Maciej Krzywiński – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Prywatne archiwum rozmówcy

 

Chociaż Polska to kraj, w którym relatywnie dużo osób słucha muzyki obracającej się wokół rocka i metalu (tak przynajmniej mówią mi zagraniczni znajomi-melomani), to wciąż nasze pisarstwo poświęcone tym gatunkom nie jest specjalnie rozwinięte. Owszem, raz na jakiś czas ukaże się coś naprawdę wartego uwagi, zwykle jednak lepszym wyborem jest sięgnięcie po jedną z wielu publikacji zagranicznych, bardzo często przetłumaczonych na nasz język. Tym bardziej należy się cieszyć w sytuacji, gdy pochodzący znad Wisły autor zabiera się za jakiś temat związany z mocnym graniem gitarowym i – przynajmniej wstępna lektura ściśle strzeżonych fragmentów na to wskazuje – wychodzi mu to naprawdę dobrze.

Pasek - kreska

Wynalazłem, że twoim pierwszym tekstem o muzyce był opis, nawet nie recenzja, Diabolus in Musica Slayera. Za kilka-kilkanaście tygodni ukaże się twoja książka o Faith No More. Czy masz poczucie, że przeszedłeś drogę, którą dane jest iść – tak naprawdę – tylko nielicznym?

Podobno w czasach nowożytnych powstało na świecie około stu trzydziestu milionów książek. Gdy przyjrzeć się zagadnieniu z takiej perspektywy, to jednak wcale nie tak nielicznym. Ale jeśli masz na myśli książki o Faith No More, to rzeczywiście nielicznym (śmiech). No dobra – tu chyba dokonam autodeprecjacji – nie jest tak trudno napisać książkę. Zwłaszcza na temat, który obchodzi i interesuje autora. Być może nieco trudniej ją opublikować, ale – podobnie jak to jest z fonografią – jednak łatwiej i taniej niż kiedykolwiek w historii kultury. Jak się uprzesz, to poradzisz sobie właściwie bez wychodzenia z pokoju. Zmierzam do tego, że zbliżająca się premiera Królów życia napawa mnie dumą, jest głębokim źródłem satysfakcji i w ogóle petarda, ale do grona nielicznych to zaliczał się Dostojewski, a nie autorzy biografii zespołów rockowych.

Jak oceniasz swoje początki dziennikarskie z perspektywy czasu? Czy masz jakieś rady dla ludzi, którzy chcieliby zacząć pisać o muzyce?

Zdarzało mi się zadawać podobne pytania muzykom, a w odpowiedzi często słyszałem spraną w sumie, ale – teraz już wiem – trafioną analogię do przeglądania swoich zdjęć sprzed kilkunastu bądź kilkudziesięciu lat. Grzywka cokolwiek ekstrawagancka, uśmiech jak po rażeniu paralizatorem, ale to jednak wciąż ty, nie? Kiedy przypominam sobie, że jako nastolatek pomyliłem w jednej z recenzji słowo „błędnik” ze słowem „błonnik”, to już nie oblewa mnie rumieniec wstydu, raczej bawi mnie nieporadność i naiwność. Między innymi dlatego początki – „dziennikarskie” to jednak słowo na wyrost – wspominam z rozrzewnieniem. Nie żebym był stary, ale wtedy zasady były jeszcze nieco inne: wydawcy rozsyłali promocyjne egzemplarze płyt w formie fizycznych nośników, czasem na kilkanaście tygodni przed premierą rynkową, co mi, napalonemu młodzieńcowi, dawało poczucie uczestnictwa w elitarnej defloracji. A co do rad, to proponowałbym słuchać muzyki, ile wlezie, od Perotinusa do Merzbow. W najgorszym razie się nie spodoba, w najlepszym – doznacie iluminacji.

Jak to się stało, że za temat wziąłeś sobie akurat Faith No More? Miłość do zespołu, chęć zajęcia się gorącym tematem? Może jakieś inne czynniki?

Bo temat Slayera został już zagospodarowany, a do napisania o Dylanie jeszcze nie dorosłem. Tak naprawdę nosiłem się z zamiarem napisania książki już od dłuższego czasu. Jedną napocząłem nawet kilka lat temu, ale ta akurat nie miała nic wspólnego z muzyką i po dziś dzień pulsuje sobie na pulpicie mojego komputera w oczekiwaniu na lepszy czas. Albo gorszy, bo podobno cierpienia są najbardziej pożywną strawą twórców. W każdym razie o książce poświęconej muzyce również zacząłem myśleć już ze trzy lata temu, ale nie składało się. Przynajmniej dwa pomysły storpedował brak zainteresowania podmiotów, o których chciałem napisać. O tym, że Faith No More nie będą błogosławić mojej książki jako oficjalnej biografii wiedziałem akurat z wyprzedzeniem, ale w tym wypadku się nie zniechęciłem. Do trzech razy sztuka. No i – last but not least – ten zespół nie tylko gra ciekawą muzykę, ale i ma ciekawą historię. Może nie tak ognistą jak Burzum, ale jednak ciekawszą od na przykład Muse, którzy historię mają porywającą jak fryzury.

Jak wyglądały początki twojej pracy nad książką? Od czego zacząłeś, gdzie zasięgałeś pierwszych informacji?

Nie jestem wprawdzie muzykiem, ale kiedy jako dziecię fantazjowałem o losie muzyka – później sami muzycy zweryfikowali te fantazje, kiedy ośmieliłem się ich zapytać – to byłem przekonany, że pomysł na utwór jest w głowie twórcy skończony już na samym początku, a potem instrumentami i głosem daje się mu już tylko oprawę. I tak mniej więcej było z Królami życia – dlatego początki pracy były mało spektakularne, za to metodyczne. Usiadłem i zacząłem pisać. I już. A następnie każdego dnia siadałem i pisałem. Poza tym słuchałem i czytałem.

Czy w trakcie pisania przychodziły ci do głowy różne myśli typu: „Nie, nie dam rady. Kasuję ten projekt”? Czy raczej cały czas widziałeś przed sobą cel, do którego w miarę bezproblemowo dążyłeś?

Mnogość moich niewątpliwych zalet nie wyklucza niestety jednej bolesnej wady: skłonności do dramatyzowania. I dlatego rzeczywiście miewałem chwile zwątpienia, ale mimo wszystko nie na tyle dojmującego, by łkać albo słuchać Everybody Hurts R.E.M. Skądinąd bardzo fajnego zespołu, ale wolę Moral Kiosk. Rzeczywiście jednak trzymał mnie w ryzach cel, ale i deadline. Nie wierzę w romantyczne koncepcje natchnienia. Moim zdaniem książki, a już na pewno biografie muzyczne, rodzą się nie z natchnienia, tylko z systematycznej, czasem żmudnej, pracy. Nie trzeba być Konradem z Wielkiej Improwizacji, żeby spisać historię Faith No More.

Jak długo zajęła ci praca nad książką? Czy z perspektywy czasu możesz powiedzieć, że z dzisiejszą wiedzą o trudach tego typu pisarstwa i tak byś się podjął tego zadania?

Zacząłem w lutym, skończyłem w lipcu. A zatem pół roku, ale dzień w dzień, z nielicznymi wyjątkami. Oczywiście nie mogłem pozwolić sobie na to, by pisać od ósmej do szesnastej, bo w tych godzinach zarabiam na chleb, ale miałem żelazną zasadę, by każdego dnia zrobić postęp o dość precyzyjnie określoną liczbę znaków. Wiadomo, więcej tego było w weekendy. Druga część twojego pytania zawiera tezę, jakoby pisanie książki implikowało trudy. A moja odpowiedź na poprzednie pytanie zdaje się tę tezę potwierdzać. Ale kiedy myślę o tym z perspektywy czasu, to wspominam proces jako czasochłonny, czasem rzeczywiście męczący, ale generalnie niezwykle przyjemny. Trudno ma górnik, pielęgniarka albo prostytutka, pisanie książeczki o zespole rozrywkowym to sama frajda.

W jaki sposób pracowałeś nad Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia)? Kawka w Starbucksie i laptop, ciepło domowego ogniska i komputer? A może spisywałeś wszystko własną krwią, ręcznie – jak na prawdziwie metalowe klimaty przystało?

W życiu nie byłem w Starbucksie. Od kawy w papierowym kubku na pewno wolałbym choćby i kawę w szklance wsadzonej w aluminiowy koszyczek i postawionej na ceratce. Krwią też nie dało rady – wiadomo: błękitna… Nie mówiąc o tym, że wydawca i pani korektor mogliby zażądać aktualnych wyników badań, a ja nie lubię się kłuć. No i na szczęście Faith No More nigdy nie wpisywali się w prawdziwie metalowe klimaty, więc w spokoju mogłem pozwolić sobie na nudę klepaniny przy biurku we własnym domu. A czasem w cudzym – pozdrawiam teściową!

W przedpremierowych materiałach otrzymaliśmy fragment rozdziału Sportowiec, który zawiódł, gwałci ziemię. Czy możemy spodziewać się więcej tego typu tytułów?

Wprawdzie nie do końca wiem, jakiego typu to tytuł, ale chętnie przytoczę tytuły kilku innych rozdziałów: Bystrzy młodzi mężczyźni, jeden z olbrzymią szopą, Dupek, znowu z szopą, i wokalista poza tonacją, Kucharz Boba Dylana, Długowłosy dupek i wykolejeńcy na kwasie, Skacząc bez lewej stopy, za to z ciągnikiem w jajach, Życie wieczne kupy. Jak widzisz, sporo dupków i szop.

Jak zachęciłbyś potencjalnych czytelników Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia) do sięgnięcia po ten tytuł?

Po prostu rzućcie okiem na fragmenty, które można już odnaleźć w kilku miejscach sieci i spróbujcie na tej podstawie samemu dokonać wyboru. Czegokolwiek bym tu nie wymyślił, nie zdołam nawet otrzeć się o obiektywizm.

Co sądzisz, jako ekspert, o obecnej kondycji „pisarstwa” branżowego?

Opinię mogę kształtować na podstawie książek muzycznych, które czytam jako recenzent i zwykły fascynat tematyki, a więc będzie to kilkadziesiąt pozycji co roku, co jednak nie predestynuje mnie do roli eksperta. I cóż, z jakością książek muzycznych jest jak z jakością dyskografii Mike’a Pattona – obok pozycji wybitnych pojawiają się dobre i bardzo dobre, ale również słabe. Abstrahując od treści, to nie zrozumiem chyba nigdy, jak to możliwe, że poważne z pozoru wydawnictwa są zdolne do tego, by przyoszczędzić na korekcie. Nie winię autorów, bo kiedy wybebeszysz się z kilkuset tysięcy znaków, nawet oczywiste błędy mogą umknąć, ale po to – między innymi – jest wydawca, żebym nie musiał czytać „pokarzemy” tam, gdzie miało być „pokażemy” – taki przykład jasno pokazuje, że autokorekta Worda nie zawsze wystarczy.

A sama branża muzyczna? Pytam zarówno o Polskę, jak i świat.

O branży to nie wiem za wiele, bardziej absorbuje mnie muzyka. Choć ta druga chyba coraz bardziej wikła się w tę pierwszą, albo ta pierwsza dokłada starań, by deflorować za każdym rogiem drugą. Ale tak naprawdę jestem dobrej myśli – do uszu słuchacza płynie bardzo dużo dobra, przeżywamy wręcz klęskę urodzaju. A że przy okazji powstaje dwa razy więcej szajsu? Cóż, tam gdzie plony obfite, tam z reguły zużyto mnóstwo nawozu.

Jesteś, tak mi się wydaje, mocniej związany z papierem, ale na pewno możesz też wypowiedzieć się na temat prasy internetowej – jakie, Twoim zdaniem, są główne różnice między oboma typami tych mediów? W jaki sposób mogą się one uzupełniać? W czym lepsze mogą okazać się magazyny/portale internetowe, a gdzie górują tradycyjne wydawnictwa?

Teraz rzeczywiście mam bliższe związki z papierem, ale przez kilka lat współpracowałem z nieistniejącymi już portalami Independent.pl oraz Polishsound.com, chociaż na stronach tego drugiego lądowały wyłącznie teksty po angielsku. Na pewno przewaga mediów cyfrowych to szybkość – zanim materiał przeznaczony na łamy magazynu opuści drukarnię, w sieci jest już podśmierdującym, ale obudowanym tysiącem komentarzy, trupem. Ta natychmiastowość i szansa na interakcję są kuszące. Choć chętnie zobaczyłbym portal, który tę szansę wyzyskuje do ekstremum i na przykład pozwala w czasie rzeczywistym, nie tylko w komentarzach, współtworzyć swą zasadniczą treść czytelnikom. Trochę tak, jak Czesław Mozil pozwolił teksty na swój debiutancki album stworzyć internautom. W najgorszym wypadku wyszłaby z tego satyra na wiek dezinformacji. Co powiedziawszy, muszę z całą siłą podkreślić, że tablet nigdy nie będzie pachniał tak wspaniale jak świeżo otwarty magazyn.

Zbierasz płyty, jesteś kolekcjonerem? Czy też radzisz sobie świetnie bez trzech ton plastiku w domu? Jak odnosisz się do wszelkiego rodzaju serwisów streamingowych, takich jak Spotify, WiMP czy TIDAL?

Zbieram, chociaż przy niedawnej przeprowadzce pozbyłem się dość tłustej kolekcji kaset, a tu się nagle okazuje, że powracają one do łask. A streaming przypomina mi o stanowiskach odsłuchowych, które były całkiem rozpowszechnione w sklepach płytowych, kiedy takowe miały się jeszcze dobrze. Można skorzystać, miłe udogodnienie, ale żeby wyłącznie tak? Chociaż nie będę też pieprzył tu w imię niezidentyfikowanego etosu kolekcjonera, że nie jest przyjemnie mieć świadomość, że możesz posłuchać prawie każdego albumu, na jaki najdzie cię ochota, zamiast uganiać się za nim na przykład po giełdach płytowych. Ale ogrom może przytłoczyć i udusić. No, stara dobra prawda o dwóch stronach medalu.

Wydajesz książkę i… co dalej? Masz już jakieś konkretne plany?

Książka, wywiad, ale łazienka się sama nie posprząta. To tyle, jeśli chodzi o najbliższe plany.