Muzyczny patrol (07-20.07.2017)

Autor: Bartosz Pacuła

 

Ostatnie dwa tygodnie przyniosły ze sobą kilka ciekawych wydawnictw. Nowym singlem podzieliła się formacja Paradise Lost, zaś Nine Inch Nails wydało długo oczekiwany numer z najświeższej EP-ki Add Violence. W sieci pojawił się także najnowszy utwór Hansa Zimmera, który pochodzi z filmu Dunkierka – jest to więc dobra okazja, by przekonać się czy porzucenie przez tego kompozytora kina superbohaterskiego wyszło mu na dobre. A na deser dwa single od najgorętszych nazwisk w świecie popu.

Hans Zimmer nie ma ostatnio zbyt dobrej passy. Kompozytor, który niegdyś zamieniał w złoto wszystko, czego się dotknął złapał wyraźną zadyszkę. Jego sława – zaryzykuję to stwierdzenie – niestety go przerosła. Kolejne utwory, które wychodziły spod jego palców były takie same: puste, bezpłciowe, nijakie. Gwoździem do trumny okazał się fatalny soundtrack do (chyba jeszcze gorszego filmu) z Batmanem i Supermanem (Batman v Superman: Dawn of Justice – recenzja TUTAJ). Nic dziwnego, że właśnie po tym filmie Zimmer postanowił porzucić kino superbohaterskie. Jego najnowsze dzieło powstało z myślą o filmie historycznym; mowa tu oczywiście o Dunkierce Christophera Nolana. Nie jest to pierwsze (ani nawet drugie) spotkanie tych panów na niwie zawodowej, dość będzie wspomnieć bardzo dobry soundtrack z Incepcji (więcej TUTAJ) czy już-nie-tak-fajny z Interstellar (TUTAJ). Tym razem Hans stanął przed zadaniem dźwiękowego zilustrowania grozy żołnierzy, którzy przez kilka dni oczekiwali na ewakuację z Francji do Wielkiej Brytanii, będąc zewsząd (tj. z lądu, morza i powietrza) otoczonymi przez wrogów. Z wielką ulgą donoszę, że kawałek Supermarine to kawał znakomitej kompozycji i wielki powrót Zimmera do światowej czołówki. Numer ten wzbudza w słuchaczu niesamowite emocje i trzyma na krawędzi fotela – nawet przy trzecim czy czwartym odsłuchu. Wielkie brawa należą się też umiejętne wykorzystanie gitary elektrycznej, która brzmi tutaj jak… alarm przeciwlotniczy. Cudo!

Niegdyś gwiazdka filmów dla dzieci (przepraszam: „młodszej młodzieży”), dziś jedna z najważniejszych artystek popowych na świecie. Kariera Seleny Gomez, chociaż została wytyczona wiele lat temu przez ludzi dużo lepiej rozeznanych w labiryncie mainstreamowej branży muzycznej, wciąż zaskakuje swoim rozmachem. I tym razem wokalistka postanowiła zaskoczyć wszystkich i zaprezentowała kawałek Fetish. Ocierająca się o trip zwrotka i kontrastujący z nią melodyjny refren bez wątpienia stanowią interesujące połączenie, ale obawiam się, że to jedyny pomysł Seleny na ten kawałek. Prócz tego nie ma tu nic ciekawego; ani tekst, ani sama muzyka (wyjąwszy wspomniany wyżej kontrast na linii zwrotka-refren) nie są w stanie przyciągnąć mnie do tego kawałka na dłużej. Najgorszy w tym wszystkim jest teledysk, który wygląda, jakby był kręcony za (góra) 5 zł. Usta Seleny może i są fajne, ale ileż można na nie patrzeć? Chyba tylko Biebera jest w stanie to wideo ruszyć.

Również najnowszy singiel Lany Del Rey stanowi niemały zawód. Wokalistka z albumu na album coraz bardziej odpływa w stronę smętnych klimatów. Do tej pory jeszcze umiała w tym wszystkim zachować odpowiedni balans (rzućcie zresztą okiem na moją recenzję Honeymoon, by przekonać się, jak dobrze jej to wyszło), jednak jej najnowsze numery stają się w tym aspekcie karykaturalne. Summer Bummer jest smętne, przygaszone i na siłę artystowskie. Kawałek ten, jak zresztą prawie cała płyta Lust for Life, z której ten pochodzi, brzmi raczej jak odrzut z poprzednich sesji nagraniowych. To nie jest Lana, w której się zakochałem, to nie jest ta Lana, przy której spędziłem tyle czasu.

Ostatnia płyta Paradise Lost – The Plague Within – była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Panowie wydali jeden z najlepszych krążków w swojej karierze, który nie tylko znakomicie sprawdzał się jako nośnik znakomitych kawałków, ale i jako jeden album, dzieło kompletne od A do Z. Nawet okładkę udało im się wysmażyć (im, a raczej Zbigniewowi Bielakowi) fenomenalną. Nic dziwnego, że na następcę tego dzieła czekam – i nie tylko ja – z wypiekami na twarzy. The Longest Winter, pierwszy numer promujący zbliżające się wielkimi krokami wydawnictwo Medusa, nastraja do niego jak najbardziej pozytywnie. Kompozycja ta utrzymana jest w podobnym klimacie – jest ciężko, energetycznie, wściekło, a przy tym niezwykle… dostojnie. Najświeższa twórczość Paradise Lost emanuje czymś, co mógłbym nazwać „spokojną siłą”. Nikt nie sili się tutaj ponad miarę, nie pręży muskułów. Zespół zdaje sobie sprawę, że jest w wysokiej formie i wykorzystuje to do maksimum. Oby cała płyta była jak The Longest Winter – dostaniemy wtedy kawał fenomenalnego metalu.

Less Than to najnowszy singiel Nine Inch Nails, który promuje niedawno wydaną (będąc precyzyjnym: wczoraj) EP-kę formacji zatytułowaną Add Violence. To krótki, treściwy kawałek, który brzmi – o ile można to powiedzieć o jakimkolwiek fragmencie twórczości NIN – niezwykle pozytywnie. Mamy tutaj chwytliwe zwrotki, energetyczny refren i naprawdę fajny syntezatorowy motyw. Fani przygnębiających, ciężkich klimatów z The Downward Spiral mogą poczuć się nieco zawiedzeni – Less Than brzmi niemal, jakby nagrał go Dave Grohl i jego Foo Fighters i dla zabawy dorzucił nieco industrialnych rozwiązań. Ale to w sumie dobrze. Każdy lubie Dave’a Grohla i jego Foo Fighters.

Pasek - kreska

Setlista:

Hans Zimmer – Supermarine
Selena Gomez – Fetish
Lana Del Rey – Summer Bummer
Paradise Lost – The Longest Winter
Nine Inch Nails – Less Than