Moje życie… z Metallicą

Autor: Tomasz Folta
Zdjęcia: Tomasz Folta (nr 1-3), Blackened Recordings (nr 4)

 

Moje najstarsze wspomnienia związane z Metallicą datuję na końcówkę lat 80. ubiegłego stulecia, gdzieś pomiędzy …And Justice for All a „czarną płytą”. Byłem wtedy w 6. lub 7. klasie podstawówki. Nie pamiętam czy najpierw usłyszałem Kata, czy też Metallicę przed Katem, na pewno jednak od tego wszystko się zaczęło. Te dwa zespoły ukształtowały mój gust muzyczny na wiele lat.

Niedługo później zaczęły wciągać mnie dużo bardziej ekstremalne odmiany metalu, ale nawet w liceum, w szczycie zainteresowania death, black, doom, pagan, unholy, evil czy dark metalem, pierwsze pięć albumów Metalliki stanowiło dla mnie absolutny fundament, klasykę. Nie ukrywam, że kolejne dzieła (Load, Reload) nie zachwyciły mnie, również S&M nie miał szans przypaść mi do gustu, jako że formuła „orkiestra symfoniczna plus ktoś tam” nigdy mi nie leżała. Powrót do ciężkiego grania na St. Anger przyjąłem z zadowoleniem, Death Magnetic uważam zaś za przydługawą i trochę monotonną, ma jednak bez wątpienia sporo dobrych fragmentów.

Ważnym momentem dla mojej kolekcji płyt okazał się rok 2006, kiedy to postanowiłem kupić w Japonii wydaną wtedy reedycję wszystkich albumów Metalliki w formie mini-vinyl replica. Stojące w rzędzie 10 płyt układa się w logotyp zespołu. Jakość dźwięku okazała się być nadzwyczajna. Jako że mój system audio był już wówczas na w miarę przyzwoitym poziomie, mogłem odkryć ulubione płyty zupełnie na nowo. Skończyło się na pojedynczym przesłuchaniu wszystkich tytułów oraz wielokrotnym mordowaniu w odtwarzaczu …And Justice for All i Master of Puppets. Nie ukrywam, że te dwa albumy to dla mnie najważniejsze dzieła, gdyby ktoś jednak zmusił mnie do wybrania tego jedynego, najlepszego albumu, wskażę na ten późniejszy. Co istotne, zakup ten otworzył mi oczy na japońskie wydania płyt CD, które wcześniej uważałem raczej za niepotrzebną fanaberię, audiofilski wymysł.

Od tego momentu jednak zacząłem coraz częściej nabywać nowe albumy, a także reedycje, w Japonii, co okazało się dekadę później świetną inwestycją, nie tylko w jakość dźwięku i doznania estetyczne, lecz również w wymiarze finansowym. Akurat jestem na etapie mozolnego katalogowania kolekcji płyt w bazie discogs.com. Ze zdumieniem odkryłem, że pewne tytuły, kupione w standardowej cenie w momencie premiery, leżące od lat na mojej półce przeznaczonej na dyski z Kraju Kwitnącej Wiśni, są dzisiaj warte np. 250 euro za sztukę. Kolekcjonowanie japońskich wydań płyt ma niestety również swoje wady. Często premiera w Japonii jest opóźniona o kilka dni lub tygodni w stosunku do „reszty świata”, a nawet gdy jest w ten sam dzień (jak w przypadku zrecenzowanego TUTAJ Hardwired… To Self-Destruct) to przesyłka do Polski zajmuje około tygodnia. Gdy więc piszę te słowa, nowe dzieło „Bogów Łoskotu” jest już dostępne we wszystkich dobrych sklepach muzycznych nad Wisłą, a ja muszę na razie zadowolić się mailem, że „płyta została do mnie właśnie wysłana”.

Z premedytacją nie zamierzam zapoznawać się z nią poprzez serwis streamingowy. Nowy album Metallici po ośmiu latach to zbyt ważne dla mnie wydarzenie, aby przeżyć je inaczej, jak tylko w możliwie najdoskonalszej formie. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, że album tak przełomowy i wiekopomny jak „trójka” czy „czwórka” Metalliki już nigdy nie powstanie. Tak samo jak Slayer nie ma szans na nagranie płyty formatu Reign in Blood, nie liczyłbym też na to, że Iron Maiden zbliży się do kultowych Powerslave albo The Number of the Beast. Znamiennym jest dla mnie, że od paru lat artyści jeżdżą w trasy koncertowe „promujące” ich albumy sprzed 20 albo 30 lat. Z tego co kojarzę, to również Metallica była niedawno w trasie promującej wydany w 2003 roku St. Anger. Nie ukrywam, że wybór ten był dla mnie całkowicie niezrozumiały, choć generalnie sama formuła tego typu imprez podoba mi się. Dzięki takiemu podejściu mogłem na przykład rok temu w Krakowie przenieść się w czasy młodości i odśpiewać z Vorphalackiem cały album Ceremony of Opposites.

Niemniej jednak moda ta świadczy o pewnej bezpłodności artystycznej dzisiejszych czasów, z której nawet sami muzycy wydają się zdawać sobie sprawę. Wielokrotnie zastanawiałem się ze znajomymi co jest tego powodem. Najlepszym wyjaśnieniem, z jakim ostatnio się spotkałem, wydaje mi się teza Muńka Staszczyka z wywiadu udzielonego magazynowi „High Fidelity” (TUTAJ). W jego ocenie to nie artyści przestali tworzyć genialne, chwytające za serce i duszę albumy, lecz sama muzyka straciła swoją moc przekazu, jaką miała w czasach, w których nie było internetu oraz gadżetów zabierających ludziom czas; stała się tylko jednym z elementów rzeczywistości. Pozwolę sobie jednak, mimo wszystko, pozostać idealistą, wierząc w to, że co najmniej kilka naprawdę wielkich płyt, takich których reedycję np. z okazji 20. wydania będziemy chcieli z dumą postawić na półce, zostanie jeszcze nagranych i wyprodukowanych. Naturalnie życzę wszystkim czytelnikom Music to the People i sobie, aby Hardwired… znalazło z czasem swoje miejsce w tym zaszczytnym panteonie.