Najlepsze z najlepszych – Mastodon

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Mastodon

 

Pierwszą styczność z Mastodon miałem w 2011 roku, gdy zobaczyłem ich na żywo na festiwalu Sonisphere przed Iron Maiden. Chciałbym napisać tutaj coś o tym, jak to ten koncert zmienił moje życie i postrzeganie muzyki w ogóle, ale skłamałbym. Było obrzydliwie gorąco, zmęczeni siedzieliśmy ze znajomymi pod barierkami, na scenie były rozwieszone banery z jakimiś dziwacznymi grafikami i po chwili pojawiła się jeszcze dziwniejsza załoga: wściekły, wytatuowany, miedzianobrody krasnal, perkusista o aparycji core’owca i jakiś drwal z wąsem  gangusa z klubu motocyklowego. Basista wyglądał w miarę normalnie, no ale szanujmy się, kto zwraca uwagę na basistów. Brzmieli słabo, krasnal miotał się po scenie i okropnie miauczał do mikrofonu, były też chyba jakieś problemy techniczne. Dramat. Coś jednak chyba we mnie po tym występie zostało, bo gdy kilka miesięcy później w jednym z marketów pewnej niemieckiej sieci zobaczyłem na stoisku z płytami pakiet Blood Mountain/ Crack the Skye  The Hunter w promocyjnej cenie, nie wahałem się zbyt długo. Tym razem zażarło, a Mastodon do dzisiaj są jednym z moich ulubionych zespołów. Przed Wami stawiam trzy płyty, które są – w mojej opinii – najlepszymi w katalogu Amerykanów. Subiektywnie, ale – mam nadzieję – w punkt.

Pasek - kreska

Leviathan
Relapse
31.08.2004

 

W 2002 roku ukazał się Remission, debiutancki album pewnego kwartetu z Atlanty. Wściekłość, technika i ciężar Lethargy i innowacyjność Today is the Day, wcześniejszych zespołów Billa Kellihera i Branna Dailora, w zderzeniu z muzycznymi osobowościami Troya Sandersa i Brenta Hindsa, zyskały nową jakość. Pełna pasji, autentycznie wściekła i jednocześnie złożona muzyka wymykała się klasyfikacji, połączenie klasycznych motywów przeplatało się z dziwacznością.   Nikt tak nie grał.

Jednak o ile Remission wprowadził na scenę nowego gracza i sporo namieszał, to właśnie  Leviathan, drugi album studyjny grupy, był płytą, która potwierdziła, że Mastodon jest jednym z najświeższych i najważniejszych zespołów metalowych swojego pokolenia. Koncepcyjnie luźno oparty na powieści Moby Dick Hermana Melville’a, przytłacza swoją intensywnością, ale też poszerza horyzonty muzyczne grupy. Skoncentrowany atak gitar, któremu impetu dodaje niezwykły ciężar oraz ponury nastrój sprawiają że jest to materiał prawdziwie wyczerpujący i sycący. Mniej jest tutaj niekiełznanego obłędu z debiutu, kompozycje są bardziej przemyślane, sposób tłumaczenia emocji na język muzyki bardziej klarowny. Na przejrzystości zyskało również brzmienie, nie tracąc jednak ani autentyczności ani siły, a partie Branna Dailora osiąganęły niemal poziom pornografii dla perkusistów. Połączenie tych wszystkich czynników sprawia, że Leviathan jest najcięższą pozycją w dyskografii Amerykanów, zarówno emocjonalnie, muzycznie jak i pod względem wymagań, jakie stawia słuchaczowi.

Pasek - kreska

Crack the Skye
Reprise
24.03.2009

 

Pierwsze cztery albumy Mastodon, oprócz swoich indywidualnych historii, zawierają nadrzędną myśl, połączone są pewnym konceptem. Każdy z nich odzwierciedla jeden z podstawowych żywiołów: Remission reprezentuje ogień, Leviathan wodę, Blood Mountain ziemię, zaś w przypadku Crack the Skye mamy do czynienia z eterem, materią duchową. Symbolika ta nabiera dodatkowego znaczenia jeśli weźmiemy pod uwagę, że album ten jest poświęcony Skye Dailor, siostrze Branna Dailora, która popełniła samobójstwo w wieku 14 lat.

Po dusznym Leviathan i zwalistym, nieco nieuporządkowanym Blood Mountain w muzyce Mastodon pojawia się wreszcie przestrzeń. Doświadczanie ich muzyki nie traci na intensywności, ale wreszcie można odetchnąć, płynąć z muzyką. Crack the Skye jest też bez wątpienia najbardziej złożonym albumem grupy. Brent Hinds i Bill Kelliher, gitarzyści zespołu, prześcigają się w wymyślaniu zaplątanych partii. Ich wirtuozeria nie ma jednak nic wspólnego z cyrkowymi popisami shredderów – jest ujściem nieprzebranych pokładów kreatywnej energii, a nie doprowadzonym do karykaturalnej perfekcji rzemiosłem. Niemało jest na tym albumie psychodelii, ale najważniejsze pozostają czyste emocje: rozpacz miesza się z melancholią, pustka kosmosu z szaleństwem.

Pasek - kreska

The Hunter
Reprise/Roadrunner
26.09.2011

 

Cztery pierwsze albumy Mastodon tworzyły w pewnym sensie spójną całość. Ukazywały nieco  inne oblicza grupy,  a każdy z nich był bezkompromisowy, autentyczny i po mistrzowsku realizował swoje założenia. Oczekiwania fanów wobec piątej płyty były więc niezwykle wysokie. Gdy jednak we wrześniu 2011 roku ukazał się The Hunter nastroje fanów można było opisać tylko jednym słowem: „konsternacja”. Zniknął ciężar, znacznie ograniczone zostały ostre wokale, a singiel „Curl of the Burl” mógł spokojnie uchodzić za rockowy, radiowy przebój. Pojawiły się, jak zawsze w takich przypadkach, zarzuty o „sprzedanie się”.

Rzeczywiście, The Hunter odniósł największy sukces komercyjny spośród płyt wydanych przez zespół do tamtej pory, docierając aż na 10 miejsce listy Billboard. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Znaczenie ma jedynie zawartość muzyczna. A ta broni się znakomicie. Kompozycje zyskały na lekkości i chwytliwości, Mastodon nigdy wcześniej nie flirtował tak mocno z mainstreamem. Towarzyszył temu jednak ogromny zastrzyk psychodelii. Tak jak przy CtS zespół zabierał nas w trudną, wciągającą podróż pełną trudnych emocji, tak przy Łowcy można się po prostu rozmarzyć i odlecieć w kosmos.