Max Richter – Centrum Kongresowe ICE Kraków (01.05.2015) #1 – czyli uczucia mieszane

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Centrum Kongresowe ICE Kraków (nr 1), Deutsche Grammophon (nr 2 i 4-5), Mari Samuelsen (nr 3), Bartosz Pacuła (nr 6)

 

Kiedy mówimy o muzyce klasycznej to pierwszym kompozytorem, o którym myślę, jest Bach. Uwielbiam jego kunszt kompozytorski i jestem prawdopodobnie największym fanem Partity II BWV 1004, jaki chodzi po tej ziemi. Nie oznacza to jednak, że ograniczam się tylko do jednego kompozytora – wiem o co chodzi z Requiem Mozarta, od czasu do czasu słucham np. Jeziora Łabędziego Czajkowskiego, wreszcie – znam Cztery pory roku skomponowane przez Vivaldiego. A nawet więcej, niż tylko „znam”, ponieważ przez ostatni rok – od momentu zrecenzowania Vivaldi Recomposed, odmienionego Vivaldiego słuchałem praktycznie codziennie. Pięknym dopełnieniem mojej fascynacji miał być krakowski koncert. Miał być, ale czy był? Niestety nie do końca.

Zacznijmy może od początku: Recomposed jest interesującym projektem rozpoczętym przez Deutche Grammophon, gdzie kompozytorzy współcześni mieli brać na kanwę kompozycje klasyczne i je odświeżać. Z tego całego projektu na moje szczególne uznanie zasłużył Max Richter, który nieprzerwanie, od lat, gości na moim odtwarzaczu w postaci Memoryhouse, The Blue Notebooks oraz Infra, a który podjął się przekomponowania właśnie Czterech Pór Roku Antonio Vivaldiego. Richter wykorzystując więc swoje doświadczenie w przemyśle filmowym sprawił, że Cztery Pory Roku stały się jeszcze bardziej żywe i jeszcze bardziej obrazowe. Niestety zwiększył też poziom trudności całego koncertu dość zauważalnie, jednak słuchacz nie powinien się tym przejmować. On powinien tylko słuchać.

Do krakowskiego ICE Max Richter był podobno zapraszany dwa lata, i dopiero po tym czasie udało się kompozytorowi znaleźć chwilę w swoim niezwykle napiętym grafiku. Był to pierwszy koncert Richtera w Polsce w ogóle – mimo częstych tras koncertowych po Europie (szczególnie częstych w Niemczech) do nas twórcy było – niestety – wyjątkowo nie po drodze. Jak jednak mawiają: co się odwlecze, to nie uciecze – data, 1 maja, repertuar: Vivaldi Recomposed.

Pewnie zastanawiacie się, po co komu ten przydługi wstęp. Niestety najbardziej jest on potrzebny mi, ponieważ o samym koncercie nie mam wyjątkowo ochoty pisać. Powiedzieć, że zawiódł na całej linii, to jednak trochę za dużo – ale powiedzieć, że był on w pełni satysfakcjonujący to z kolei już nad wyraz optymistyczne określenie. Koncert odbył się, owszem, posłuchałem, kupiłem płytę, zdobyłem autograf, i podjąłem decyzję o wyjeździe do Berlina. Bo Vivaldi Recomposed w Krakowie mogłem jedynie uznać za taką wprawkę – za próbę zaspokojenia mojego głodu, która pozostawiła mnie z jeszcze większym niedosytem.

Przede wszystkim – tempo. Napiszę to teraz i pewnie będę pisał to jeszcze wiele, wiele razy, ale Vivaldi Recomposed jest szybsze od swojego protoplasty. Jest trudniejsze, zawiera więcej problematycznych i technicznych momentów – co jednocześnie oznacza, że wymaga odpowiedniego przygotowania tak przez orkiestrę, jak i solistę. Nie wiem, czy orkiestra krakowska była jedyną, która stwierdziła, że da sobie z tym repertuarem radę – w każdym razie niestety ich starania poszły na marne. Cała Wiosna była odegrana bardzo, ale to bardzo nierówno; później na szczęście było już lepiej, jednak początkowy niesmak ciągnął się później przez pozostałe części koncertu. W pierwszych minutach po prostu odniosłem wrażenie, że muzycy podeszli do Czterech Pór Roku tak, jakby grali je już milion razy, i nie zwrócili uwagi na to, że – uwaga, uwaga – wersja Richtera jest trudniejsza. Za przeproszeniem, tak tylko przypomnę – jest cholernie trudna.

Dalej na szczęście było już tylko lepiej. Lato, Jesień i Zima brzmiały już w miarę w porządku, przynajmniej w porównaniu do Wiosny, która wypadła najsłabiej. Jednak nawet po tych felernych 10 minutach, kiedy już chciałem się zrelaksować i odpłynąć w świat burzy, nie dane mi było należycie oddać się słuchaniu. Dość szybko wyłapałem bowiem, że dźwiękowcy prawdopodobnie po ustawieniu nagłośnienia – tak, koncert akustyczny Vivaldi Recomposed był dodatkowo nagłaśniany – wyszli na piwo i wrócili dopiero po przerwie. W efekcie wszystkie efektowne partie solistki były zagłuszane przez orkiestrę (lub o podobnej głośności, ale to w zasadzie bez różnicy), a to niestety bardzo mocno rzutowało na odbiór całości. Końcówkom poszczególnych motywów brakowało mocy, nie wywoływały one należytych dreszczy.

To po części mogła być też wina orkiestry, która nie ściszyła się wystarczająco, jednak o (w najlepszym wypadku) średnim udźwiękowieniu sali świadczył również trzeszczący bas pochodzący z klawiatury Maxa Richtera. Miał on dopełniać muzyczne doznania, a jedynie buczał i wzbudzał we mnie frustrację. W momentach absolutnej ciszy za to dało się słyszeć szum pochodzący prosto z podpiętego sprzętu, co też nie świadczyło dobrze o dźwiękowcach, którzy tamtego wieczoru raczyli nas swoimi umiejętnościami.

Wbrew pozorom koncert Vivaldi Recomposed miał też jedną, jasną gwiazdę – solistkę. W oryginale skrzypkiem prowadzącym jest Daniel Hope i jego ostra, energiczna gra może i pasuje do wydźwięku nowego Vivaldiego, lecz dla mnie jest to już odrobinę za dużo. Mari Samuelsen grała w tempie, lecz bardziej zachowawczo i nie atakując tak mocno strun, co odpowiadało mi zdecydowanie bardziej. Na plus oczywiście należy zaliczyć też repertuar – co jak co, ale nawet w takim wykonaniu Vivaldi Recomposed sprawiało mi ogromną radość i nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy pierwsza część koncertu dobiegła końca. Szkoda tylko że nie dane mi było usłyszeć efektownych pasaży w Zimie, a zakończenie Lata brzmiało dość zwyczajnie, tutaj jednak wina leży po stronie akustyków. Cóż – life is brutal.

Druga część koncertu była zdecydowanie prostsza – album The Blue Notebooks jest dziełem spokojnym, za to niezwykle klimatycznym, i nie wymaga takich dużych umiejętności jak Vivaldi Recomposed. Zmienił się również zespół, lecz niestety udźwiękowienie pozostało takie samo i wszystkie instrumenty trochę na siebie wpadały. Było to jednak do przeżycia, ponieważ The Blue Notebooks pod względem wykonawczym stał na zdecydowanie wyższym poziomie. Jedyne, do czego można się przyczepić, to muzycy odkładający swoje instrumenty i chodzący po scenie (wiolonczelista odkładający swój instrument, aby popatrzeć kilkadziesiąt sekund na pianistę, po czym rozpoczynający przekładanie mu kartek po prostu wygrał), co było dość… dziwne. Poza tym druga część koncertu pozwoliła w końcu się odprężyć i poświęcić w całości muzyce. Mimo że według mnie The Blue Notebooks nie jest albumem koncertowym, słuchało się go bardzo, ale to bardzo przyjemnie.

Bardzo smuci fakt, że wykonawcy przyjechali na koncert tylko po to, aby go odbębnić, o czym – poza wszystkimi mankamentami wymienionymi wyżej – może również świadczyć brak przygotowanego bisu. Owacje na stojąco trwające pięć minut najwidoczniej nie wywołały takiego wrażenia, aby przygotować tę jedną piosenkę z innego repertuaru. Po cichu liczyłem na Autumn Music 2, czekałem na fragment Infry, na cokolwiek, czego nie słyszałem jeszcze na żywo – w ostatecznym rozrachunku otrzymałem po raz drugi On The Nature Of Daylight. Co nawet nie smuciłoby mnie tak bardzo gdyby nie fakt, że Richter bez zbędnego płaszczenia się powiedział, że bisu po prostu nie przygotował. Wspominałem już, że życie jest brutalne?

Nie wiem, jak ocenić krakowski koncert Maxa Richtera. Nie wiem. Z jednej strony bardzo chcę napisać, że był świetny, jedyny w swoim rodzaju – bo jestem wielkim miłośnikiem i kompozytora, i repertuaru, którego dane mi było posłuchać. Z drugiej jednak nie mogę tego zrobić, ponieważ wykonanie pozostawiało naprawdę wiele do życzenia. The Blue Notebooks stanowiło świetne dopełnienie, lecz Vivaldi Recomposed nie było w stanie zapewnić takiej zabawy, jaką odczuwam słuchając płyty z nagraniami – a wydaje mi się, że powinno być na odwrót. Poczułem się jak dziecko, które bardzo chciało dostać klocki Lego, a dostało pierwsze z brzegu marketowe, średnio pasujące do siebie kawałki plastiku. Niby jakąś tam przyjemność sprawia, ale nawet nie zbliża się do oryginalnego poziomu. Nie pozostaje nic innego, jak odwiedzić Richtera np. w Berlinie, gdzie – mam nadzieję – koncert w końcu spełni moje oczekiwania.

Pasek - kreska

Z alternatywną relacją z koncertu (o ostrzejszym wydźwięku), autorstwa Bartosz Pacuły, można zapoznać się TUTAJ.