Najlepsze z najlepszych – Ronnie James Dio

Autor: Bartosz Pacuła

 

16 maja 2010 roku zmarł Ronnie James Dio. Dla świata metalu była to postać wyjątkowa; nie tylko stanowił on inspirację dla wielu fantastycznych artystów, ale był także – jak to się mówi – porządnym człowiekiem. Z licznych wypowiedzi różnych muzyków można wywnioskować, że Dio był po prostu fajnym kumplem, z którym można było i pogadać na ciekawe tematy, i pośmiać się z głupot (chociaż odmienne zdanie może mieć Gene Simmons, basista Kiss, który spierał się swego czasu z RJD o autorstwo charakterystycznego znaku wykonywanego dłonią, z którym to ten drugi był utożsamiany).

Dla fanów Ronnie James był przede wszystkim świetnym artystą, znakomitym kompozytorem i niezwykle utalentowanym wokalistą. W trakcie trwania swojej kariery zdążył nagrać niezliczoną liczbę przebojów, które szybko weszły do kanonu heavy metalu. Numery te rejestrował z największymi w branży – przede wszystkim chodzi mi o Black Sabbath i Rainbow – ale i pod swoim własnym szyldem. Chociaż pewnie wszyscy są dobrze zaznajomieni z albumami, które zamierzam zaprezentować, to i tak zachęcam do lektury ich opisów. W końcu wszyscy kochamy czytać o Dio, prawda? A potem – najlepiej – po raz 100 pozwolić, by majestatyczne dźwięki Heaven and Hell zawładnęły nami na kilkadziesiąt minut.

Pasek - kreska

Ritchie Blackmore’s Rainbow
Polydor
04.08.1975

 

Jak debiutować, to tylko w taki sposób. Ritchie Blackmore, legendarny gitarzysta Deep Purple, doskonale wiedział, że jego pierwszy album nagrany bez swoich (już) ex-kolegów musi być jak najlepszy. Musiał on jak najszybciej zerwać dotychczasowe więzy i sprawić, by ludzie zapomnieli o formacji, która wylansowała takie klasyki, jak Smoke on the Water czy Child in Time. W tym karkołomnym zadaniu pomóc miał mu właśnie Dio. Był on wokalistą o bardzo dobrych warunkach wokalnych i z charakterystycznym soundem (moim zdaniem – choć pewnie nie wszyscy się zgodzą – Dio był dużo lepszy w swoim fachu od jakiegokolwiek frontmana DP), który świetnie czuł się w hard rockowej/heavy metalowej stylistyce.

Efektem współpracy Blackmore’a i Ronniego Jamesa jest album, na którym praktycznie nie ma słabych momentów. Mamy tutaj wszystko: od wpadającego od razu w ucho hitu w postaci Man on the Silver Mountain, przez intrygującą balladę Temple of the King (utwór ten jest dla mnie szczególnie ważny, bowiem to właśnie od niego rozpocząłem swoją przygodę z Dio), na szalenie ciekawym kawałku Sixteenth Century Greensleeves (Krzyśku – dzięki Ci za zwrócenie mojej uwagi na to cudo!) kończąc. Wszystkie kompozycje, chociaż pozornie bardzo proste, skrywają w sobie głębię, którą można non-stop eksplorować, odkrywając co rusz nowe smaczki i detale stanowiące o prawdziwej wartości tej płyty. Z perspektywy czasu wielki podziw budzi we mnie także „jakość” współpracy pomiędzy utalentowanym gitarzystą i jego nowym kolegą. Panowie, przynajmniej w tamtym czasie, znakomicie się rozumieli na płaszczyźnie muzycznej, co po prostu na Ritchie Blackmore’s Rainbow słychać.

Na sam koniec dodam, że opisany tutaj krążek swego czasu ukazał się w kilku różnych wersjach w Japonii. Była i edycja SHM-CD w plastikowym pudełku, i mini lp z płytką SHM-CD HD Cut, i – rzecz zdecydowanie najlepsza pod względem dźwięku i jakości wydania – Platinum SHM-CD. Ta ostatnia jest już praktycznie nie do zdobycia, przynajmniej w „normalnych” cenach.

Pasek - kreska

Heaven and Hell
Warner Bros./Vertigo
25.04.1980

 

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jesteście w czymś dobrzy, naprawdę dobrzy. Wasz talent w pewnym momencie zostaje doceniony, dzięki czemu otrzymujecie wyjątkową możliwość nawiązania bliskiej współpracy z legendą w interesującej Was dziedzinie. Warunek jest jeden: musicie wypełnić naprawdę wielką lukę po osobie, która jest w swojej branży prawdziwą legendą, jej ojcem chrzestnym. Podjęlibyście wyzwanie tego typu?

Odwagę Dio, który postanowił wejść w buty staczającego się na samo dno Ozzy’ego Osbourne’a, można w pełni docenić dopiero z perspektywy czasu. W końcu zaryzykował on całą swoją karierę, narażając się na gniew twardogłowych fanów Black Sabbath, dla których zespół bez ekscentrycznego współzałożyciela nie miał prawa istnieć. Nie mówiąc już o tym, że nie miał również prawa nagrać jakiejkolwiek liczącej się płyty. Jednak Dio – idąc tropem debiutanckiego krążka zrealizowanego z Rainbow – rozpoczął od naprawdę mocnego uderzenia w postaci Heaven and Hell.

Od samego początku płyty Dio i reszta Sabbatów dają znać, że w ich muzyce zmieniło się niemal wszystko. Ciężar tekstów przesunął się w stronę tematów fantastycznych, magicznych, zaś muzyka została dostosowana do o niebo bardziej sprawnego wokalnie Ronniego Jamesa. Wciąż było ciężko i mrocznie, ale – jednocześnie – epicko i z większym rozmachem. Czy mówimy tutaj o świetnym kawałku Neon Knights czy klasycznym już numerze tytułowym – wszystko zostało zrealizowane na najwyższym poziomie. Dla niektórych fanów Sabbathów mógł to być szok, jednak dla nieco bardziej otwartych muzycznie osób było to fantastycznie odświeżenie formuły, którą ojcowie-założyciele heavy metalu eksploatowali od ponad dekady.

Z mojej perspektywy krążek Heaven and Hell jest wyjątkowy jeszcze z jednego powodu – to na nim znajduje się fenomenalny kawałek Die Young, zwykle będący w cieniu przywołanych wyżej kompozycji. Jest tam wszystko to, za co cały świat pokochał muzykę Dio: wściekły i – jakimś cudem – jednocześnie elegancki śpiew, fantastyczna praca gitary i nieoczywiste rozwiązania kompozycyjne, na czele z genialną środkową częścią numeru, kiedy ten zwalnia, pozwala złapać oddech, by zaraz potem przywalić z jeszcze większą mocą.

W posiadanie krążka Heaven and Hel najprościej jest wejść nabywając płytę CD za ok. 35-40 zł. Znacznie gorzej mają kolekcjonerzy płyt winylowych – za przyjemność obcowania z tym albumem na czarnej płycie trzeba zapłacić trzy-cztery razy więcej niż za srebrny krążek. Oczywiście tylko wtedy gdy mówimy o zwykłych „cedekach”; ich japońskie odpowiedniki (np. SHM-CD) kosztują równowartość porządnego obiadu dla trzech osób w krakowskiej restauracji.

Pasek - kreska

Holy Diver
Warner Bros./Vertigo/Mercury
25.05.1983

 

Pobyt Dio w Black Sabbath przypominał upadek meteorytu. Było intensywnie, pięknie, ale krótko i z katastrofalnym finałem. Po wielkim sukcesie Heaven and Hell formacji zabrakło już tylu znakomitych pomysłów, przez co jakość następnej płyty – Mob Rules – była co najmniej dyskusyjna. Dio był więc zmuszony do ponownej zmiany formacji. Tym razem zdecydował się na działanie pod własnym szyldem. Decyzja ta była jak najbardziej zrozumiała: jego nazwisko w świecie metalu już wtedy znaczyło bardzo wiele i stanowiło samo w sobie wartość, zarówno artystyczną, jak i rynkową. Na dodatek Ronnie James mógł czeprać inspirację z Ozzy’ego, który po wykopaniu z macierzystej formacji rozpoczął udaną karierę solową.

Pod koniec maja 1983 roku ukazał się pierwszy krążek grupy Dio, który był trzecim z kolei (w jakiś sposób) „debiutanckim” dziełem artysty i który – ponownie – nie brał żadnych jeńców. Holy Diver – bo to o nim mowa – był wypełniony po brzegi fantastycznymi numerami, które szybko podbiły serca tysięcy fanów na całym świecie. To właśnie na tym longplayu znalazły się takie hity, jak Rainbow in the Dark czy kawałek tytułowy. Co więcej, wyraźnie dało się wyczuć, że dla Dio zmiana szyldów w ramach których tworzył nie miała większego znaczenia. On po prostu kontynuował, z godną podziwu konsekwencją, swoją muzyczną podróż, a Holy Diver było logicznym rozwinięciem przygody rozpoczętej w połowie lat 70. z Rainbow.

Z perspektywy lat niektórych na opisywanym tutaj albumie razić mogą nieco niektóre rozwiązania, tak typowe dla lat 80. Dla mnie jednak to jeszcze jedna atrakcja tej płyty; charakterystyczne, nieco odpustowe klawisze (tak znakomicie wykorzystane w Rainbow in the Dark) świetnie mieszają się z – jak zwykle: nienagannym – wokalem Dio. Świetną pracę na bębnach wykonał także Vinny Appice (wywiad TUTAJ), który po swoim romansie z Black Sabbath postanowił wspomóc swojego kolegę po fachu. Cały ten miks heavy metalowego etosu z lat 70. i muzycznych trendów lat 80. wydał soczyste i słodkie owoce w postaci Holy Diver, które wyglądają i smakują równie dobrze po niemal 35-latach od ujrzenia światła dziennego.

Z nabyciem Holy Diver nikt w Polsce nie powinien mieć problemu. Najtańsza wersja (remaster z 2005 roku na CD) kosztuje śmieszną kwotę 33-35 zł. Dla wielbicieli srebrnego krążka z nieco głębszym portfelem ciekawa będzie dwupłytowa edycja Deluxe tego albumu (TUTAJ). Również miłośnicy przysłowiowych „szumów i trzasków” winyla nie powinni mieć problemów z uzupełnieniem swojej kolekcji o debiutancki album Dio; na Allegro używane egzemplarze chodzą po 80-90 zł, zaś trzypłytowa (!) reedycja wiąże się z wydatkiem rzędu 150 zł. Dla osób z audiofilskim zacięciem pozostają jeszcze japońskie wersje mini lp; ich koszt – jak przystało na wyroby z Kraju Kwitnącej Wiśni – jest jednak dosyć wysoki.