Muzyka w wielkim Krakowie: opis hali widowiskowo-sportowej Kraków Arena

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Kraków Arena

 

W Polsce nie ma wiele miejsc, gdzie muzyka grana na żywo jakkolwiek brzmi. Niestety mówię tu i o obiektach wykorzystywanych do dużych koncertów rokcowych, jak i tych „odrobinę” bardziej kameralnych. Jasne – gdzieś tam można znaleźć i wymienić np. łódzką Atlas Arenę czy (zapomnianą i niewykorzystywaną już) płytę lotniska na Bemowie, najczęściej jednak mówimy o miejscach akustycznie naprawdę słabych. Przykładem ogromnego miejsca, gdzie koncertów fizycznie słuchać się nie da jest oczywiście Stadion Narodowy. Zbudowany de facto z myślą tylko o piłce nożnej, oferujący przebywającym tam melomanom huk, jazgot, potężny pogłos i ból głowy. Źle dzieje się też z małymi miejscami, gdzie oferuje się widzom muzykę jazzową czy poważną. Fatalna pod tym względem jest np. Filharmonia Krakowska, mieszcząca się dosłownie dwa metry od torowiska i przenosząca skrupulatnie każde drgnięcie i wszystkie wibracje z ulicy.

Kraków, budując wielkie Centrum Kongresowe oraz dużą halę sportową na miarę tego miasta, chciał ten smutny krajobraz zmienić. Otwarcie wyżej wymienionego Centrum odbędzie się na dniach, natomiast hala, nazywana póki co Kraków Areną, hula już od kilku miesięcy. Ale jak właściwie z nią jest pod względem dźwiękowo-koncertowym? Rzeczywiście Polacy, idąc za zapowiedziami i planami, zyskali naprawdę porządne miejsce by cieszyć się koncertami? A może plany organizacji w tym miejscu koncertów Eltona Johna, Slasha czy Stinga są jedną wielką pomyłką?

By móc to ocenić samemu wybrałem się na koncert 007. The Best of James Bond zorganizowany w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej (relacja na MttP wkrótce) 26 września. Występ został naprawdę ciekawie przemyślany i przygotowany. Otóż kilka różnych wielkich wokalistów i wokalistek miało zaśpiewać największe przeboje pochodzące z filmów o tajnym agencie Królowej Anglii. Zabrzmiały wiec takie przeboje, jak Goldfinger, Live And Let Die czy Skyfall. Akompaniować miała im Orkiestra Filharmonii Krakowskiej dyrygowana przez słynnego Diego Navarro.

Zanim jednak rozpoczął się sam koncert miałem okazję obejrzeć z zewnątrz oraz zwiedzić w środku Kraków Arenę. Już na pierwszy rzut oka hala wygląda naprawdę wspaniale. Jest duża, ładna, a okalający ją ekran (nawet jeżeli w pierwotnych wizualizacjach był większy i bardziej okazały) prezentuje się nad wyraz wdzięcznie. Również w środku widać ogromne pieniądze, które krakowski obiekt musiał kosztować. Wszystko jeszcze pachnie świeżością, jest nowe, przemyślane i zastosowane z klasą. Dość będzie chyba powiedzieć, że Kraków Arena prezentuje się wyraźnie lepiej od (i tak bardzo fajnej) Atlas Areny w Łodzi, zjadając takich „staruszków”, jak katowicki Spodek czy wrocławska Hala Stulecia na śniadanie.

Jednak najważniejszym aspektem, którym chciałem się tamtego wieczoru zająć była jakość dźwięku w hali. Jej budowę śledziłem na bieżąco, zapoznając się ze wszystkimi ważniejszymi założeniami i planami wobec niej – wiedziałem więc doskonale, że Kraków Arena, w przeciwieństwie m.in. do czterech stadionów powstałych na czas Euro 2012, była budowana jako obiekt sprtowo-widowiskowy. Oznacza to, że już we wczesnych planach i schematach przewidywano organizację dużych koncertów tutaj i widziano potrzebę zadbania o brzmieniowe sprawy.

Jako meloman, miłośnik dobrego dźwięku oraz dumny mieszkaniec Krakowa z ulgą i ogromną przyjemnością mogę donieść, że obietnice te zostały zrealizowane w stu procentach. A może nawet i lepiej. Tak się bowiem składa, że dźwięk tego wieczoru był naprawdę bardzo dobry, a w porównaniu do jakość brzmienia uzyskiwanej w innych halach/stadionach dosłownie sięgał on gwiazd i był po prostu FE-NO-ME-NAL-NY. Na początku, gdy grała sama orkiestra, muzyka dosłownie wlewała się do uszu – wszystkie instrumenty brzmiały bardzo dobrze, były od siebie odpowiednio odseparowane, tworząc jednocześnie koherentną całość.

Równie dobrze wypadały te fragmenty, gdy na scenie gościliśmy wokalistów i wokalistki (m.in. Zbigniewa Wodeckiego, Justynę Steczkowską, Agę Zaryan czy Monikę Borzym). Kto słyszał te nazwiska na żywo ten wie jak potężnymi głosami dysponują. Tutaj wpasowały się w muzykę idealnie – zabrzmiały wyraziście, klarownie i nawet ciepło, zachowując jednocześnie tak potrzebną naturalność i dynamikę głosu.

Ktoś teraz mógłby zacząć się czepiać i powiedzieć: „No dobra, ale to przecież tylko jedna osoba na wokalu plus orkiestra, która przecież nie gra na instrumentach typowo rockowych”. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, orkiestra ta była naprawdę duża, a jej dźwięk został również nagłośniony i odpowiednio wzmocniony. Bywalców koncertów muzyki dawnej/poważnej nie muszę do tego przekonywać, tych z Was, którzy na tego typu wydarzeniach nie bywają – zapewniam: tego typu grupa muzyków potrafi być niewyobrażalnie głośna i zaprezentować o wiele większe drive i moc niż niejedna kapela rockowa.

Po drugie, część bondowskich utworów została przecież napisana z myślą o instrumentach elektrycznych – i te tutaj też się pojawiły. Na sam koniec warto będzie jeszcze dodać, że czasami na scenie było więcej osób śpiewających (Licence To Kill czy zagrane na bis wspaniałe Another Way To Die gdzie zaśpiewali wszyscy piosenkarze i piosenkarki). W żadnym momencie dźwięk nie był jednak słaby i non-stop zapewniał niezapomniane wrażenia.

Chociaż na zachwytach mógłbym poprzestać, to ogólnie pojmowana „dziennikarska etyka” zmusza mnie do opisania rzeczy, które wypadły nieco gorzej. W sumie zawiódł (i to połowicznie) tylko jeden aspekt – czasami realizator dźwięku, zapewne pod wpływem wielkich emocji i adrenaliny, za bardzo zwiększał głośność muzyki płynącej z kolumn. Wtedy momentami pojawiały się charakterystyczne odbicia, a przy większym natężeniu muzyki zaczynało się robić jazgotliwie. Pokazuje to jednak jasno jedną bardzo ważną rzecz – Kraków Arena i jej wyposażenie akustyczne to nie magiczne miejsce, gdzie wszystko MUSI zabrzmieć dobrze. To po prostu znakomite narzędzie, gdzie muzyka grana na żywo ma wszelkie predyspozycje do tego, by pod względem dźwiękowym wypaść pięknie. Czy tak się stanie? To zależy już tylko od ekipy nagłaśniającej.

Po ostatnim koncercie Metalliki, który odbył się w ramach festiwalu Sonisphere na Stadionie Narodowym w Warszawie wyszedłem z bólem głowy. Papa Het i spółka dali fantastyczny koncert, który brzmiał fatalnie. Kraków Arena, szczególnie w kontekście innych hal oraz stadionów, jawi mi się jako balsam na obolałe uszy i zszarpane nerwy. Byłem świadkiem tego jak pięknie muzyka potrafi tam zabrzmieć, ile emocji wywołać, jak bardzo zachwycić. I w dodatku wygląda po prostu czadersko. W porównaniu z nią inne obiekty tego typu wypadają po prostu jak mało śmieszny, kiepsko brzmiący żart.