Maurycy Nowakowski – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Monika Faron (nr 1-3), In Rock (nr 4)

 

„Życie nie jest z gumy” – tymi słowami kończy się mój wywiad z Maurycym Nowakowskim. Dziwne to stwierdzenie w ustach człowieka, który właśnie zakończył dwuletni proces pisania pierwszej pełnoprawnej biografii Riverside i już myśli o wydaniu kolejnych książek, tym razem powieści. Zanim jednak będziemy mogli zapoznać się z jego kolejnymi propozycjami, warto pochylić się nad Snem w wysokiej rozdzielczości (więcej TUTAJ) i nad tym, co o tej publikacji myśli sam autor.

Pasek - kreska

Dlaczego akurat Riverside? Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że to jeden z popularniejszych rodzimych zespołów za granicą, ale czy nie jest za wcześnie na biografię tej grupy?

Wychodzę z założenia, że tego typu książki powinny towarzyszyć twórcom na różnych etapach działalności i rozwoju artystycznego. Pierwsze książki o zespołach Genesis czy Pink Floyd pojawiły się w Wielkiej Brytanii już w latach 70. i w pewnym stopniu do dziś stanowią fundament wiedzy o tych grupach. Dokumentowanie na różnych etapach jest konieczne przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, wspomnienia się zacierają, a po drugie, co równie istotne, zmienia się percepcja, postrzeganie różnych wydarzeń i relacji. Sen w wysokiej rozdzielczości to szczegółowa monografia dokumentująca pierwsze piętnaście lat istnienia Riverside, ale też jest swoistą literacką fotografią tego, jak muzycy wspominali te 15 lat w okresie 2014-16. Gdyby taka książka powstała w innym czasie pewnie znacznie różniłaby się od Snu…. Różniłaby się również gdyby napisał ją ktoś inny. Jestem przekonany, że książek o Riverside będzie kilka, może i kilkanaście w różnych krajach, i że książki te kiedyś będą się fajnie uzupełniać i pokazywać tę historię z różnych perspektyw. A dlaczego akurat Riverside? Abstrahując od tego, że to naprawdę wyśmienita, niebanalna muzyka, to mamy do czynienia z historią, która jest wartościowa sama w sobie. Opowiada bowiem o ludziach, którzy na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie najzwyklejszych facetów, a osiągnęli coś czego nie udało się w Polsce po 89. roku jeszcze nikomu osiągnąć. Odnieśli międzynarodowy sukces grając muzykę nie-mainstreamową.

Jak udało się Panu dotrzeć do muzyków Riverside? Jak wyglądały Wasze początki? Od razu zaskoczyło czy trudno było pokonać nieufność, która czasami rodzi się między dziennikarzem a muzykiem?

Szczerze mówiąc to oni dotarli do mnie. W 2006 roku napisałem obszerny artykuł biograficzny poświęcony Riverside, zatytułowany Sen na jawie. Wtedy to był naprawdę młodziutki zespół, miał za sobą ledwie trzy lata intensywnego funkcjonowania, dwie płyty i mini-album, ale już wtedy postanowiłem pogrzebać w tej historii. Jeszcze wówczas nie kontaktowałem się z muzykami, napisałem tamten artykuł na podstawie wywiadów z pism i portali internetowych. Rok później fanklub zorganizował konkurs na biografię i ten mój artykuł zwyciężył. Dowiedziałem się o tym od Mariusza Dudy, który napisał do mnie maila. Taki był zupełny początek naszych relacji. Jakiś czas później zaczęliśmy się spotykać, zwykle po koncertach, a że zjeździłem za Riverside spory kawał Polski te spotkania były coraz częstsze. Z pokonywaniem nieufności nie miałem specjalnego problemu, bo muzycy Riverside są raczej dosyć otwarci na tego typu relacje, mają mnóstwo znajomych na całym świecie i są to znajomości właśnie zawarte w takich okolicznościach około-koncertowych. Między nami też nigdy nie było relacji dziennikarz-muzyk, po części dlatego, że jestem pisarzem, a nie dziennikarzem, a po części dlatego, że fundamentem naszych kontaktów stało się raczej coś w rodzaju koleżeństwa. Wystartowaliśmy od sympatii i zaufania, i dopiero wchodziliśmy w rolę biograf-muzyk. Dzięki temu to wszystko było prostsze.

W jaki sposób pracował Pan nad swoją książką? Wyczytałem, że głównym źródłem są opowieści jej poszczególnych bohaterów – ale czy jedynym?

Na wiedzę wykorzystaną w monografii Riverside składają się głównie dwie rzeczy. Treści rozmów jakie przeprowadziłem z muzykami oraz moje spostrzeżenia i analizy. To jakieś 90 procent. Pozostałe 10 to materiały zewnętrzne, fragmenty recenzji płyt z pism muzycznych i wywiady przeprowadzone przez innych dziennikarzy. Ale najważniejsze były nasze rozmowy. Umawiałem z chłopakami indywidualne spotkania, takie kilkugodzinne „jeden na jeden”, gdzie jedynym świadkiem był dyktafon. Chciałem żeby to tak wyglądało, bo w takich warunkach każdy członek zespołu mógł się wygadać, otworzyć, nikt nie kwestionował tego co ktoś inny mówił, nikt nie wchodził w słowo. Muzycy nie mogli się wzajemnie ratować, co zmuszało ich do wytężenia pamięci. Mogli mówić szczerze i szczegółowo. I mówili.

Ile czasu zajęło Panu napisanie Snu w wysokiej rozdzielczości? Czy podjąłby się Pan tego wysiłku teraz, wiedząc już z czym autor biografii musi się mierzyć?

Wywiady zacząłem robić w maju 2014. Pierwszy rozdział powstał w październiku 2014. Ostatnie zdania napisałem w maju 2016, czyli wychodzi na to, że cała operacja zajęła niemal równo dwa lata, a pisanie – powiedzmy – około półtora roku. Wysiłek spory, ale z gatunku tych przyjemnych. Nie tylko podjąłbym się tego wysiłku jeszcze raz, ale już powoli rozglądam się za nowym tematem. Co prawda jestem w trakcie pracy nad dwiema powieściami, ale chciałbym kontynuować swoją drogę „biograficzną”. Liczę się z tym, że niektóre tego typu misje będę dużo trudniejsze i bardziej rozciągnięte w czasie. Że trzeba będzie się jeszcze bardziej postarać. Ale cała przyjemność w tych staraniach.

Jak oceniłby Pan współpracę z wydawnictwem In Rock? Do jakiego stopnia miał Pan wpływ na wydanie książki, tj. jej okładkę, tytuł, wykorzystane zdjęcia?

In Rock od dawna był moim ulubionym wydawnictwem specjalizującym się biografiach muzycznych. Jedną dużą półkę w domowej bibliotece zajmują książki wydane właśnie przez tę firmę. Pamiętam pierwszy zakup – antologię tekstów i przekładów Rogera Watersa nabytą w 2002 roku. W następnych latach sięgnąłem po następne książki oferowane przez In Rock. Bardzo chciałem kiedyś coś u nich wydać. Jeśli chodzi o stopień wolności, to miałem wolną rękę we wszystkich najważniejszych kwestiach. Okładka Travisa to mój pomysł, na jej wygląd wpływ też miał Mariusz Duda, który nawiązał gorącą linię z Travisem i przekazywał mu nasze wizje graficzne. Tytuł wymyśliłem już na początku pracy. Często tak mam, że robocze tytuły zostają ostatecznymi. Za dobór zdjęć odpowiada zespół. Tu już nie ingerowałem będąc wdzięcznym, że zostałem w tym wyręczony (śmiech).

Obecnie w Polsce wydaje się coraz więcej książek o tematyce muzycznej. Nie mówię tu o pozycjach naukowych, ale rzeczach skierowanych do szerszego grona czytelników. Czym uzasadniłby Pan ten trend? Czy – pańskim zdaniem – utrzyma się on w następnych latach?

Myślę, że powodem jest po prostu spory popyt na tego typu publikacje i lepsze rozeznanie polskich wydawców. To dobre zjawisko, bo w ostatnich latach polskie firmy wydały na polskim rynku przynajmniej kilkanaście biografii, które moim zdaniem były bardzo potrzebne, jak choćby książka o Queen czy teraz autobiografia Phila Collinsa. Nie czytam już zbyt wielu tego typu książek, ale co jakiś czas coś przykuwa moją uwagę. Myślę, że trend się utrzyma, ważne jednak żeby ten rynek trzymał poziom i żeby jednak inwestować w książki które są wartościowe, opowiadają o klasowych artystach, których losy mogą w fajny sposób kształtować młodych ludzi.

Czy mógłby Pan polecić dwie-trzy książki muzyczne? Takie, które są dla Pana przykładem idealnie skrojonej literatury tego typu?

Chyba nie spotkałem jeszcze idealnej biografii, nie tylko muzycznej, ale również filmowej czy literackiej. Bardzo dobrą monografię Genesis napisał Łukasz Hernik. W krainie muzycznych olbrzymów to prawdopodobnie najlepsza książka o Genesis jaka kiedykolwiek powstała. Chyba nawet Brytyjczycy nie mają tak dobrze napisanej, tak obszernej i fachowej książki o tym zespole. Podobała mi się biografia Romana Polańskiego napisana przez Christophera Sandforda. Sandford bardzo zręcznie połączył w tej książce życie prywatne z zawodowym artysty. Płynnie się to wszystko uzupełniało. Te dwa tytuły wpłynęły na mnie jako autora i być może wyznaczyły jakiś kierunek moich pisarsko-biograficznych poszukiwań. W ostatnich latach częściej sięgałem po innego typu biografie, skupione raczej na nietypowych losach, życiach prywatnych artystów już nieżyjących, jak Portret podwójny Grzebałkowskiej czy Stryjeńska Angeliki Kuźniak. Trudno te biografie nazwać idealnie skrojonymi, powiedziałbym raczej, że mają one w sobie coś z reportażu, nie aspirują do miana kompletnego kompendium wiedzy, podporządkowując konstrukcję jakimś konkretnym aspektom i ideom, ale w sumie to ciekawe i sprawnie przygotowane pozycje.

Jest Pan dziennikarzem, który mocno związany jest z rockiem progresywnym. Co odnajduje Pan w tym gatunku? A może są rzeczy, których Pan w nim nie akceptuje?

Odnajduję w tym gatunku formę, która najefektywniej przenosi różnorodne emocje. Ta muzyka, odkąd pamiętam najgłębiej mnie poruszała, najmocniej działa na wyobraźnię. Nie akceptuję pustki merytorycznej albo emocjonalnej ubranej w zbyt napuszoną formę. Czasami zdarza się, że umiejętności techniczne i zmysł konstrukcyjny muzyków są na poziomie odpowiednio wysokim, by grać progrocka, ale brakuje im przestrzeni emocjonalnej. Jestem uczulony na taką imitację. Omijam takie płyty i grupy szerokim łukiem, co nie zmienia faktu, że proporcje na mojej półce z płytami są takie, że 70 procent płyt to płyty z muzyką progresywną. Są pewne sfery emocjonalne do których dogrzebać może się niezmiennie tylko progresja.

Jak wygląda idealnie wydana książka muzyczna? Duży album z pięknymi zdjęciami? A może coś zupełnie innego?

Szczerze mówiąc wygląd książki muzycznej jest dla mnie sprawą drugoplanową. Dla pisarza najważniejsza jest treść, więc dla mnie celem nadrzędnym jest żeby książka była ciekawa, prawdziwa, inteligentnie skonstruowana i dobrze napisana. Albumy ze zdjęciami kompletnie mnie nie interesują, ale oczywiście ważne jest też żeby książka efektownie wyglądała. Merytoryki i poziomu literackiego nie oceniam, bo mi nie wypada, ale pod względem prezencji, gdyby monografia Riverside miała twardą oprawę myślę, że byłoby blisko ideału (śmiech).

Czy zechciałby Pan opisać pokrótce swoje doświadczenie literackie związane z Okrągłym przekrętem oraz Plagiatem? Jak tworzenie tego typu literatury pomogło Panu przy pracy historyka-biografa? A może wcale nie było pomocne?

Przede wszystkim rozwinęło mnie literacko, pozwoliło na wzbogacenie języka, na dużo szersze spojrzenie na konstrukcję, no i dało większą pewność siebie. Nawet gdy pisałem swoje pierwsze biografie wiedziałem, że jestem pisarzem a nie dziennikarzem tworzącym duże formy. Ale potrzebowałem kilku lat, aby zdecydować się na napisanie powieści. Nie przepadam za improwizacją literacką, dlatego zanim usiądę do pracy muszę wiedzieć co chcę przekazać i w jakiej formie. Okrągły przekręt to były pierwsze koty za płoty, ale druga powieść, kryminał Plagiat, już mnie ugruntowała, a ten fundament pisarski który się we mnie zrodził bardzo mi pomógł przy pracy nad Snem w wysokiej rozdzielczości. Zaczynając biografię Riverside byłem dużo lepiej przygotowany – nie tylko merytorycznie, ale też literacko – do wysiłku twórczego niż cztery lata wcześniej, gdy zaczynałem książkę o Peterze Gabrielu. Czułem w sobie ten nowy bagaż doświadczeń wynikający z pracy nad beletrystyką.

Jeżeli miałby Pan wybrać kapelę lub artystę, którego biografia Pana autorstwa miałaby się okazać najlepsza w całej pańskiej karierze, to kogo by Pan wybrał? To pytanie hipotetyczne, więc załóżmy, że miałby Pan nieograniczony dostęp do źródeł, zarówno w postaci rozmów z samymi muzykami, jak i innego typu :)

Nie wiem czy umiem na to pytanie odpowiedzieć… czy w ogóle dziś jest jakakolwiek sensowna odpowiedź na to pytanie. Nie wiem co wydarzy się w kolejnych latach. W tej chwili kończę pracę nad powieścią, w głowie rozwija się pomysł na kolejną i praca nad nią wypełni mi czas minimum do połowy przyszłego roku. Nie mam w tym momencie żadnych planów „biograficznych”, a kierunek który obierałem dotychczas zupełnie się wyczerpał. Dotarłem do ściany. Nie widzę już w świecie muzyki artystów, którym teraz byłbym w stanie poświęcić dwa, czy trzy lata życia na przygotowanie książki. Niewykluczone, że książka o Riverside to moja ostatnia biografia muzyczna. Interesuje mnie kilku artystów polskiego kina i być może z tych fascynacji zrodzi się za kilka lat kolejna książka biograficzna. Chciałbym, żeby tak było, bo polski film od wielu lat noszę głęboko w sercu, ale z drugiej strony mam nastawienie pod tytułem: nic na siłę. Wchodzę w taki wiek, kiedy będę już bardzo starannie dobierał tematykę i ewentualnych bohaterów „biograficznych”. Każda książka to minimum dwa lata pracy, a życie nie jest z gumy.