Mikołaj Rybacki (Percival Schuttenbach/Percival) – wywiad

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Fonografika

 

Premiera Wiedżmina 3 już za nami – z tej okazji opublikowany został nawet jeden tekst na MttP – lecz z pewnością jeszcze wielu osobom ten świetny erpeg spędza sen z powiek. Poprzednie gry nie są w stanie dorównać ostatniej części trylogii pod względem rozmachu, zaczynając od rozmiaru świata, poprzez rozbudowaną historię, kończąc na kwestiach audiowizualnych. Studio CD Projekt RED z nawiązką spłaciło kredyt zaufania, jakim zostało obdarzone przez graczy. Zmienił się co prawda kompozytor – tym razem nie mamy przyjemności słuchać Adama Skorupy – lecz za to nawiązano współpracę z równie interesującymi ludźmi, którzy starali się przenieść wiedźmińsko-słowiański świat na pięciolinię. Z jednym z tych ludzi miałem niedawno okazję porozmawiać i zapytać nie tylko o współpracę nad grą, ale również nad solowymi projektami jego zespołu: Percivala oraz Percivala Shuttenbacha.

Pasek - kreska

Wiem, że Percival to zespół grający muzykę ludową, zaś pod nazwą Percival Shuttenbach kryje się zespół folk-rockowy. Jak bardzo twórczość tych dwóch grup się zazębia?

Z jednej strony są to dwa, zupełnie oddzielne projekty. Klimat, grane przez nas dźwięki, stroje, scenografia, podejście do muzyki – tym wszystkim się różnią. Percival to radosne, skoczne granie, zazwyczaj do zabawy, Schuttenbach posiada w sobie więcej mroku, jest o wiele bardziej progresywny i momentami trudny w odbiorze. Z drugiej jednak strony obie te grupy łączy skład osobowy – jest niemal identyczny, w Schuttenbachu dochodzi tylko basista i perkusista – a także utwory, często bowiem gramy te same kawałki w obu projektach. Jak nietrudno się domyślić, w obu brzmią zupełnie inaczej. Lubimy bawić się muzyką i eksperymentować, więc jesteśmy ciekawi: „A jak by dany utwór zabrzmiał w innej wersji”? I nie zastanawiamy się długo, tylko sprawdzamy. Czasami kompozycje, które zrobiliśmy na folkowo aż proszą się o swoją cięższą, mocniejszą wersję.

Jako Percival tworzycie muzykę ludową – jest to z pewnością interesujący gatunek, lecz, tak mi się przynajmniej wydaje, niezbyt popularny. Skąd taka decyzja?

Niekoniecznie niezbyt popularny. Ostatnio coraz częściej przebija się nawet do mainstreamu. Ale kwestie popularności nigdy nas nie zaprzątały. Jeśli by tak było, to od początku robilibyśmy disco polo, bo to zdaje się najpopularniejszy gatunek w Polsce (śmiech). Nas interesuje robienie muzyki, której sami chcielibyśmy słuchać, a także ciągłe rozwijanie się i poszerzanie horyzontów. Jak już wspomnieliśmy jest u nas mnóstwo miejsca na eksperymenty. Do tego mamy swoje zamierzenia artystyczne, które ambitnie chcielibyśmy realizować. Jak na przykład połączenie dwóch naszych pasji w idealną całość – metalu razem z folkiem i ogólnie muzyką związaną z naszymi polskimi i słowiańskimi korzeniami.

Ile mniej więcej czasu potrzeba, aby przygotować taki folkowy utwór? Jak rozkładasz pracę w zespole nad daną kompozycją?

Nie da się tego określić, to proces indywidualny, zależny od utworu. Czasami pójdzie od razu, na jednej próbie, spontanicznie. Czasami trzeba posiedzieć i pomyśleć, w jaki sposób zaadaptować daną rzecz. Nie można zapominać o tym, że gramy również własne kompozycje, ale i tu bywa różnie. Niekiedy coś wyniknie z improwizacji podczas próby i z chemii, jaka wytwarza się wtedy między muzykami podczas grania, ale bywa często i tak, że jest to świadome, żmudne, wykonywane w samotności komponowanie.

Jak często gracie na żywo? Czy Percival Shuttenbach jest bardziej „rozchwytywany”? A może to właśnie ta część stricte folkowa cieszy się większym uznaniem i sławą?

Gramy bardzo dużo koncertów, na przemian to z jednym, to z drugim projektem. Jest to istotna część naszej pracy – kontakt z publicznością, zdobywanie doświadczenia w wykonywaniu naszej muzyki na żywo. Ciężko powiedzieć, który projekt jest bardziej rozchwytywany. Słuchacze obu zespołów to raczej odrębne grupy, które tylko czasami się mieszają. Ci mniej związani z nami mogą nas jednak bardziej kojarzyć z Wiedźmina, więc siłą rzeczy bardziej popularny będzie w tym momencie Percival.

Najlepsze orkiestry zajmujące się muzyką dawną to te, które grają na historycznych instrumentach. Na Waszych płytach pojawiają się utwory ludowe wykorzystujące niektóre naprawdę stare „wynalazki”. Jak ciężko jest zdobyć tego typu instrumenty i, co pewnie ważniejsze, czy trudno nauczyć się na nich grać na zadowalającym poziomie? Już sama nazwa „lutnia długoszyjkowa” czy „lira bizantyjska” mogą przerazić.

Część instrumentów wykonaliśmy sami, tak jak na przykład wspomnianą lirę bizantyjską. Takie instrumenty tworzymy „pod siebie”, więc nauka gry na nich nie stanowi wielkiego wyzwania. Kasia, która gra na lirze jest kształconą wiolonczelistką, nie ma problemu z większością instrumentów strunowych. Wyzwaniem jest na pewno zbudowanie takiego instrumentu, a także jego późniejsza konserwacja. Tym bardziej, jeśli chodzi o naszą lutnię. Nie jest to drogi instrument, ale jest to unikat na skalę światową i stanowi o brzmieniu naszego zespołu, ciężko byłoby wymienić go na inny egzemplarz. Musimy wiec – jak sam rozumiesz – o niego dbać (śmiech).

Muszę przyznać, że w trakcie słuchania Slavy zostałem bardzo mile zaskoczony zarówno wykonaniem, jak i jakością nagrań – chociaż na co dzień z muzyką folkową nie mam za bardzo do czynienia. Czy myślicie, że, podobnie jak w moim przypadku, uda się wam zainteresować muzyką ludową szersze grono odbiorców?

Właściwie, dzięki Wiedźminowi, już się udało (śmiech). I to na skalę światową. Nie myślimy w kategoriach ilości, ale jakości, która jest dla nas ogromnie ważna. Cenimy naszych fanów, ponieważ są nam bardzo oddani. To nie są ludzie, którzy posłuchają nas przez moment i za chwilę o nas zapomną, bo co innego jest na topie. Nasi fani aktywnie uczestniczą w naszej misji, nie tylko wspierając nas słowem, ale i czynami, często fizycznie pomagając w różnych rzeczach. Kiedy pracujemy nad kolejnym albumem, żmudnie i długo, to mamy pewność, że całkiem spora grupa osób czeka na nasze dzieło z zapartym tchem. Czyż nie jest to kolosalna różnica w porównaniu do zespołów, które muszą się dwoić i troić, aby zapewnić sobie uwagę słuchacza chociaż na chwilkę? Posuwając się często do robienia rzeczy, których wcale nie chcą robić? Kto dziś pamięta topowe zespoły jednego przeboju choćby sprzed pięciu lat? Nasi fani potrafią czekać długo na nasze płyty, ale nie ma szans, aby o nas zapomnieli (śmiech).

Na Slavie znajdują się piosenki związane z Ukrainą. Czy w związku z aktualną sytuacją polityczną w tym kraju mieliście jakieś obawy odnośnie wykonywania niektórych utworów?

Zaczęliśmy prace nad albumem zanim jeszcze rozwinął się konflikt, więc nie bardzo mogliśmy w jakikolwiek sposób zareagować. Ale może to i dobrze. Cała idea naszego tryptyku Slava to znalezienie wspólnych korzeni wszystkich Słowian. Oddaje to nawet tytuł, jest to bowiem słowo, które występuje w każdym języku słowiańskim i w każdym znaczy to samo. Chcieliśmy przypomnieć o tym, że kiedyś byliśmy właściwie jednym narodem, jednym plemieniem. Kiedy jako Słowianie wyruszaliśmy na podbój Europy, władaliśmy jednym językiem. Później, kiedy powstały już poszczególne kraje, nadal mogliśmy się porozumieć między sobą bez większych przeszkód. I właściwie do dzisiaj, kiedy chcemy przekazać sobie proste treści, możemy to zrobić bez problemu. Obaw więc żadnych w związku z tą płytą mieć nie możemy. To nie dawne pieśni dzielą Słowian, nie ich kultura, nie tradycje, ale polityka i religia. Dlatego śpiewając o naszej wspólnej tradycji absolutnie niczego nie musimy się obawiać, co udowodniliśmy grając w zeszłym roku (kiedy już trwały walki) na Białorusi i Ukrainie. I to w składzie polsko-rosyjskim!

Czy chcielibyście powrócić do przeszłości, aby lepiej poznać muzykę ludową i być świadkami jej tworzenia? Jeżeli takie coś by się udało: do kogo byś się udał w pierwszej kolejności? Jakiś konkretny kompozytor, muzyk, może jeszcze ktoś inny?

Nie, nie mam takich marzeń (śmiech). Jestem po trosze historykiem, więc inaczej na to patrzę. Podróże w czasie to domena SF  i miłego, relaksującego wieczoru z dobrą książką przy kominku. W związku z tym moje myśli nie zawędrowały nigdy w rejony, gdzie zastanawiałbym się nad przeniesieniem w przeszłość. A jeśliby naprawdę wytężyć wodze fantazji, to – wiedząc jak przeszłość wyglądała – nie chciałbym w ogóle się tam przenosić (śmiech).

Jesteście współtwórcami ścieżki dźwiękowej do przywoływanego w tym wywiadzie Wiedźmina 3. Jak wspominacie współpracę z zespołem deweloperskim? Soundtrack to wyjątkowe wyzwanie czy raczej kolejna płyta do nagrania?

To było bardzo wyjątkowe dla nas, przyjemne i inspirujące. Współpraca przebiegała wspaniale, co jest zasługą ludzi z którymi pracowaliśmy, i którzy podeszli do wszystkiego bardzo profesjonalnie. Mogliśmy się od nich naprawdę sporo nauczyć. Mieliśmy okazję pracować na sprzęcie z najwyższej półki (jak choćby konsoleta, na której miksowano muzykę do Gladiatora) pod okiem najlepszych fachowców w branży światowej. Dlatego jesteśmy szczęśliwi i niezwykle dumni, że mogliśmy uczestniczyć w tak ogromnym projekcie, jak trzeci Wiedźmin.

A czy chcielibyście współpracować również z ekipą odpowiedzialną za najnowszy film osadzony w tym uniwersum?

Cóż za pytanie? Jeśli byłaby tylko taka możliwość, to natychmiast (śmiech).

Czy mieliście w trakcie koncertów jakieś interesujące przygody? Bunt chłopów, rycerski pojedynek, palenie czarownic (śmiech)?

Oj, przygód było sporo, nie tylko w czasie koncertu, ale także przed i po (śmiech). Można by książkę o tym napisać, i pewnie kiedyś napiszemy (śmiech). Ale z takich rzeczy, które pamiętam, to na przykład koncert na otwarciu muzeum wikińskiego na wyspie Man. Premier tej wyspy zaszczycił to muzeum swoją obecnością i na scenie osobiście wręczył nam piękne albumy traktujące o wyspie i jej historii. Bardzo ważnym wydarzeniem dla nas, do którego doszło całkiem niedawno, było przyjęcie nas całym zespołem do Drużyny Grodu Trzygłowa, którą od lat skrycie podziwialiśmy (śmiech). Drużyna ta jest bardzo zasłużona, ma na swoim koncie udział w niezliczonych filmach (jak np. Stara Baśń), klipach (Amon Amarth, Ensiferum, Tyr), występowała także na europejskiej części trasy zespołu Manowar. Jest też w strukturach największej światowej drużyny Jomsvikings, zrzeszającej wojowników z całego świata. Teraz my także możemy czuć się tego wszystkiego częścią, z czego jesteśmy bardzo dumni (śmiech).