Muzyczny patrol (23.06-06.07.2017)

Autor: Bartosz Pacuła

 

W najnowszym Muzycznym patrolu (który będzie ukazywał się, od tego momentu, w co drugą sobotę) przygotowałem dla Was zróżnicowany i zaskakujący zbiór „najnowszych nowości”; wśród nich znalazło się miejsce na owoc kooperacji rosyjskiego DJ-a z członkiem One Direction, dwa kawałki utrzymane w stylu latino, wielki powrót St. Vincent i mniej chwalebny Adama Laberta, a także – w roli bonusu – cudowny kawałek, który nieznany nikomu australijski band napisał i wyprodukował we współpracy z… Daft Punkiem.

Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda rosyjski DJ? Jeżeli spodziewaliście się kogoś, kto między setami wali kolejne sety (suchar prowadzącego) i walczy z niedźwiedziami, a doświadczenie zdobywał w samym sercu syberyjskiej dziczy, to… niestety się zawiedziecie. Zedd (a właściwie Anton Igoriewicz Zasławski) wygląda zupełnie normalnie i niegroźnie, a nagrywane przez niego kawałki nie mają w sobie nic z rosyjskiego smutku. Podobnie jest i z jego najnowszym kawałkiem, w którym swoje palce maczał również Liam Payne z One Direction. Numer ten został oparty przede wszystkim na mocnym, wpadającym w ucho refrenie. Tekstowo cudów żadnych tam nie ma (chyba że na kimś robi powtarzanie non-stop frazy „get low”), ale trzeba przyznać, że słucha się tego całkiem przyjemnie. Obawiam się jednak, że numer ten jest na długą metę zbyt nudny, żeby się nim cieszyć równie mocno za kilka miesięcy. A – plus za wakacyjną okładkę :)

Wakacyjny jest z kolei cały numer Yo Contigo, Tú Conmigo (The Gong, Gong Song), który grupa Morat nagrała we współpracy z Alvaro Solerem. Kawałek ten towarzyszy najnowszej odsłonie przygód Minionków (w Polsce: Gru, Dru i Minionki) na rynkach latynoskich i… wzbudza we mnie zazdrość. Większość krajów otrzymało ten sam kawałek . Większość krajów otrzymało ten sam kawałek Yellow Light Pharrella Williamsa (więcej TUTAJ), który co prawda jest bardzo przyjemny, ale nie wytrzymuje starcia z Yo Contigo, Tú Conmigo. Słoneczny klimat, świetny refren i wszechobecna w tej kompozycji radość wystarczyły, by skraść moje serce. Numer 1000 razy lepszy od nudnego jak flaki z olejem (i z niewyjaśnionych dla mnie powodów – hitowego) Despacito.

Jak już przy Despacito jesteśmy, to warto pochylić się także nad nowym numerem Jennifer Lopez, która chyba pozazdrościła sukcesu Luisowi Fonsiemu i sama postanowiła nagrać podobny numer. Efektem tych zabiegów jest wyprodukowany na siłę, wyprany z szczerości i prawdziwej pozytywnej energii Ni Tú Ni Yo. Trudno określić to nawet mianem piosenki; najnowsze „dzieło” J. Lo przypomina raczej spreparowany w laboratorium twór, którego jedynym zadaniem jest uszczknąć chociaż odrobinę latynoamerykańskiego tortu, którym tak chętnie raczą się (czy zasłużenie, czy nie – tego tutaj nie osądzam) Alvaro Soler czy Luis Fonsi. Przynajmniej okładka tego singla jest bardzo przyjemna – bo i na Jennifer, jak zawsze, przyjemnie popatrzeć.

Szczerości nie brakuje za to na najnowszej piosence St. Vincent. New York to krótka, treściwa i po prostu ładna kompozycja, która dobrze koresponduje z poprzednimi dokonaniami artystki, jednocześnie otwierając zupełnie nowy rozdział w jej karierze. Co najważniejsze, ciekawy pomysł na New York pozytywnie nastraja przed premierą najnowszego longplay’a artytki. Jak Annie Clark sama powiedziała magazynowi „Guitar World”, będzie on „najgłębszym, najodważniejszym” dziełem, pod którym się podpisze. Nieco martwi mnie jej przekonanie, że musi nagrać coś, co nawiąże do obecnej sytuacji geo-politycznej, ale może wyjdzie to jej zgrabnie. Jak New York.

Na koniec najnowszego Muzycznego patrolu zostawiłem kawałek, który szczególnie mocno mnie dobił. Mowa tu o Two Fux Adama Lamberta. Samego artystę szanuję i podziwiam, szczególnie po tym, jak widziałem go na żywo w Krakowie podczas koncertu, który odbył się w ramach projektu Queen + Adam Labert, jednak jego najnowszego singla nie jestem w stanie zdzierżyć. To twór, który z jednej strony próbuje być na czasie, z drugiej zaś bardzo stara się uchwycić tę samą magię, która przesądziła o sukcesie ekipy Freddie’go Mercury’ego. Wyszło to wszystko co najmniej pokracznie; ja sam – pomimo kilkukrotnego odsłuchania piosenki od A do Z – nie mogę sobie przypomnieć jaką miała ona strukturę i pomysł na siebie. Dramatyczny obraz pogłębia także fatalna jakość nagrania – to najgorsze z najgorszych cyfrowe, wyżyłowane i skompresowane do granic możliwości brzmienie, które zwyczajnie irytuje.

Przez małą reorganizację Muzycznego patrolu musiałem opuścić jeden tydzień, jednak nie darowałbym sobie, jeśli nie napisałbym o jednym kawałku, który się wtedy ukazał. Odpowiada za niego formacja Parcels. Kojarzycie? Nie martwcie się – ja też do niedawna nie miałem bladego pojęcia kim są ci panowie. Jednak po opublikowaniu Overnight szybko narobiłem te zaległości, ponieważ zaserwowali dzieło ponadprzeciętne. Australijczykom działającym w Berlinie udało się zwrócić na siebie uwagę Francuzów z Daft Punk, którzy pomogli im nagrać i wyprodukować ten numer. Od pierwszych taktów przywodzi on na myśl doskonałe Get Lucky z 2013 roku; mamy tutaj ten sam bezpretensjonalny, wakacyjny klimat, świetną gitarę prowadzącą à la Nile Rodgers i znakomity (ZNAKOMITY) refren, do którego chce się wracać i wracać. Być może wokalista Parcels nie ma takich samych warunków, jak Pharrell Williams, ale i tak może być (podobnie jak cały zespół) zadowolony z siebie.

Pasek - kreska

Setlista:

Zedd & Liam Payne – Get Low
Morat y Alvaro Soler – Yo Contigo, Tú Conmigo (The Gong, Gong Song)
Jennifer Lopez – Ni Tú Ni Yo
St. Vincent – New York
Adam Labert – Two Fux
Parcels – Overnight