Metal Hammer Festival 2017 – Spodek (21.07.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Metal Mind Productions

 

Odkąd usłyszałem The Plague Within – ostatni studyjny album Paradise Lost – nie mogłem doczekać się, aż zobaczę tę formację na żywo. Dzieło to zaimponowało mi i jakością samych kompozycji, i wewnętrzną spójnością. To był „cały komplet” (że sięgnę po tę wysłużoną tautologię); nawet okładka (autorstwa Zbigniewa Bielaka) była znakomita i świetnie uchwyciła klimat całego krążka. Dlatego też na tegoroczną edycję Metal Hammer Festival pojechałem głownie ze względu na Paradise Lost właśnie. Za nic miałem inne zespoły, nie obchodziła mnie też gwiazda wieczoru w postaci zespołu Marylin Manson. Liczyć mieli się tylko Anglicy z Halifaxu. Życie jednak miało co do tego własne plany.

Od niedawna Katowice nie kojarzą się już tylko z węglem i Spodkiem. Chociaż budowla ta nadal robi niemałe wrażenie, to została przyćmiona przez dwa budynki powstałe w jej okolicy. Mowa tu oczywiście o siedzibie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Zarówno budynek NOSPR, jak i MCK wyraźnie ożywiły to miasto i pomogły wejść mu z podniesionym czołem w XXI wiek. Do kultowego już Spodka udałem się przez gustowne „wycięcie” w budynku MCK-u. W tych pięknych (i jakże zielonych – mieszkaniec Krakowa zazdrości!) okolicznościach przyrody przechadzali się też zatwardziali metale, którzy nie zważali na upał i poubierali najczarniejsze ciuchy, jakimi dysponowali. Chociaż do koncertu Paradise Lost nie pozostało już wiele czasu, to znaczna część z nich nadal wylegiwała się na trawce lub pod foodtruckami, sącząc powoli wegańskie smoothie czy popijając lemoniadkę. Nikomu na występ zasłużonej dla świata metalu ekipy się nie spieszyło. Jak się okazało, osoby te wygrały, bowiem koncert Paradise Lost był co najwyżej przeciętny.

Zaczęło się obiecująco – od dźwięków bardzo dobrego No Hope in Sight. Panowie zagrali ten przebój z werwą i energią, które mogły zwiastować kawał znakomitego setu. Niestety następne utwory grane były coraz mniej starannie, w pośpiechu, byle jak. Wszyscy muzycy Paradise Lost wyglądali, jakby strasznie się gdzieś spieszyli (być może byli głodni i sami chcieli zahaczyć o wegańskiego foodtrucka). Prawie nie zauważali publiczności (te kilka zdań rzuconych w naszą stronę trudno uznać za satysfakcjonujące), a kolejne numery były odgrywane niemal mechanicznie. Co więcej, sprezentowana nam setlista była żałośnie krótka – objęła zaledwie 10 kawałków. Co więcej, została ona słabo ułożona, przez co poczucie chaosu towarzyszyło mi przez cały występ formacji dowodzonej przez Nicka Holmesa.

Być może pośpiech ten był efektem 10-minutowego opóźnienia grupy. To jednak zupełnie mnie nie obchodzi – jako osoba, która bardzo ceni sobie ich twórczość i wydała ponad 200 zł na bilet, żeby ich zobaczyć (jak pisałem wyżej, Marylin Manson i inne zespoły były dla mnie drugorzędne) czułem się zawiedziony. I oszukany. Ujrzałem (i usłyszałem) mierny występ, który zupełnie nie licował z tym, do czego na ostatniej płycie (i na najnowszym singlu, o którym przeczytacie TUTAJ) Paradise Lost mnie przyzwyczaił.

Zupełnie inna historia związana jest z gwiazdą wieczoru – Marilynem Mansonem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że czekałem na jego występ. Przyznam się zupełnie szczerze: w ogóle mnie nie interesował i gdyby nie znajomi, z którymi przyjechałem do Spodka, to być może nie doczekałbym pojawienia się na scenie niegdyś przerażającego szatana. Tym samym pozbawiłbym się możliwości zobaczenia jednego z najlepszych koncertów rockowo-metalowych, na których ostatnimi czasy bawiłem. Manson i jego zespół wyglądali jakby – nomen omen – wstąpił w nich sam diabeł. Poziom energii na tym występie był wprost niewyobrażalny.

Kolejne numery brzmiały coraz lepiej, mocniej i wścieklej. Punktem kulminacyjnym wieczoru, momentem, który wynagrodził mi beznadziejną formę Paradise Lost z nawiązką było odegranie coveru kawałka Personal Jesus Depeche Mode. Znam tę wersję bardzo dobrze (w ogóle, dodam na marginesie, numer ten jest jedną z moich ulubionych rockowych kompozycji w ogóle), jednak wykonanie jej na żywo przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Manson i jego ekipa dali z siebie wszystko i było to wyraźnie słychać. Warto przy tym zaznaczyć, że zupełnie nie przeszkadzały mi zbliżające się do zera umiejętności śpiewania gwiazdy festiwalu; chociaż jego warunki wokalne są mierne, to nadrabiał to zaangażowaniem i godną podziwu charyzmą.

Niestety cieniem na występ Mansona (a także Paradise Lost) położyła się tragiczna jakość nagłośnienia. W Spodku, chociaż nie należy do czołówki hal koncertowych pod względem warunków akustycznych, da się uzyskać naprawdę porządne brzmienie. Bardzo miło wspominam stamtąd (pod względem dźwięku, ale i nie tylko) koncert Jarre’a (relacja TUTAJ) czy „trve” power metalowców z Manowar. Tymczasem osoby odpowiedzialne za ten aspekt na Metal Hammer Festival 2017 albo zupełnie nie znały się na robocie, albo były po prostu głuche. Pomijam już częste problemy techniczne ze sprzętem Mansona – sprzęganie mikrofonu było tutaj na porządku dziennym. Nie mówię, że oczekiwałem aksamitnego, ciemnego, gęstego dźwięku rodem z NOSPR-u, ale byłoby mi miło, gdyby jego jakość nie była rodem z muszli klozetowej.

Emocjonalny rollercoaster – tak najkrócej można podsumować tegoroczną edycję Metal Hammer Festival. Fatalny występ Paradise Lost, fenomenalny Marilyna Mansona i tragiczne nagłośnienie – tak właśnie zapamiętam tę imprezę. Nie wiem czy jeszcze będzie mi się chciało na nią wybrać, ale trudno mi również przekonywać Was, że żałuję tych 200 zł wydanych na wejściówkę. Mimo wszystko – było warto.