Make America Great Again, czyli burzliwa ceremonia rozdania nagród Grammy

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: The Recording Academy

 

Ponoć żyjemy w czasach głębokiego podziału. Szczególnie wyraźnie widać go w Ameryce; już w trakcie ostatnich wyborów sytuacja stawała się coraz bardziej gorąca, zaś ogłoszenie ich wyników niewiele tu pomogło. Nie chcę jednak wymądrzać się na tematy polityczne, na szczęście nie z tym aspektem ludzkiej kultury/cywilizacji związałem swoje zainteresowania. Nawiązuję jednak do sytuacji w USA, ponieważ ma ona wpływ na wszystko: od codziennego życia setek tysięcy ludzi i ich szarej codzienności po ceremonię rozdania nagród Grammy.

12 lutego 2017 roku (a więc przedwczoraj) w Staples Center w Los Angeles odbyła się 59. ceremonia nagród Grammy (59th Annual Grammy Awards), chyba najbardziej prestiżowej nagrody na naszym poletku muzycznym. Chociaż nie jest ona tak popularna jak jej większy i starszy brat – Oscar – to od wielu, wielu lat wzbudza wielkie emocje (więcej o jej historii możecie przeczytać TUTAJ) – i to z wielu powodów. Nie potrafię oprzeć się jednak wrażeniu, że wczorajsza impreza była w tym aspekcie wyjątkowa: wszyscy wielbiciele błędów, burd i fermentu mogli znaleźć coś dla siebie. Jedni bez wątpienia skupili swoją uwagę na przykuwającej oko sukni Joy Villi, inni z rozbawieniem oglądali wściekłego Jamesa Hetfielda, który bezskutecznie wydzierał się do mikrofonu, jak się okazało – wyłączonego. Spore zamieszanie wywołał także występ Beyoncé; z kolei dla Polaków kluczowym momentem było wyróżnienie złotą statuetką Krzysztofa Pendereckiego (wywiad TUTAJ) za album Penderecki conducts Penderecki vol. 1 (recenzja TUTAJ). Dlatego też postanowiłem opisać – przynajmniej pokrótce – te cztery wydarzenia, które stanowiły o kolorycie kolejnego już rozdania nagród Grammy.

Make America Great Again to jedno z najczęściej powtarzanych w 2016 roku haseł. M.in. ono zaprowadziło Donalda Trumpa na najważniejszy fotel prezydencki na świecie, stając się jednocześnie znienawidzonym przez lewą część strony politycznej symbolem. Jednak to przede wszystkim chwytliwa fraza (którą, na dodatek, można ładnie skrócić do MAGA), a także skuteczne narzędzie do autopromocji. W tej roli hasło to wykorzystała wczoraj Joy Villa. Nie kojarzycie kto to? I słusznie, bowiem urodzona w 1991 roku artystka niewiele do tej pory osiągnęła. Dość będzie powiedzieć, że na jej wikipediowym biogramie najwięcej miejsca zajmuje akapit zatytułowany… Grammy Award outfits. Tym razem młoda Amerykanka strzeliła w przysłowiową dziesiątkę, występując w stroju, którego główną częścią było właśnie rzeczone hasło, uzupełnione o gigantyczne nazwisko 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Internet szybko podzielił się na dwa obozy: tych, którzy ten ruch poparli oraz tych, którym nie przypadł szczególnie do gustu. Poplecznicy Trumpa namawiali siebie nawzajem do odwdzięczenia się piosenkarce, co miało się wyrażać w – rzecz jasna – nabywaniu jej płyt i piosenek. Ich akcja okazała się skuteczna, dzięki czemu Villa mogła cieszyć się ze zwiększonej sprzedaży swoich dzieł m.in. za pośrednictwem Amazona czy iTunesa, gdzie jej album I Make the Static wyraźnie awansował na liście najpopularniejszych płyt. Rzecz jasna zupełnie inaczej zareagowali przeciwnicy obecnie urzędującego prezydenta (tym bardziej, że do tego „zdarzenia” doszło w Kalifornii, a więc stanie, który tradycyjnie „należy” do Demokratów). Pod adresem artystki padło wiele nieprzyjemnych słów, a przywołany powyżej biogram na Wikipedii przez chwilę informował, że jej scenicznym przezwiskiem jest „Princess Trump Trash”. Jak widać, na muzykę w tej sytuacji zbyt wiele miejsca nie pozostało, chociaż Villa zapewne cieszy się z takiego obrotu spraw. No i jedno trzeba przyznać – w swojej sukni prezentowała się naprawdę świetnie.

Zupełnie inny charakter miał występ Lady Gagi i Metalliki, o którym mówiło się już od jakiegoś czasu. Niezależnie od tego co sądzimy o tym wizerunkowym ruchu (moją opinię poznacie za chwilkę), warto zapoznać się z przebiegiem tego momentu ceremonii. Otóż na początku wykonania (świetnego swoją drogą) kawałka Moth Into Flame z najnowszej płyty (recenzja TUTAJ) mikrofon Jamesa po prostu nie zadziałał. Oczywiście tego typu defekty mogą zdarzyć się zawsze i wszędzie, ale akurat podczas imprezy takiej rangi nie powinny. Charyzmatyczny lider Metalliki ewidentnie był wściekły, co zaowocowało jednak i kilkoma pozytywami; zamiast siedzieć cicho podszedł do mikrofonu Lady Gagi, gdzie z furią wyśpiewywał kolejne wersy swojego kawałka, w tym samym czasie epicko wyglądając z gwiazdą pop na tle płomieni. Na sam koniec warto dodać, że przyczyna awarii została bardzo szybko rozwiązana: jeden z członków ekipy technicznej przez pomyłkę wyjął kabel. Ot, i cała tajemnica.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że opisany wyżej występ był przyczynkiem do licznych – i momentami dość burzliwych – dyskusji dotyczących tego czy Metallica zdradziła metal. Muszę przyznać, że chyba żaden inny zespół nie musiał tak często stawać przed podobnymi zarzutami. I to nie tylko w obrębie samego metalu. Dla niektórych Meta skończyła się (wiadomo) na Kill’Em All, inni winią ją za powstanie Black Albumu, kolejni wypominają kompromitujące wpadki: czy to w sferze artystycznej (Lulu, kojarzy ktoś?), czy wizerunkowej (Napster). Sam bardzo cenię sobie dorobek tej formacji i chociaż nie pochwalam wszystkich ich decyzji, to jestem już zmęczony czytaniem utrzymanych w negatywnym tonie komentarzy. Wiadomo przecież, że od bardzo wielu lat zespół ten jest czymś więcej niż „tylko” formacją muzyczną – to raczej międzynarodowa marka, która uczciwie wywalczyła swoją drogę na szczyt. Każdy z zespołów z pierwszej fali thrashu miał taką samą szansę (a niektóre, jak przez spory czas Anthrax, nawet większą) i jestem przekonany, że każdy chciałby się na miejscu Metalliki znaleźć. Oczywiście z działającym mikrofonem.

To co dla Mety jest problematyczne (chęć znalezienia się w centrum uwagi), dla innych artystów jest koniecznym wymogiem. Bez wątpienia do grupy tej należy Beyoncé, która na ceremonię postanowiła założyć cokolwiek dziwny strój. Kilkanaście dni temu świat obiegła wiadomość o podwójnej ciąży wokalistki, która poinformowała o niej przy użyciu zdjęcia, na którym widać zaawansowany stan ciąży. Oczywiście to wspaniale, że Amerykanka spełnia swoje marzenia i uważa nadejście dwójki dzieci za błogosławieństwo. Szkoda jednak, że postanowiła tę wiadomość wepchać nam wszystkim do gardła, ubierając się w taki sposób, by nikt (podkreślam: NIKT) nie miał żadnych wątpliwości co do jej aktualnego stanu. Co więcej, niektóre osoby oburzyły się, wskazując na to, iż Beyoncé swoimi ciuchami starała się upodobnić do… Matki Boskiej. Ja sam tego podobieństwa nie dostrzegam, ale być może za mało czasu spędzam na takich portalach jak Fronda.

Na sam koniec tego felietonu zostawiłem sobie informację dla mnie (i, ogólnie, Polaków) najmilszą. Kolejną, czwartą już nagrodę Grammy zabrał do domu Krzysztof Penderecki. Profesor został uhonorowany „muzycznym Oscarem” za znakomity album Penderecki conducts Penderecki vol. 1, w skład którego weszły jego nagrania (zarówno starsze, jak i te nowsze) w jego własnej interpretacji. Warto dodać, że to kolejna statuetka Grammy, która trafiła do Polaka (wcześniej cieszyli się z nich m.in. Włodek Pawlik czy Jacek Gawłowski). Jedyne co mąci moją radość, to fakt, iż Pendereckiemu do absolutnych rekordzistów (którzy również są związani z muzyką wokalno-instrumentalną) jeszcze trochę mu brakuje. Będąc bardziej dokładnym: ok. 20-25 statuetek.

Za co kochamy Grammy? Za trafne decyzje i opiniotwórczość? Raczej nie, czego potwierdzeniem jest kolejne rozbicie banku przez Adele za mierny krążek 25. A może za prowokowanie inteligentnych dyskusji o muzyce, sztuce, polityce czy przyszłości ludzkości? Patrząc na dziki hejt, którym została obrzucona Joy Villa – również nie. Miłośnicy muzyki emocjonują się tą nagrodą właśnie za emocje, które wywołuje. Podczas tegorocznej ceremonii tych nie zabrakło. Szkoda tylko, że nie wszystkie były pozytywne.