadku – że Peter Steele i jego zespoły straciły w twoich oczach? A może odwrotnie?

Odwrotnie. Przede wszystkim dlatego, że – na szczęście! – mam już za sobą ten piękny w swej naiwności, ale właśnie naiwnością zamglony czas, kiedy o muzykach lubianych zespołów myśli się jak o idolach albo bohaterach. A tymczasem oni są ponadprzeciętnie utalentowanymi, niejednokrotnie obezwładniająco charyzmatycznymi, ale jednak przedstawicielami gatunku ludzkiego. Nie defekują wanilią i nie odkrztuszają nektarem. Peter Steele na pewno tak nie miał, bo jego akurat na DVD TON można obejrzeć na klopie. A na dodatek, wbrew pozorom, kawałki TON to w większości wcale nie są uwznioślone rojenia, tylko brutalnie szczere relacje ze zmagań z życiem. Najczęściej sarkastyczne i gorzkie.

Niedawno w magazynie „Classic Rock” pojawił się artykuł, w którym dziennikarze szukali nowych „guitar heroes”. Jak tobie się wydaje – czy jeszcze doczekamy kogoś pokroju Hendrixa czy Page’a? A może to już pieśń przeszłości?

Czas gitarowych rewolucjonistów chyba już minął, ale nie szkodzi, bo wydaje mi się, że nie minął czas pomysłowych muzyków. Nie zapominajmy, że Hendrix i Page zaczynali kilkadziesiąt lat temu, kiedy możliwości gitary elektrycznej nie były jeszcze zbadane. Każde gitarowe odkrycie mogło mieć znamiona przewrotu kopernikańskiego, o co dzisiaj już trudno. Nie ma jednak powodów do niepokoju, bo potencjał wyobraźni na pewno zaskoczy nas jeszcze wielokrotnie. Po prostu nie warto myśleć o muzyce przez pryzmat jednego instrumentu.

Zostając jeszcze w temacie magazynów muzycznych: w tym roku bodaj najsłynniejszy z nich – „Rolling Stone” – obchodzi 50. rocznicę powstania. To bodaj najbardziej znany periodyk muzyczny na świecie – taki, który miał realny wpływ na amerykańską popkulturę. Jak ty postrzegasz rolę tego typu wydawnictw? Nie pytam nawet o rolę drukowanych magazynów, ale generalnie o media muzyczne.

Chyba nikt się już nie łudzi, że media – w szczególności drukowane magazyny – mają moc kształtowania gustów. Ale najfajniejsze jest to, że nikt takiej mocy już od nich nie oczekuje, a jednak wciąż się ukazują i są czytane. Na biednym podobno i umiarkowanie chłonnym rynku polskim ukazuje się chyba z siedem tytułów poświęconych muzyce rockowej i metalowej. Nawet jeśli czytuje je tylko garstka hobbystów, to i tak miło. Równolegle wiele dzieje się online i w tym wypadku, jak dla mnie, prym wiedzie blogosfera napędzana siłami maniakalnych zapaleńców, którzy postanowili podzielić się ze światem swoimi pasjami muzycznymi. Uważam, że to cudowne, że można poczytać, co ma do zarekomendowania kolekcjoner albumów z rdzenną muzyką Mongolii lub fan japońskiego noise’u.

Przy wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA niezwykle aktywni stali się muzycy; chyba pamiętasz jeszcze kontrowersyjną wypowiedź Madonny, która de facto nawoływała do zamachu. Jak sądzisz: czy gwiazdy powinny w ten sposób angażować się w politykę? Czy też lepiej, jakby poprzestały na angażowaniu się w sposób pośredni, poprzez swoją twórczość?

Masz na myśli tę wypowiedź, w której wspomniała, że zastanawiała się, czy aby nie wysadzić Białego Domu? No nie wiem, większość ludzi miewa takie myśli o siedzibach polityków, tylko że mało kto ma okazję artykułować je przed kamerami. Wystarczy postać dłużej w kolejce, by przekonać się, kto by zatruł Tuska, a kto pogłaskał Dudę walcem. Nie widzę powodu, dla którego gwiazdy miałyby kryć się ze swoimi poglądami politycznymi. Nie widzę też powodu, dla którego nie miałyby angażować się politycznie. Jeśli ktoś jest zdania, że ma pomysł na uzdrowienie sytuacji, to proszę bardzo. Oczywiście musi wziąć przy okazji pod uwagę, że może narazić się na śmieszność.

Rozszerzając wcześniejsze pytanie: a jak widzisz nas, dziennikarzy muzycznych, w tym całym politycznym zamieszaniu? Czy my również powinniśmy się w to angażować na łamach naszych pism i portali? Dla przykładu, przywoływany powyżej „Rolling Stone” otwarcie popiera Demokratów właściwie od samego początku swojego istnienia.

Trzeźwy osąd kazałby mi powiedzieć, że po pisma muzyczne sięgam po to, by czytać o muzyce, a nie o polityce. Z drugiej strony doskonale rozumiem, że jeśli komuś się już ulewa, to nie może oprzeć się pokusie wplecenia swoich poglądów między wierszami, a czasem wprost. Mam gdzieś chłodny profesjonalizm, który każe autorowi za wszelką cenę trzymać gębę na kłódkę i pod żadnym pozorem nie ujawnić się z czymś, co choćby na milimetr odbiega od opowieści o piosence. Zwłaszcza że te piosenki nie rodzą się w próżni i często błyszczą refleksami wydarzeń politycznych. Pamiętam, jak lata temu uczęszczałem na studiach na zajęcia z analizy dzieła filmowego: gadaliśmy o naturze recenzji filmowej, a prowadząca zajęcia zapytała, kiedy recenzja przestaje być recenzją. Ktoś stwierdził, że opis niestrawności to już na pewno nie recenzja. Pani doktor odpowiedziała, że może i nie, chyba że to opis niestrawności wywołanej wrażeniami wyniesionymi z obcowania z dziełem. Eureka! Od tamtej pory jestem zdania, że można napisać tłusty tekst o muzyce, nie wspominając ani słowem o dźwiękach.

Napisałeś kolejną książkę – czy jesteś tym zmęczony? Czy też masz już plany na trzecią biografię? Jeżeli tak – zdradzisz kim/czym chciałbyś się zająć?

Teraz chciałbym napisać bajkę dla dzieci.

Na sam koniec pytanie z gatunku humorystycznych; niedawno odbył się w Polsce koncert Guns n’ Roses organizowany przez Live Nation. Nasz rodzimy muzyczny światek lotem błyskawicy obiegły historie, jak słabo Live Nation wywiązał się ze swoich obowiązków. Wobec tego mam pytanie: jaki był najgorszy koncert na jakim byłeś?

To był koncert Urszuli w złotowskim amfiteatrze, na który starzy zaciągnęli mnie na wakacjach. Miałem jakieś sześć lat. Spasiony dziad z wąsami podskakiwał do rytmu „Konika na biegunach” i oblał mnie piwem z plastikowego kubka. Później już nigdy nie wsiadłem na konika na biegunach, nie posłuchałem Urszuli, a przez kolejnych osiem lat nie tknąłem też piwa.

Pasek - kreska

Z fragmentami książki Zgniła Zieleń. Historia Carnivore i Type O Negative można zapoznać się TUTAJ oraz TUTAJ.